Za nami pierwszy mecz ćwierćfinałowy Ligi Mistrzów, w którym na rozstrzygającą bramkę czekaliśmy do samego końca. 

Sporting to wicelider ligi portugalskiej i drużyna, która dokonała wspaniałej remontady przeciwko Bodo/Glimt w 1/8 awansując dalej mimo przegranej w Norwegii 0:3, co już kazało myśleć, że to nie będzie łatwe spotkanie. Arsenal pałał żądzą zemsty za dwie poprzednie porażki w krajowych pucharach, które zniweczyły ich marzenia o poczwórnej koronie. Ten mecz na Estadio Jose Alvalade był szczególny zwłaszcza dla Viktora Gyokeresa. Kat naszej kadry zagrał dla Lwów 102 razy, strzelając aż 97 goli i asystując 28-krotnie przy trafieniach kolegów. Przed tym sezonem zamienił Lizbonę na Londyn za ponad 60 milionów euro.

W spotkanie bardzo mocno wszedł Sporting, już w szóstej minucie Maximiliano Araujo, po fantastycznym podaniu z głębi pola zewniakiem Diomande w sytuacji sam na sam z Rayą przegrał, a Hiszpan koniuszkami palców zbił piłkę na poprzeczkę swojej bramki. Chwilę później The Gunners pokazali moc ze stałych fragmentów. Najpierw z rzutu wolnego centrował Odegaard, a Zubimendi oraz Gyokeres byli blisko gola. Chwilę później Noni Madueke bezpośrednio z narożnika boiska kopnął w poprzeczkę, a dobitka kapitana drużyny z 14. metra okazała się niecelna. Poza tymi akcentami pierwsza połowa nie obfitowała w sytuacje podbramkowe, a zagrożenie było znikome. Łącznie obie drużyny oddały tylko trzy strzały celne.

Impuls próbował dać Martin Odegaard, lecz jego strzał z wolnego obronił Rui Silva. Centry z rzutów rożnych nie były na tyle dobre, by Gabriel mógł skierować piłkę do siatki. Portugalczycy też zaznaczyli swoją obecność, jednak płaskie uderzenie Trincao minęło słupek po złej stronie z jego perspektywy.

W 62. minucie serca kibiców Kanonierów zabiły szybciej, bo na murawie usiadł Odegaard. Na jego kolegów podziałało to motywująco, bo pięknego gola strzelił z dystansu Martin Zubimendi. Sęk w tym, że na wyraźnym spalonym był odgrywający wcześniej Viktor Gyokeres. Nawet gdyby zastosować tu zasady spalonego Arsene’a Wengera, to nadal tej bramki nie można byłoby uznać. Po tym wydarzeniu goście zaczęli zdecydowanie przeważać, a Sportingu nie było stać nawet na sporadyczne ataki.

Wszystko jednak do czasu. Prawą stroną urwał się Luis Suarez i zacentrował w kierunku Catamo, który groźnie uderzył głową, lecz kolejny raz na posterunku był David Raya. Chwilę później także musiał się wykazać przy strzale zawodnika z Mozambiku, ale swoje zadanie wykonał wzorcowo, zapobiegając też dobitce Suareza. I już chwilę później okazało się, jak istotne były to interwencje. Garbiel Martinelli ruszył w czasie doliczonym z atakiem środkiem pola i świetną podcinką wyprowadził Kaia Havertza na czystą pozycję, a Niemiec pewnym strzałem wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Prowadzenie, którego Arsenal nie oddał już do końca spotkania. Zaledwie jednobramkowa zaliczka zwiastuje gigantyczne emocje za tydzień w rewanżu na The Emirates.

Arsenal F.C – Sporting CP 1:0  (0:0)
90+1′ –  Kai Havertz