Nie da się ukryć, że wraz z upływem lat piłkarski kalendarz staje się coraz bardziej zatłoczony. Rozbudowana faza ligowa Ligi Mistrzów i Ligi Europy, powstanie Ligi Narodów, czy poszerzenie formatu Klubowych Mistrzostw Świata, które trwały w zeszłym roku prawie miesiąc. Oczywiście, te wszystkie mniejsze i większe działania przekładają się na rozgrywki ligowe, których terminarze uwzględniają już mniej standardowe dni i godziny rozpoczęcia spotkań. Nie inaczej sprawy się mają w Premier League, bowiem najlepsza krajowa liga na świecie dawno temu zaczęła szukać alternatyw dla „tradycyjnej” 15:00 w sobotę, a terminy meczów stały się istotnym elementem debaty nad formą poszczególnych zespołów.

Rekordowa liczba transmisji Premier League

Jürgen Klopp przez lata wielokrotnie narzekał na rozgrywanie ligowych potyczek The Reds o godzinie 12:30 w sobotę. Zwłaszcza gdy jego zespół miał przystępować do meczu, rozgrywając w środku tygodnia spotkanie w Lidze Mistrzów lub zaraz po przerwie na kadrę, kiedy to momentami nawet nie widział swoich zawodników na treningu przed pierwszym gwizdkiem. W sezonie 2017/18 Liverpool grał w tym terminie aż ośmiokrotnie, zapisując na koncie zaledwie jedno zwycięstwo, pięć remisów i dwie porażki. W kampanii 2022/23 na sześć spotkań nie wygrali ani jednego (trzy remisy i trzy porażki). Z drugiej strony niemiecki menedżer miewał kampanie, jak na przykład 2021/22, gdy zainkasował komplet punktów w takich starciach (15 oczek).

Przez długi czas większość spotkań w Anglii rozgrywano o standardowej porze – 15:00 w sobotę, gdyż wielu kibiców w sobotni poranek jeszcze pracowało w fabrykach. Ta godzina powodowała, że zaraz po wypełnieniu obowiązków, mogli się udać na mecz ukochanej drużyny. Nawet gdy w 1992 roku powstała Premier League, przynajmniej na początku starano się przesunąć siedem lub osiem meczów właśnie na ten termin, tak aby w niedzielne popołudnie i poniedziałkowy wieczór rozegrać już tylko po jednym meczu.

Do dziś Anglia pozostaje jednym państwem w Europie, gdzie nie transmituje się spotkań pomiędzy 14:45 a 17:15. Aczkolwiek, obecnie trwają negocjacje pomiędzy telewizją a Premier League i Championship, by ten stan rzeczy zmienić. Ten zakaz obowiązuje od lat sześćdziesiątych XX. wieku i miał zachęcić większą rzeszę fanów do przybycia na stadiony. Dziś w obliczu szukania sposobów na zwiększenie wpływów z transmisji sobotni „blackout” długo się nie ostanie. Najprawdopodobniej od startu sezonu 2028/29 obie ligi pokażą wszystkie swoje spotkania.

Obecnie brytyjscy nadawcy i tak transmitują rekordową liczbę meczów – aż 270 z 380 możliwych. W ostatni marcowy weekend z Premier League mimo finału Carabao Cup spotkania odbywały się aż w siedmiu różnych przedziałach czasowych – w piątek o 20:00, w sobotę o 12:30, 15:00, 17:30 oraz 20:00, a także w niedzielę o 12:00 i 14:15 (godziny według brytyjskiej strefy czasowej – UTC±00:00). Gdyby nie starcie na Wembley pomiędzy Arsenalem i Manchesterem City hit 31. kolejki poleciałby najprawdopodobniej o 16:30 w niedzielę (najczęściej tzw. Super Sunday), a przecież nierzadko ostatni mecz ustawiany jest na poniedziałek na 20:00 (znany w Anglii jako Monday Night Football). W dodatku dochodzą kolejki grane w środku tygodnia.

Dlatego pozostaje zadać pytanie, czy faktycznie istnieje tutaj jakaś korelacja? Jak bardzo konkretny dzień i konkretna pora rozpoczęcia meczu wpływa na poszczególne drużyny w Premier League?

Everton lubi poniedziałki, ale Jordan Pickford już trochę mniej

Zacznijmy od końca kolejki i wieczornych spotkań w poniedziałki, najczęściej wieńczących daną serię gier. Pod względem ilości niekwestionowanym liderem pozostają gracze Evertonu, którzy niemalże 20% swoich meczów rozgrywali właśnie w pierwszy dzień nowego tygodnia. Ten procent jest stałym, nawet biorąc pod uwagę dłuższy odstęp. Licząc od startu sezonu 2021/22, The Toffees rozegrali aż 17 z 89 meczów w poniedziałki. Co intrygujące, Jordan Pickford, który wystąpił we wszystkich tych spotkaniach, zachował w nich tylko jedno czyste konto, tracąc przy tym 30 bramek. Ogólnie, jego skuteczność interwencji tego dnia wynosi zaledwie 61% przy średnio 70% w ciągu reszty tygodnia. Także nie tylko nam ciężko jest się zebrać do pracy po weekendzie.

Jeśliby policzyć łączną liczbę spotkań w piątki – które również nie stanowią standardowego dnia gry Premier League – oraz właśnie poniedziałki, to najczęściej w tych terminach przychodzi grać Manchesterowi United. Piłkarze z Old Trafford aż jedenastokrotnie w aktualnym sezonie (35,5%) występowali na początku lub końcu kolejki rozgrywanej w weekend, a o szczegółowe wyjaśnienie tej kwestii poprosili samą ligę.

Trzeba jednak podkreślić, że Czerwone Diabły nie występują obecnie w europejskich pucharach. Dodatkowo odpadły przy pierwszych podejściach do Carabao Cup i Pucharu Anglii, więc łatwiej jest ich wtedy „upchnąć”. Po przerwie na mecze międzynarodowe gracze z Old Trafford ponownie zaznają poniedziałkowego futbolu, mierząc się z Leeds i Brentford w ciągu dwóch z trzech następnych kolejek.

Zresztą od sezonu 2021/22 taka rzecz przytrafiła im się 48 razy i tylko Chelsea z ekip Wielkiej Szóstki grała w piątki lub poniedziałki równie często (także 48). 20-krotni Mistrzowie Anglii spośród czołówki grają również najrzadziej w sobotę o 15:00, bowiem od pięciu sezonów pierwszy gwizdek o tej porze usłyszeli 21 razy – aż ośmiokrotnie mniej niż pozostali rywale z czołówki. Z kolei Tottenham w tym sezonie nie grał jeszcze ani w piątek, ani w poniedziałek, choć teraz po odpadnięciu z Ligi Mistrzów może mieć to miejsce.

Jeśli chodzi o graczy, którzy najczęściej grają w piątki, to od startu sezonu 2021/22 należą do nich Ollie Watkins, Emiliano Martínez oraz Leon Bailey z Aston Villi, oraz Kyle-Walker Pieters z West Hamu – wszyscy z siedmioma występami na swoim koncie. Weekendowa forma Watkinsa w lidze jest wręcz uzależniona od dnia tygodnia. W soboty zaliczył 40 trafień w 81 spotkaniach, w niedziele 18 w 58 meczach, a w piątek nie strzelił jeszcze ani jednej.

Burnley najmniej atrakcyjnym zespołem Premier League?

Przechodząc już do najistotniejszych dni, czyli soboty i niedzieli, to wcale nie Liverpool najczęściej otwierał zmagania o godzinie 12:30. Fakt, The Reds od pięciu sezonów grali swoje mecze o tej godzinie aż 20 razy, jednak w tej klasyfikacji znaleźli się dopiero na trzecim stopniu podium za Manchesterem City (23) oraz Manchesterem United (21). Gracze z Anfield wygrali 12 z tych meczów, pięć zremisowali i trzykrotnie musieli uznać wyższość rywali. Obywatele triumfowali 15 razy i przegrali sześciokrotnie, a United zanotowali bilans 10 zwycięstw, czterech remisów i siedmiu porażek.

Odosobnionym przypadkiem jest ekipa Nottingham Forest, która w tym sezonie grała czterokrotnie o 12:30 i z każdego meczu schodziła na tarczy (0:3 z Arsenalem, 0:3 z Chelsea, 1:2 z Man City oraz 1:3 z Aston Villą). Zresztą po meczu z The Blues zaraz po końcowym gwizdku z posadą pożegnał się Ange Postecoglou.

Na porę „Blackoutu” najczęściej w aktualnych rozgrywkach przypadają mecze z udziałem Burnley, co mniej więcej oznacza, że The Clarets najmniej interesują sympatyków Premier League na Wyspach i poza nimi. Podopieczni Scotta Parkera aż 19 z 31 meczów rozgrywali w sobotę o 15:00, przechylając na swoją szalę tylko dwa z nich i aż dziesięciokrotnie schodząc z boiska na tarczy. Choć z jednej strony mogą się czuć poszkodowani, to z drugiej statystyki nie kłamią – Burnley nie dostarcza kibicom rozrywki. Ekipa z Turf Moor ma drugą najgorszą ofensywę w lidze (tylko 33 strzelone bramki) i najniższe wykreowane xG (27,12), plasując się nawet za Wolves.

Od sezonu 2021/22 aż 60 razy grali o tej porze (a trzeba pamiętać, że kampanie 2022/23 oraz 2024/25 spędzili w Championship), przegrywając 33 mecze i tylko dziewięć razy triumfując. Kiedy piłkarze wrócą ze zgrupowań, to Burnley znów zagra w tym terminie, podejmując na własnym terytorium Brighton and Hove Albion. Aczkolwiek, później – przynajmniej do majówki, bowiem do 3 maja na razie rozpisany jest kalendarz – przyjdzie im grać w innym terminie.

Licząc od wspomnianej kampanii 2021/22 najwięcej spotkań o 15:00 mają za sobą piłkarze Wolverhampton, którzy jako jedyni przekroczyli w tym czasie barierę 80 meczów (dokładnie 81). Wynik powyżej 70 wykręciły jeszcze ekipy Brentford (77), Brighton (75) oraz Crystal Palace (71), co można traktować jako pewien współczynnik atrakcyjności.

Tabela Premier League uszeregowana względem liczby meczów rozgrywanych w sobotę o 15:00 od sezonu 2021/22. Żródło tabeli: The Athletic.

Prime time to czas Liverpoolu

Wilki, Mewy (pozostające drugie w liczbie spotkań o godzinie 15:00 w sobotę – aż 15) albo Orły (w tym sezonie świetne o tej porze – cztery zwycięstwa i dwa remisy w siedmiu meczach) to zespoły zdecydowanie mniej utytułowane i z mniejszą bazą kibicowską poza granicami Wielkiej Brytanii. Na drugim końcu stawki są z kolei Manchester United, Tottenham, Arsenal lub Liverpool, zapełniające swoje wielkie areny i przyciągające przed szklane ekrany miliony widzów w Europie, Ameryce Północnej i Azji.

Zresztą Kanonierzy mogą poszczycić się świetnym rekordem w tym sezonie w tej porze antenowej. Choć trzeba zaznaczyć, że w sobotę o 15:00 trudno szukać wielkich hitów pomiędzy czołówką Premier League, to przy pięciu okazjach zgarnęli komplet 15 oczek. Ogólnie, na 29 spotkań w ostatnich pięciu latach odnieśli 23 wiktorie.

Oczywiście, najlepszym zespołem w tym czasie pozostaje Manchester City (trzykrotny Mistrz Anglii – 2021/22, 2022/23 oraz 2023/24), który w 41 meczach uzbierał równo 100 punktów (31 zwycięstw i siedem remisów). Mimo to, jak wspomniałem, 15:00 w sobotę to czas, gdy zespoły broniące tytułu mistrzowskiego raczej zbyt wielu meczów nie dostają, czego dobitnym dowodem jest poniższy wykres. Tylko Leicester City rozpoczynało ponad 50% swoich potyczek w trakcie „Blackoutu”.

Procent meczów w sezonie Premier League rozgrywanych w sobotę o 15:00 przez aktualnego Mistrza Anglii. Na przestrzeni lat widać wyraźną tendencję spadkową z jednym sokiem, gdy tytułu broniło Leicester City. Żródło wykresu: The Athletic.

Sobotnim popołudniem w obecnej kampanii nie najlepiej radzi sobie Chelsea. The Blues przyszło rywalizować o 15:00 siedem razy, z czego triumfowali tylko w trzech spotkaniach. Gdy grali o 17:30, na sześć okazji wygrali i przegrali po trzy razy. Kanonierzy również niezbyt przepadają za tą godziną, gdyż w pięciu ostatnich sezonach odnieśli zwycięstwo tylko w 14 z 28 potyczek.

Od wielu sezonów ostatni dzień tygodnia z Premier League zdecydowanie stoi pod znakiem potyczek wielkich marek. Niedziela 16:30 to tzw. prime time, gdy mamy przyjemność podziwiać hit kolejki. Od początku rozgrywek 2021/22 aż 36 razy grał wówczas Liverpool, a za ich plecami uplasowały się Arsenal (35), Tottenham oraz Manchester United (po 33) i Manchester City (30). Na ich tle blado wypada Chelsea, która tych potyczek zaliczyła jedynie 19, a więcej niż 10 razy grali jeszcze jedynie piłkarze Newcastle United (16), jak również West Ham i Aston Villa (po 11). Tymczasem Burnley nie otrzymało od ligi ani jednego takiego meczu pomimo 107 spotkań w elicie.

W niedzielne popołudnie Crystal Palace atakiem nie stoi

Najlepszy bilans o wspomnianej porze mają Kanonierzy, którzy rozstrzygnęli na swoją korzyść 20 meczów i dziewięć zremisowali. Liverpool wygrał 18 spotkań, a 13 razy kończył mecz bez wyłonienia zwycięzcy. Z kolei Obywatele odnieśli triumf w 12 meczach, remisując przy okazji dziesięciokrotnie.

Według wyliczeń The Athletic przysłowiowymi „królami niedziel w Premier League” powinni być podopieczni Olivera Glasnera. Ekipa z Selhurst Park w związku z występami w Lidze Konferencji Europy w ostatni dzień tygodnia rozegrała 17 spotkań, kreując sobie xG na poziomie 22,6. Jednak piłka w siatce rywali znalazła się jedynie 13 razy. Skuteczniejsi byli za to ich przeciwnicy, którzy z 21,5 oczekiwanych trafień na bramki faktycznie zamienili 19. To stanowi jedną z głównych przyczyn tylko czterech wygranych Orłów w niedzielne popołudnia. Trudno jednak o wiktorię, gdy dwa tygodnie temu remisujesz u siebie 0:0 z Leeds, mimo że goście przez całą drugą połowę grali w osłabieniu.

Po drugiej stronie znajdują się gracze z Villa Park. Oni również z powodu europejskich występów w czwartkowe wieczory sporo meczów rozgrywają w ostatni dzień tygodnia. Z 15 potyczek dziesięciokrotnie zdobywali komplet oczek, a jeśli wziąć pod uwagę tylko mecze o 14:00 w niedzielę to ten rekord jest jeszcze bardziej imponujący (8 zwycięstw na 11). Nieźle prezentuje się również beniaminek – Sunderland – który dwukrotnie triumfował w derbach Tyne-Wear, a także zgarnął po oczku przeciwko Leeds, Spurs oraz właśnie Aston Villi.

Na przestrzeni ostatnich pięciu lat, odejmując beniaminków, najrzadziej w niedzielę przyszło występować przed publiką graczom Wolves (37), Fulham (34) oraz Bournemouth (24). Mimo to w obecnej kampanii jednym z najlepszych „niedzielnych” strzelców jest Raúl Jiménez. Meksykanin na swoim koncie zapisał już cztery trafienia i dwie asysty w niecałe 500 minut, zamieniając aż 29% strzałów na zdobyte bramki. W sobotę już tak dobrze mu nie idzie, ponieważ w ciągu 15 występów tylko dwa razy umieścił piłkę w siatce przy xG równym 4,3. Odwrócony casus Olliego Watkinsa.

Wisienki mimo rzadkich występów w Dzień Pański szczególnie u siebie pozostają groźnym rywalem. W ciągu 10 spotkań udało im się trzykrotnie wygrać, a także sześciokrotnie zremisować. Po niedzielnej mszy gra się również lepiej zawodnikom Spurs. Sumując mecze w sobotę o 15:00 oraz w niedzielę o 16:30 zawodnicy z N17 zanotowali bilans czterech wygranych i czterech remisów w 12 spotkaniach, co na ich aktualne poczynania jest nie lada osiągnięciem.

Leeds nie lubią wyjazdów w środku tygodnia

W meczach w środku tygodnia najlepiej wypadają piłkarze Pepa Guardioli, którzy, licząc od startu sezonu 2021/22, wygrali 29 z 37 spotkań, na tarczy schodząc tylko raz. Liverpool też może pochwalić się konkretnym bilansem – na 33 mecze wygrali 22 razy, odnosząc po drodze jedynie trzy porażki. Nawet Burnley w ciągu trzech sezonów z 18 starć pięć razy zgarnęło komplet punktów i odniosło również pięć remisów.

Wolves ubóstwili sobie wtorki – spośród siedmiu spotkań wygrali pięciokrotnie i przegrali tylko raz, a biorąc pod lupę tylko wyniki na Molineux – wygrali cztery razy z pięciu potyczek (w tym ostatnio z Liverpoolem 2:1). Gdyby grali tylko tego dnia tygodnia, być może mogliby się pokusić o pozostanie w elicie. Z kolei zawodnicy Nottingham Forest lubią mecze w środy – w obecnym sezonie odnieśli jedno zwycięstwo i dwa remisy z takich spotkań.

Pomiędzy wtorkiem a czwartkiem w Premier League nie najlepiej radzi sobie Tottenham. Spurs w ciągu pięciu ostatnich lat rozegrali 28 spotkań, ponosząc porażkę aż 16 razy i odnosząc tylko sześć zwycięstw. Przy okazji stracili 45 bramek, jedynie pięć razy grając na „zero z tyłu”. Podobnie spisuje się Brentford w meczach na Gtech Community Stadium. Grając w środku tygodnia przy sztucznym oświetleniu podopieczni najpierw Thomasa Franka, a dziś Keitha Andrewsa z tarczą schodzili tylko raz na 11 okazji, a na tarczy pięć razy. Pod tym względem gorsze pozostają tylko Chelsea i West Ham. The Blues pomiędzy wtorkiem a czwartkiem spośród 35 meczów (zarówno jako gospodarze i goście) odnieśli 12 wiktorii i 13 porażek.

Intrygującą statystyką wykazują się gracze Leeds, którzy pomiędzy poniedziałkiem a piątkiem wygrali tylko jeden raz na wyjeździe na 13 prób, strzelając 16 bramek i tracąc 32. Natomiast u siebie Pawie już sześciokrotnie zgarnęli komplet punktów przy 14 starciach (notując jednak także ujemny bilans bramek: 18-24).

Tak więc, różne dni i różne godziny rozgrywania spotkań sprzyjają poszczególnym ekipom w Premier League. Jedni lepiej sobie radzą w soboty, jedni w niedziele. Są i tacy, którzy lubią występy w środku tygodnia lub jak Everton są zmuszania do częstego grania w poniedziałki. Arsenal nie ma problemów, by wygrać w sobotę o 15:00, ale gdy już przychodzi im rozegrać mecz o 17:30 pojawiają się kłopoty. Manchester City nie przepada za hitami o 16:30 w niedzielę. Z kolei Burnley mogłoby choć jeden taki mecz w „prime time” otrzymać. Liga to jednak nie koncert życzeń i aż 380 spotkań do rozegrania. Wszystkich po prostu nie da się uszczęśliwić…

*Artykuł w głównej mierze bazuje na tekście „The Alternative Premier League Table: No 31 – How kick-off time impacts your team” autorstwa Anantaajitha Raghuramana ukazanego na łamach The Athletic.