Zapewne wielu z Was zna tragedię pt. „Król Edyp” autorstwa Sofoklesa. Opowiada ona historię króla Teb, który próbował na wszelkie sposoby oszukać przeznaczenie i uwolnić swoich mieszkańców od kolejnych klęsk. Rozpaczliwie szukał rozwiązania dla ludu, jednak pomimo jego starań los serwował mu kolejne okrutne informacje. Wobec ukazywanej prawdy Edyp wykłuł sobie oczy i prosił o wygnanie z miasta, tak aby mogło ono doznać „oczyszczenia”. W ostatnich tygodniach Tottenham nieco przypomina bohatera antycznego utworu. Szuka rozwiązań, zmienia trenera (a nawet trenerów), potrafi rozegrać (prawie) perfekcyjną połowę, ale i tak ich starania idą na marne.
Otchłań, w której piłkarz Spurs doznaje paraliżu
W niedzielne popołudnie poprzedzające przerwę na baraże o Puchar Świata przewijały się w mediach obrazki z oprawy, którą dla swoich piłkarzy przed meczem przygotowali fani Spurs. Niebiesko-białe dymy z rac odpalanych jedna po drugiej, transparenty z motywującymi hasłami i tłumy, które zebrały się, aby powitać klubowy autokar, stworzyły atmosferę jedności i determinacji w obliczu walki o przetrwanie w Premier League. Widać było lekką inspirację sympatykami The Toffees, którzy kilka lat temu w podobny (i udany) sposób wspierali podopiecznych Franka Lamparda. „To wzruszające… widzieć tę pasję, tę miłość, widzieć twarze ludzi tam obecnych” – powiedział w trakcie przedmeczowej rozmowy Igor Tudor.
#Tottenham fans two hours before kickoff…
Best fans in the country by a mile 🤩
📹 [@GaryRWard] pic.twitter.com/XlLqvTxsPH
— Tottenham Tiers (@TottenhamTiers) March 22, 2026
Jednak pomimo wyśmienitej atmosfery przed pierwszym gwizdkiem i znakomitego otwarcia meczu, sympatycy Lilywhites do domów wracali tak, jak zazwyczaj w obecnej kampanii. Smutni, rozgoryczeni i przesiąknięci lękiem wobec potencjalnego spadku. Ten bowiem już na dobre zagląda w ich oczy. Przed potyczką z Nottingham Forest mogła jeszcze przejawiać się myśl, że „Wciąż mamy mecz za sześć punktów. Jesteśmy na tyle silni, że to uczynimy. Wygrywamy i jest ok”. Niewielki odsetek fanów zapewne nawet ignorował zagrożenie, udając, że problem nie istnieje. W końcu są jeszcze trzy inne ekipy zamieszane w walkę o utrzymanie. Tyle że dziś ten mecz już jest za nimi, oczek w tabeli jak nie było, tak nie ma, a stres i presja rosną wykładniczo…
Przywołana we wstępie historia Edypa jest wręcz liniowym scenariuszem, wedle którego poruszają się byli już podopieczni Igora Tudora. Spotkanie z Tricky Trees ukazało, że właściwie czego nie uczynią, to nic nie jest w stanie uchronić ich przed majową relegacją do Championship. Spurs, gdy tylko coś w meczu idzie nie po ich myśli, wpadają w otchłań, z której nie idzie się wydostać. W mrok, w którym fizycznie doznają paraliżu i wyłączają zdolność do racjonalnego myślenia.
Wiecie, to jak oglądanie Carlosa Alcaraza w Wielkich Szlemach z perspektywy kibica jego rywala. Łudzisz się, że po jednym przełamaniu, po kilku fantastycznych akcjach jest on w stanie nawiązać równorzędną walkę. Natomiast dopóki nie nazywa się on Jannik Sinner, nie ma na to najmniejszych szans.
Spójrzmy na ich tydzień poprzedzający stracie z Tricky Trees. Wyjazd na Anfield, z którego przywieźli jedno oczko, wywalczone w samej końcówce, dzięki bramce Richarlisona. A przecież wcześniej Brazylijczyk miał jeszcze kilka naprawdę niezłych szans. Ten remis przerwał fatalną passę sześciu kolejnych porażek i pokazał waleczność, która dało się odczuć przy okazji domowej wiktorii w rozstrzygniętej (po porażce 2:5 na Wanda Metropolitano), ale wciąż prestiżowej rywalizacji w 1/8 finału Ligi Mistrzów z Atlético. Gospodarze oddali aż 18 strzałów i wykreowali xG na poziomie 2,39, a na listę strzelców wpisali się Randal Kolo Muani i dwukrotnie Xavi Simons. Walka o pyrrusowe zwycięstwo do ostatniej minuty o uratowanie honoru napawała optymizmem.
Spurs zaczęli jak nigdy, skończyli jak zawsze
Na bazie tej małej euforii weszli do gry w starciu z Forest. Kontrowali grę, nacierali, dwukrotnie obijali obramowanie bramki Matza Selsa. Richarlison nękał obrońców rywali, Archie Gray swobodnie rozgrywał piłkę w środku pila, a Mathys Tel zaliczył kilka groźnych szarż na lewym skrzydle. Mogli z łatwością schodzić na przerwę z bezpiecznym prowadzeniem.
Tymczasem goście wykreowali sobie jedną sytuację z rzutu różnego. Nomen omen otrzymali ją po błędzie w ocenie sytuacji ze strony Guglielmo Vicario. I jak to w greckiej tragedii, jedna iskra doprowadziła do szeregu katastrofalnych zdarzeń. Świetnym dośrodkowaniem z narożnika popisał się Neco Williams, z futbolówką w powietrzu minął się Cuti Romero, a strzałem z główki wynik spotkania otworzył Igor Jesus. Nic nie wskazywało na to, aby to podopieczni Vítora Pereiry mieli wyjść na prowadzenie, a jednak wynik na tablicy w przerwie wskazywał 0:1.
Z Tottenhamu zeszła cała aura związana z pozytywnymi rezultatami z The Reds i Los Colchoneros. W umysłach graczy Tudora zaczęły się kłębić myśli o zbliżającym się spadku, a na murawie ich piłkarsko sparaliżowało. W drugiej połowie otrzymali jeszcze dwa ciosy ze strony Morgana Gibbsa-White’a i Taiwo Awoniyiego. Przy bramce Anglika defensywa Spurs nie zauważyła, że ten zupełnie niekryty znalazł się na środku pola karnego i tylko musiał dołożyć odpowiednio stopę. Z kolei przy ostatniej bramce Kevin Danso tak łatwo przegrał pojedynek szybkościowy z Nigeryjczykiem, że ledwie zdążył lekko szarpnąć go za koszulkę, próbując w jakikolwiek sposób wytrącić go z równowagi.
Tottenham go 2-0 down to Nottingham Forest.
Morgan Gibbs-White grabs the goal, after Spurs sat and watched Forest build possession and left their captain the freedom of the box before he scored. pic.twitter.com/7o4umIzGBb
— Opta Analyst (@OptaAnalyst) March 22, 2026
W przerwie dało się słyszeć gwizdy ze strony fanów Spurs. Tylko można się zastanawiać, z jakiego powodu? Chyba nie buczeli na swoją drużynę, która zagrała najlepsze 45 minut od czasu powrotu z Manchesterem City na początku lutego (z 0:2 na 2:2). Można jedynie domniemywać, że chodziło im właśnie o okrutny los, który n-ty raz sobie z nich zakpił. Piłka i tak by nie zatrzepotała w siatce Selza, a porażka i tak by się zdarzyła, parafrazując Ricky’ego z „Chłopaków z braków”
Prawdopodobne, że w pamięci sympatyków Lilywhites wciąż tkwi mecz z Crystal Palace. Tam bogowie futbolu również majsterkowali, aby uprzykrzyć życie Spurs. Gdy gospodarze tylko wyszli na prowadzenie za sprawą Dominika Solanke, to po chwili z murawy z czerwoną kartką wyleciał Micky van de Ven, a goście jeszcze przed przerwą strzelili im trzy bramki (1:3). Zresztą przy wcześniejszych meczach z West Hamem (1:2), Newcastle United (1:2) lub Arsenalem (1:4), nawet gdy doprowadzali do wyrównania, to kończyli z niczym.
Fani Spurs? Zrozpaczeni, wściekli, rozczarowani
Wielu ekspertów i dziennikarzy na Wyspach uważało, że ten mecz mógł być decydujący i nietrudno się z nimi nie zgodzić. Niezależnie od tego, jak źle sprawy się miały dotychczas, Spurs wciąż mieli nadzieję na odkucie się z rywalem podobnej klasy i w równie beznadziejnej formie. Gracze Forest nie wygrali w Premier League od siedmiu kolejnych spotkań. W tym roku odnieśli zaledwie dwie wiktorie we wszystkich rozgrywkach, a w czwartkowy wieczór w Jutlandii (przy czym Spurs grali we wtorek u siebie) dopiero w rzutach karnych rozstrzygnęli rywalizację z FC Midtjylland w Lidze Europy.
„Jak czuli się fani Spurs w ten weekend? Zrozpaczeni. Wściekli. Rozczarowani. Zrobili wszystko, co w ich mocy, aby pomóc drużynie. Wygwizdali każde dotknięcie piłki przez zawodnika Forest w pierwszych 20 minutach. Oklaskiwali swoich zawodników po tym, jak Igor Jesus otworzył wynik. Co dostali w zamian? Szokującą postawę w drugiej połowie, która przybliżyła ich o krok do spadku” – mówił Jay Harris, korespondent The Athletic specjalizujący się w tematyce Spurs.
Ta wygrana byłaby jak podłączenie tlenu, ale niestety nie nadeszła, więc piłkarze kończyli mecz przy pustych trybunach. Oczywiście, zawsze można się pocieszać faktem, że w korespondencyjnym pojedynku Młoty przegrały z Aston Villą (0:2), więc przez następne trzy tygodnie pozostaną w strefie spadkowej, a Leeds jedynie bezbramkowo zremisowało z Brentford.
Jednak Tottenham jako jedyny klub w Premier League wciąż nie wygrał ligowego meczu w tym roku. Ba, nie wygrał od trzynastu kolejek, a na ostatnie dwadzieścia dwie dokonał tej sztuki ledwie dwukrotnie. Od początku sezonu wygrali dwa z szesnastu spotkań przy N17 i w tabeli meczów u siebie pozostają czerwoną latarnią ligi (10 oczek). Nawet Burnley (11) i Wolves (12) zapunktowały na własnym terytorium lepiej. Zdobywają średnio mniej niż punkt na mecz (30 w 31 kolejkach), co jest ich najgorszym rezultatem od rozgrywek 1914/15!
3 – This is just the third time that Tottenham have lost by 3+ goals at home to a side starting the day in 17th or lower in the Premier League table:
0-3 v Nottingham Forest today
0-3 v West Ham in October 2013
0-3 v Sheffield Wednesday in August 1998Desperation. pic.twitter.com/EklQIbt4gY
— OptaJoe (@OptaJoe) March 22, 2026
Na tym samym etapie sezonu w zeszłym roku mieli o siedem punktów więcej i aż 17 oczek przewagi nad 18. Ipswich Town. Wskażcie mi jedną osobę, która po zasłużonym zwycięstwie na początku rozgrywek z Manchesterem City (2:0) powiedziałaby, że Spurs będą w kwietniu w gorszej sytuacji niż rok wcześniej.
Przesiąknięci mianem przegrywów?
„Niedzielna dotkliwa porażka zniweczyła impet, jaki Tottenham zyskał dzięki dwóm pozytywnym występom przeciwko Liverpoolowi i Atletico w poprzednim tygodniu. […] Brutalna prawda jest taka, że Tottenham od dawna tonie i nie wygrał meczu ligowego od grudnia. Trudno na nich postawić (że się na pewno utrzymają). 25 kwietnia zmierzą się z Wolves na Molineux, co wydaje się bardzo ważnym spotkaniem, a kilka tygodni później podejmą Leeds. Jeśli Spurs nie zdobędą sześciu punktów w tych meczach, prawdopodobnie będą skazani na relegację” – dodaje w rozmowie Harris.
W połowie marca na festiwalu South by Southwest w Austin miał wystąpić dyrektor klubu ds. przychodów Ryan Norys, który jest w głównej mierze odpowiedzialny za 40% wzrost przychodów w ciągu ostatnich trzech lat z kontraktów sponsorskich oraz dnia meczowego. Tytuł jego przemówienia brzmiał „Jak Tottenham ewoluuje, stając się globalną marką”. Kiedy Norys opublikował na LinkedIn reklamę wydarzenia, został zrównany przez wściekłych fanów z ziemią. Trudno im się dziwić, skoro Twój klub sportowo przechodzi najtrudniejszy moment od 50 lat, a Twój dyrektor, jak gdyby nigdy nic, będzie mówił o komercyjnym sukcesie.
W końcu w Championship dawno nie grał taki finansowy hegemon jak Spurs. Klub, który w ostatnim czasie w końcu zaczął wydawać większe kwoty na wzmocnienia. Choć te kilka transferów po 60 milionów funtów wciąż wygląda biednie przy ruchach ich kolegów z Big Six. Klub, który poza samym meczem na swojej arenie oferuje niezapomniany Skywalk, mecz futbolu amerykańskiego czy czerwcowy koncert Bad Bunny. Klub, który potrafił zwolnić Harry’ego Redknappa po zajęciu czwartego miejsca w Premier League. Klub, który w swoich szeregach ma aktualnego Mistrza Świata. Klub, który jest o krok od spadku, podczas gdy w zeszłym sezonie wygrał Ligę Europy i otarł się o triumf w Superpucharze UEFA. Jest na zapleczu drugi taki zespół?
Być może ci piłkarze zbyt mocno przesiąkli kulturą przegrywania. José Mourinho, Antonio Conte czy Ange Postecoglou uosabiali zwycięzców – ich gracze bandę przegrywów, którym każdy kolejny szkoleniowiec wmawiał, że przegrana jest częścią ich DNA, że jest wpisana w definicję ich klubu. Dlatego, gdy przychodzi moment kulminacyjny, część z nich zwyczajnie nie daje rady. Antonín Kinský w debiutanckim meczu w Lidze Mistrzów wychodzi przeciwko podopiecznym Diego Simeone i popełnia dwa karygodne błędy, by po kwadransie gry zaliczyć zjazd do bazy. Przypadek?
Spurs w potrzebie wewnętrznego katharsis
Portugalczyk czy Włoch mogli opuszczać progi klubu z przeświadczeniem, że „Próbowałem wszystkiego, ale ostatecznie jesteście nieuleczalnymi przegranymi. Jeśli przegrywaliście za moich czasów, to naprawdę nie moja wina”. Zwłaszcza jeśli ktoś pamięta słynną tyradę Conte po zremisowanym 3:3 meczu z Southampton.
„Są do tego przyzwyczajeni. Nigdy nie grają o coś ważnego. Nie chcą grać pod presją, nie chcą grać w stresie. W ten sposób gra jest łatwa. Ale historia Tottenhamu dokładnie taka jest – [Daniel Levy] 20 lat jest już właścicielem i nigdy niczego nie wygrali. Spytacie, dlaczego? Wina leży tylko po stronie klubu, czy po stronie każdego menedżera, który tu zostaje?”.
„[…] Walczyć o co? O siódme, ósme, dziesiąte miejsce? Nie jestem przyzwyczajony do takiej pozycji. Jestem naprawdę zdenerwowany i każdy musi wziąć na siebie odpowiedzialność. Nie tylko klub, menedżer i sztab. Zawodnicy muszą być zaangażowani w tę sytuację, ponieważ nadszedł czas, aby ją zmienić, jeśli Tottenham chce się zmienić. Jeśli chcą kontynuować w ten sposób, mogą zmienić menedżera, wielu menedżerów, ale sytuacja się nie zmieni. Uwierzcie mi” – mówił wściekły Włoch niemalże trzy lata temu na konferencji prasowej, gdy jego zawodnicy roztrwonili w końcówce dwubramkowe prowadzenie.
🇮🇹Antonio Conte:
🤚"If you want to win, for sure you need players at the top, not medium-level players.”
🏆"A lot of people speak about ‘winning mentality’, but you get this mentality when you start to win. Winning becomes a drug for you.”#THFC | #COYSpic.twitter.com/Dj3RftwBZp
— Last Word On Spurs (@LastWordOnSpurs) May 7, 2022
Mowa byłego menedżera Chelsea czy Napoli po latach wybrzmiewa jeszcze bardziej dosadnie. Polecamy przytoczyć ją sobie w całości, ponieważ zostawiając na chwilę z boku triumf w finale w Bilbao i występy w Lidze Mistrzów za kadencji Thomasa Franka, problemy Tottenhamu zostały już dawno temu zdiagnozowane. Conte brzmiał jak szaleniec, ale w rzeczywistości miał sporo racji. Był niczym wyrocznia w Delfach, która wskazała Edypowi, że jedynym sposobem na uwolnienie miasta od klęsk jest znalezienie zabójcy jego ojca.
Po porażce z Nottingham Forest szanse na relegację Spurs wzrosły według wyliczeń Opty do prawie 26%. W grze o relegację poza Tricky Trees wciąż pozostają jeszcze dwie inne ekipy. Jednak optymizm wokół udanej próby ratowania Premier League powoli wygasa. Na dziś ciężko stawiać zespół Igora Tudora jako faworyta przeciwko komukolwiek. Od listopada 2024 roku gracze z N17 nie wygrali żadnego meczu w lidze, gdy musieli gonić wynik.
Słowa Conte czy Mourinho wbiły się w umysły niektórych zawodników. Tottenham jest jak Edyp – mimo usilnych starań – wykonuje kolejne ruchy, które pchają ich w najczarniejszą otchłań zwaną Championship. Z boku wygląda na klub, który potrzebuje przejść wewnętrzne katharsis i załączył przycisk autodestrukcji, by jak najszybciej to uczynić.
Czas na futbolowe wygnanie?
Na murawie nic nie układa się tak, jak powinno, pomimo faktu, że w kadrze są nieźli piłkarze jak Dominic Solanke, Micky van de Ven czy Cristian Romero. W kadrze panuje permanentny szpital, gdyż poza gra pozostają James Maddison, Dejan Kulusevski, Mohammed Kudus czy Rodrigo Bentancour. Na menedżerskim stołku postawiono na Thomasa Franka i ten się nie sprawdził.
Igor Tudor miał przyjść w roli strażaka i zdobył punkt w pięciu kolejkach Premier League. Gdy go zatrudniano, klub miał pięć punktów przewagi nad strefą spadkową, dziś to już jedynie jedno oczko. Kadencja Chorwata trwała 43 dni, a w starciu z Sunderlandem na ławce zasiądzie już Roberto de Zerbi.
Potencjalna relegacja miałaby kosztować klub według szacunków BBC blisko 250 milionów funtów. Spadną dochody z lukratywnych kontraktów sponsorskich, znikną gigantyczne pieniądze z praw telewizyjnych, a stadion przy N17 przestanie się zapełniać. Powiedzmy sobie szczerze, kto będzie chętny przyjść na spotkanie z Lincoln City, Swansea City lub Derby County? Najwierniejsi kibice nie kupują biletów za 200-250 funtów za mecz.
Ange Postecoglou believes Spurs are in a 'hell of a fight' but have the 'quality to get out' and remain in the Premier League 👀💪 pic.twitter.com/JPBzmKs5ub
— Sky Sports (@SkySports) March 25, 2026
Ta otchłań powoli wciąga Spurs i na razie nic nie wskazuje na to, by jakaś nadprzyrodzona siła mogła ich jeszcze zatrzymać. Król Edyp w końcu też musiał udać się na wygnanie, by uwolnić miasto od pasma klęsk. Czy De Zerbi uchroni ich przed tą grecką tragedią? Trochę w to powątpiewam…

