Kolejna seria spotkań za nami! Kto może kroczyć dalej z dumnie wypiętą piersią, a kto chce zakopać głowę w piach? Oto trójka bohaterów i trójka przegrywów 29. kolejki Premier League.

BOHATEROWIE

JOAO PEDRO

Ósmy brazylijczyk z hat-trickiem w historii Premier League. Gracz Chelsea zaliczył przepiękny, środowy wieczór na Villa Park i aż szkoda, że nie zakończył go udaną przewrotką na 5:1. Jednak i tak okazał się katem gospodarzy, popisując się świetnym wyczuciem czasu w polu karnym.

Najpierw doprowadził do wyrównania, wyprzedzając Tyrona Mingsa i na wślizgu pakując piłkę do siatki. Następnie wykorzystał podanie w uliczkę ze strony Enzo Fernándeza i podcinką pokonał po raz drugi Emiliano Martíneza, by swój popis zakończyć strzałem do pustej bramki przy kontrataku wyprowadzonym przez Alejandro Garnacho. A jakby tego było mało, to po drodze zanotował przypadkowy rykoszet, zapisany finalnie jako asysta do Cole’a Palmera przy golu na 3:1 (jednak wcześniej sam doskonale rozprowadził kontrę).

Osiem kontaktów z piłką w szesnastce rywali, sześć wygranych pojedynków, pięć strzałów, cztery celne, trzy gole (a miał jeszcze jedną idealną sytuację już na samym początku) i asysta. Idealny wieczór.

WILLIAM OSULA

Jest 85. minuta meczu z Manchesterem United. Na tablicy widnieje wynik 1:1, a Newcastle od 46. minuty musi grać w dziesiątkę po tym, jak Jacob Ramsey zobaczył czerwoną kartkę. Wtedy Eddie Howe, próbując ratować mecz, posyła na boisko młodego Williama Osulę. I to okazuje się być strzałem w dziesiątkę.

Duńczyk spędził na boisku zaledwie 10 minut i oddał jeden strzał, ale to wystarczyło, żeby odmienić losy meczu. Osula pewnie przyjął podanie od Kierana Trippiera, po czym zupełnie zmylił Malacię i zdobył gola po pięknym strzale. Dzięki temu napastnik ustanowił wynik meczu na 2:1 i został bohaterem na St. James Park.

ISMAILA SARR

Wspólnie z Adamem Whartonem najlepsi aktorzy czwartkowego wieczoru. Senegalczyk powinien to spotkanie kończyć z hat-trickiem, ale pierwszego gola odebrało mu jego czoło – dosłownie o tyle skrzydłowy był na spalonym.

Jednak VAR nie anulował mu dwóch kolejnych goli. Sam wywalczył karnego i sam go wykorzystał. Spokojnie wykonana jedenastka, wyczekany Guglielmo Vicario i piłka powędrowała w przeciwny do próby interwencji Włocha róg.

Przy swoim drugim trafieniu wyprzedził linię obrony (chociaż w tamtym momencie w defensywie było już więcej nominalnych pomocników) i pewnie wykończył podanie wspomnianego wcześniej Anglika. Sarr przy Pedro Porro i Joao Palhinhi wyglądał nawet nie jak Usain Bolt, a po prostu zwykły biegacz przy spacerowiczach. Rywale nawet nie próbowali dogonić Senegalczyka.

PRZEGRYWY

CODY GAKPO

Skrzydłowy może i nie zagrał swojego najgorszego meczu w barwach The Reds, ale w meczu z Wolverhampton więcej przeszkadzał niż pomagał. Przez cały swój występ zanotował 4 strzały, w tym jeden celny, jednak oprócz tego ciężko można doszukać jakichkolwiek pozytywów w grze Gakpo.

Nie dość, że Holender sam nie był w stanie dać konkretnych liczb, to właściwie udaremnił kolegom z drużyny zdobycia prowadzenia. Po rozegraniu rzutu rożnego i zamieszaniu w polu karnym, Curtis Jones był bliski wpakowania piłki do siatki, ale piłkę sprzed nosa wybił mu… Cody Gakpo. Nic dziwnego, że slot zdjął Holendra w 65. minucie.

JACOB RAMSEY

Zaledwie dzień przed meczem z Manchesterem United, Ramsey otrzymał w klubie statuetkę dla gracza miesiąca, za trzy kolejne spotkania z udziałem przy bramkach (dwa trafienia plus jedna asysta). Jednak plan, by kontynuować tą dobrą passę, nie najlepiej wprowadził w życie, a i miał trochę pecha do decyzji arbitra.

Fakt, można się spierać, czy wychowanek Aston Vilii próbował nurkować w końcówce pierwszej połowy, czy tylko potknął się o własne nogi, próbując ominąć Senne Lammensa. Jednak bez pierwszej żółtej kartki za idiotyczny atak na Casemiro, uszłoby mu to na sucho i po przerwie wyszedłby na murawę. Natomiast otrzymał drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną i opuścił plac gry. Gdyby nie fakt, że Sroki przepchnęły zwycięstwo dzięki postawie Anthony’ego Gordona i Williama Osuli, to on byłby w sporej mierze architektem tej potencjalnej porażki.

MICKY VAN DE VEN

Nie wiemy, co w tym sezonie bardziej przyciąga czerwone kartki – trykoty piłkarzy Chelsea czy opaska kapitana Tottenhamu. Za The Blues przemawiają konkretne liczby, ale to w Spurs ta częstotliwość jest aż za duża jak na jedną pozycję w drużynie. Jak już Cristian Romero kończy swoje długie zawieszenie za swojego asa kier, tak teraz swoją pauzę zaczyna Micky van de Ven.

Kompletnie niepotrzebna próba ratowania sytuacji i wielopoziomowe utrudnienie i tak fatalnego stanu klubu. Puszczenie wtedy Ismaily Sarra pewnie skończyłoby stratą bramki, ale dalej Tottenham grałby 11 na 11 przez ponad 45 minut, z dwójką naturalnych stoperów i przede wszystkim bez utraty (nawet mimo braku formy) ważnego ogniwa zespołu. Czerwona nie uratowała zespołu od straty gola, a Koguty czeka wyjazd na Anfield bez van de Vena.