Przed tym spotkaniem drużyna Davida Moyesa nie miała ligowego zwycięstwa w tym roku kalendarzowym na własnym stadionie, a okazja była doskonała, do Mereseyside przyjeżdżał bowiem beniaminek Premier League.

Przed tym spotkaniem i Everton, i Burnley potrzebowały punktów. Gospodarze są w gronie drużyn walczących o europejskie puchary, zaś The Clarets rozpaczliwie walczą o pozostanie w elicie. Ostatnia forma graczy Scotta Parkera i słabe występy Evertonu na Hill Dickinson sugerowały, że może być ciekawie.

Rzeczywistość szybko zweryfikowała tą tezę, ponieważ początek meczu był zwyczajnie nudny. Podopieczni Moyesa dominowali, lecz nie tworzyli sobie sytuacji strzeleckich. I jak to ostatnimi czasy w Premier League bywa, na ratunek przybył stały fragment gry. A dokładniej rzut wolny bity przez Jamesa Garnera w 32. minucie, po którym przeciwko byłemu klubowi trafił James Tarkowski. Jeszcze przed przerwą w podobny sposób podwyższyć mógł Branthwaite, lecz został powstrzymany przez Martina Dubravkę.

Po przerwie obudziło się Burnley, które wzięło się za prowadzenie gry, lecz szybko nadziało się na kontrę, która zakończyła się nieuznanym golem Ilimana Ndiaye w 53. minucie meczu. Gdyby wtedy Idrissa Gueye szybciej obsłużył Senegalczyka, niewątpliwie miejscowi prowadziliby 2:0. Lecz jak mówi znane przysłowie: co się odwlecze, to nie uciecze. I po świetnym podaniu prostopadłym lewego skrzydłowego Evertonu podcinką Dubravkę pokonał Dewsburry-Hall.

Scenariusz zdawał się idealny dla przybyszy z północno-zachodniej Anglii, którzy w ostatnich spotkaniach wyspecjalizowali się w comebackach, z Crystal Palace ze stanu 0:2 na 3:2, z Chelsea wyrównanie w doliczonym czasie, a z Brentford przeszli od 0:3 do 3:3 (choć i tak Pszczoły mecz wygrały). Na taki scenariusz nie chciał pozwolić Everton, który po bramce byłego gracza Leicester rozkwitł i grał z ogromnym luzem, będąc po prostu lepszą drużyną. Przykładem tego była wielopodaniowa akcja z 73. minuty, po której Idrissa Gueye oddał piękny strzał, który swój lot zakończył na poprzeczce bramki gości.

Burnley nie potrafiło zaproponować niczego pod bramką rywala, a na dodatek popełniali masę strat, czym tylko napędzali i tak rozpędzonych tego wieczoru The Toffies. Zawodnicy drugiej drużyny poprzedniego sezonu Championship oddali ledwie dwa strzały na bramkę Pickforda, który tylko raz został zmuszony do interwencji. Dzięki temu reprezentant Anglii stał się czwartym bramkarzem ligi po Donnarummie, Rayi i Hendersonie z dwucyfrową liczbą czystych kont. W ostatniej akcji meczu popisał się jeszcze błyskotliwą interwencją po próbie Fostera.

Dzięki temu zwycięstwu Everton zbliżył się na dwa punkty do szóstej w tabeli Chelsea, która swój mecz zagra jutro zagra z Aston Villą. Banda Moyesa odniosła drugą wiktorię z rzędu i z pewnością nie chce się zatrzymywać. Położenie Burnley jest już dramatyczne, do bezpiecznego miejsca wynosi już 8 punktów, a po spotkaniu Nottingham Forest może jeszcze wzrosnąć.

EVERTON – BURNLEY 2:0 (1:0)

32′ James Tarkowski

60′ Kiernan Dewsburry-Hall