Anglik zszokował cały piłkarski świat, pokonując w debiucie Manchester City. Potem dołożył niemniej ważne zwycięstwa nad Arsenalem oraz Fulham, już teraz wyrównując rekord wygranych meczów z rzędu Rubena Amorima. Z czego bierze się aż taka różnica w wynikach?

Manchester United – kryzys permanentny

Ruben Amorim przychodził w listopadzie 2024 roku, jako następca Erika ten Haga. W Manchesterze zjawiał się po fantastycznej przygodzie w lizbońskim Sportingu i z miejsca miał zawojować Wyspy. Brzmi znajomo? Cóż, pewien Szwed nie był pierwszym nabytkiem z Estadio Jose Alvalade, który nie przełożył dobrych wyników w Portugalii na Premier League.

Amorim rozpoczął tragicznie, od trzech zwycięstw w pierwszych dziesięciu spotkaniach. Były momenty pozytywne tak jak wygrane derby z Manchesterem City czy półfinał Ligi Europy z Athleticiem Bilbao. Tylko że sezon zakończył na wstydliwym 15. miejscu z 42 punktami na koncie. Finał Ligi Europy, który był ostatnią szasną na europejskie puchary też przegrał, z Tottenhamem. Ten sezon był lepszy, ale wciąż przytrafiały się kompromitujące wpadki, jak ta z Grimsby w Carabao Cup.

Gdy konflikt z władzami przybrał formę niemalże otwartej wojny, nikt nie zawahał się wyrzucić go z klubu. Tymczasowo przybył więc Darren Fletcher, były piłkarz drużyny z Old Trafford. Po dwóch meczach, gdy zremisował z Leeds i odpadł z Pucharu Anglii, przez co klub zagra najmniej meczów od sezonu… 1914/15, Fletchera zastąpił jego były kolega z boiska, Michael Carrick. Oficjalnie jako tymczasowa opcja do końca sezonu.

 

Manchester jest czerwony

Pierwszym sprawdzianem dla 44-latka w nowej-starej roli były derby z Manchesterem City. Teatr Marzeń wypełniony po brzegi, na trybunach sam Sir Alex Ferguson  – ciężko wyobrazić sobie większą scenę do ponownego debiutu. Czasu na przygotowania do meczu miał niewiele, lecz z tego zadania wywiązał się świetnie. Plan był jasny: wykorzystać niedoświadczoną i niezgraną obronę Obywateli, i poprzez wysokie odbiory oraz szybkie kontry stwarzać zagrożenie pod bramką Donnarummy.

Już na początku meczu jego podopieczni świetnie pokazali to w praktyce. W środku boiska City próbuje rozgrywać piłkę, jednak doskakują: Mainoo, Dorgu, Mbeumo i Bruno Fernandes. Na obrazie widać sytuację, w której Khusanov, po otrzymaniu podania od Rodriego musi podać do Sama Alleyne’a, gdyż jest on jedyną dostępną opcją. Młody Anglik popełnia błąd, przez co Mbeumo wychodzi sam na sam z bramkarzem. Były gracz Brentford nie strzela gola, bo za daleko wypuszcza sobie piłkę.

Screen meczu 1

Bez piłki, a w takiej sytuacji Czerwone Diabły są znaczną większość czasu, Carrick ustawia „piramidę”, czyli 4-3-2-1 lub 4-2-3-1. W razie potrzeby Dorgu i Diallo schodzą niżej tworząc piątkę, a czasem szóstkę w obronie. Celem jest odcięcie od gry Haalanda oraz uniemożliwienie zdobycia przewagi na skrzydle przez Doku i Semenyo. Do pressingu rusza zatem najczęściej wymieniona wyżej czwórka plus Amad Diallo. Do bólu prosty sposób był także na ominięcie pressingu nakładanego przez graczy Guardioli.

Rozgrywanie akcji podaniami, od dołu było rzadkim obrazem, dużo częściej Senne Lammens lub któryś z obrońców decydował się na zagranie długiej piłki. To niwelowało zagrożenie pod własną bramką, a zarazem sprawiało, że można było błyskawicznie samemu naciskać obrońców rywala. Poniżej sytuacja, w której teoretycznie goście zrobili wszystko dobrze: odcięte opcje podania, nacisk na posiadającego. A jednak Maguire znajduje opcje podania po ziemi. Tą możliwością jest Bryan Mbeumo schodzący w głąb pola. Zarówno ruch, jak i samo podanie klasy światowej.

Screen meczu

Nie można pominąć także bramki na 1:0, która to jest perfekcyjnym ucieleśnieniem myśli byłego trenera Middlesbrough. Do wybitej piłki po rzucie wolnym dopada Bruno, który momentalnie ma biegnących jak do pożaru trzech kolegów. Na dwóch obrońców. Po przebiegnięciu prawie połowy boiska oddaje do niepilnowanego Mbeumo, a Kameruńczyk wykańcza akcje bezbłędnym strzałem. Piłka nożna to jednak prosta gra.

Człowiek, który powstrzymał Arsenal

Następnym spotkaniem był równie trudny, jak nie cięższy bój z liderem ligi: Arsenalem. Na własnym boisku niepokonanym od maja roku ubiegłego (1:2 z Bournemouth). W pierwszej połowie, do momentu strzelenia pierwszego gola tego wieczoru przez Kanonierów przybysze z Manchesteru praktycznie nie istnieli. Na ten fakt złożyły się takie czynniki jak agresywny doskok oraz potężna siła fizyczna obrońców, więc brak miejsca i czasu, a także doskonale grający nogami golkiper, jakim jest David Raya.

Po samobóju Lisandro Martineza Czerwone Diabły zaczęły grać dużo lepiej. Pressing się zaostrzył, wymuszając błędy. Popełniali je Odegaard, Saliba, Gabriel, no i wreszcie Zubimendi. Jego pomyłka to składowa wielu czynników, które wyróżniam na poniższej grafice. Doskok Mbeumo powoduje, że Saliba musi podać, z kolei Zubimendi ma świadomość, że Bruno może do niego szybko doskoczyć i odebrać piłkę. Stąd decyzja o szybkim (i niedokładnym) podaniu w stronę Rayi, z którego pada gol wyrównujący.

Screen meczu

Podobnie jak z The Citizens, Manchester United miał prosty sposób na omijanie pressingu rywali: długie piłki. W całym meczu było ich aż 56 Średnia z dotychczasowych meczów to 50 takich zagrań, co pokazuje, jak często decydują się na ten właśnie środek. Już po objęciu prowadzenia oglądaliśmy podobny obrazek jak z Manchesterem City. W niskiej obronie często czwórka stawała się piątką, bo Dorgu lub Amad schodzili niżej, by skrzydłowy nie zyskał przewagi w bocznym sektorze. Szersze omawianie defensywy nie ma tu większego sensu, bo także było to zagęszczenie własnej szesnastki. Coraz częściej przyjezdni zostawali też na własnej połowie, by nie otworzyć rywalom drogi do szybkiego ataku, odzyskując raz na jakiś czas inicjatywę.

Screen meczu

Powyżej ustawienie w fazie obronnej, gdzie trójka pomocników jest w każdej chwili gotowa zejść do linii z obrońcami. Jednocześnie brak przestrzeni niweluje ryzyko zagania przez środek. Napastnicy Arsenalu mają wokół siebie trzech lub czterech obrońców co sprawia, że żeby dostać piłkę, muszą opuścić pozycję i zejść niżej. Przy bramce na 3:2 akcja zaczyna się od długiej piłki Lammensa i zgrania piłki tyłem do bramki Benjamina Sesko. Dziurę powstałą po upadku Merino, oraz absorbacji Rice’a przez Mainoo wykorzystał Cunha fantastycznym uderzeniem z dystansu. Ponadto, dobrym ruchem Sesko powstrzymał Gabriela i Salibę od wyskoczenia ze strefy i próby powstrzymania Brazylijczyka.

Przebłyski już były. Jak będzie z innymi?

Takie właśnie pytanie mogli sobie zadać kibice drużyny z Old Trafford. Meczów z największymi nie gra się wszakże co tydzień, a drużyny środka tabeli niejednego potentata zaskoczyły. Okazją do sprawdzenia tego był mecz z Fulham. Za dużych zmian w systemie gry jednak nie było, a w składzie zaszła tylko jedna roszada – z konieczności za Dorgu zagrał Cunha. I już na początku meczu kapitalną długą piłką popisał się Lisandro Martinez. Mbeumo wystrzelił jak z armaty, lecz nie opanował piłki. Często przewagę na prawej stronie robił Amad Diallo, który robił z Robinsonem, co chciał. Generalnie pasywność linii obrony Fulham była dobrze wykorzystywana przez gospodarzy meczu.

Screen meczu

Bramka Matheusa Cunhi jest przykładem takiego zachowania. Niby ma koło siebie dwóch obrońców, ale są za daleko, by udaremnić dynamiczny zryw byłego gracza Wolves. Pressing oraz doskok funkcjonowały na dobrym poziomie, co widać w tej sytuacji. Ryan Sessegnon podał do Jimeneza, który pod naciskiem dwójki graczy United stracił futbolówkę.

Z tej sytuacji wyniknęła wrzutka, po której Sesko uderzył w słupek. Gdy plac gry opuścił Casemiro, lider zespołu, United straciło kontrolę nad meczem. Jego zmiennik, Manuel Ugarte, dwukrotnie nie upilnował swojego zawodnika, co dwukrotnie skończyło się bramką. Piłkarze Carricka ogólnie dość często pozwalali na strzały londyńczykom. Manchester United nie zdołał zdominować rywala pod kątem posiadania piłki czy strzałów, co z jednej strony może budzić niepokój, a z drugiej daje stabilność i przewidywalność gry niezależnie od rywala.

Kontrast z Amorimem jest tutaj zauważalny gołym okiem, choćby na podstawie samego systemu, zrywającego z grą na trójkę z tyłu. Przez tą zmianę Red Devils nie dopuszczają rywali do tylu sytuacji co wcześniej, a widać to choćby w xG against (ile goli powinien strzelić twój rywal). United są w tej statystyce trzecią najgorszą drużyną ligi, lecz w każdym meczu poza Fulham (gdzie rzut karny zawyżył xG gości) miał ją niższą niż średnia. Poza tym, do składu z przytupem wrócił Kobbie Mainoo. Portugalczyk nie stawiał na niego, preferując inny typ zawodnika, a on swoimi tegorocznymi występami pokazuje, że ten mylił się, co do jego osoby. Jest pod grą, wprowadza spokój swoim pobytem na boisku, rzadko kiedy się myli. Tacy piłkarze są po prostu bezcenni. Bruno Fernandes wreszcie gra jako dziesiątka, przesunięty wyżej Portugalczyk ma większy wpływ na grę swojego zespołu. Efekt? 4 asysty w 3 ostatnich meczach. Jako napastnik zaczął grać Bryan Mbeumo. I jemu wychodzi to na dobre, bo po powrocie z Pucharu Narodów Afryki do siatki trafiał dwukrotnie.

Czy ostatnie wyniki sprawiają, że można obwieszczać powrót wielkiego Manchesteru United? Na to zbyt wcześnie, ale sam fakt, że liczą się w walce o Ligę Mistrzów, może napawać optymizmem. Kadra zespołu raczej nie jest uszyta pod walkę o mistrzostwo, no a strata do Arsenalu sięga kilkunastu punktów. Co zaś stanie się z Carrickiem? Jego notowania rosną, a lud zdecydowanie go popiera. Sezon jeszcze długi, a parę ciężkich spotkań z ligową czołówką pozostało. Teraz przyjdzie im w najbliższą sobotę podjąć poobijany Tottenham, po czym w środku tygodnia nadejdzie mecz z West Hamem. Ostatnim starciem w tym miesiącu będzie potyczka z Evertonem na Hill Dickinson.