Jeszcze kilka miesięcy temu wszystko wyglądało jak początek jednej z najpiękniejszych historii w dziejach Crystal Palace. Sezon zaczął się od wygranej w finale Tarczy Wspólnoty z Liverpoolem, aktualnym mistrzem Anglii. Symbol? Ogromny. Przekaz? Jeszcze większy.

Palace miało być gotowe na kolejny krok. Na wyjście z cienia ligowego średniaka i podbój Europy. To miał być sezon, który zapisze się w historii klubu. Jednak dziś ta narracja brzmi jak odległe wspomnienie.

Już na etapie przygotowań, w letnim oknie transferowym, pojawiły się pierwsze sygnały ostrzegawcze. Eberechi Eze, absolutny lider ofensywy i twarz zespołu, odszedł do Arsenalu. Równolegle przez długie tygodnie niepewna była również przyszłość Marca Guéhiego – filaru defensywy i kapitana drużyny.

Odejście Eze oznaczało dla Crystal Palace utratę kreatywności, jakości w grze między liniami oraz zawodnika, który potrafił rozstrzygać mecze indywidualnym błyskiem. Jednocześnie zarząd klubu nie zareagował w sposób adekwatny do wyzwań, które czekały drużynę. Nie doszło do żadnych znaczących wzmocnień ani realnego poszerzenia kadry. Co istotne, nie istniał również jasny plan na sezon, w którym liczba spotkań miała wyraźnie wzrosnąć ze względu na ligę, puchary krajowe i debiut w europejskich rozgrywkach.

Wyniki, które uśpiły czujność

Paradoksalnie początek sezonu był bardzo dobry. Pierwsze 15 kolejek Premier League przyniosło bilans siedmiu zwycięstw, pięciu remisów i zaledwie trzech porażek – wynik, który przed startem rozgrywek każdy kibic Palace wziąłby w ciemno.

Do tego doszły rezultaty budujące tożsamość drużyny, takie jak ligowa wygrana z Liverpoolem czy zwycięstwo z Aston Villą na wyjeździe. W Lidze Konferencji Crystal Palace również radziło sobie przyzwoicie, notując trzy zwycięstwa, jeden remis i dwie porażki. Biorąc pod uwagę wąską kadrę i brak doświadczenia w europejskich pucharach, był to wynik co najmniej poprawny.

Co więcej, w Carabao Cup zespół dotarł do ćwierćfinału, po drodze rozbijając Liverpool 3:0 na Anfield. Odpadł dopiero z Arsenalem — po wyrównanym meczu i serii rzutów karnych.

W tamtym momencie wszystko wyglądało jak potwierdzenie tezy: Orły są gotowe na grę na kilku frontach. Problem w tym, że każdy sezon jest maratonem, a nie sprintem.

Od 14 grudnia Crystal Palace nie wygrało żadnego meczu. Od tego momentu seria urosła do 12 spotkań bez zwycięstwa, a bilans bramek w tym okresie to 9:20. Drużyna zaczęła tracić kontrolę nad meczami, defensywa przestała być stabilna, a ofensywa — przewidywalna i pozbawiona lidera.

Kulminacją kryzysu była kompromitująca porażka z piątoligowym Macclesfield FC w 1/32 finału FA Cup. W efekcie odpadnięcie z rozgrywek, które jeszcze niedawno były jednym z filarów udanego sezonu, stało się symbolem narastającego chaosu.

Transfery, które rozmontowały projekt

W tym momencie problemy sportowe zaczęły iść w parze z decyzjami transferowymi. Niekończące się spekulacje wokół przyszłości kapitana zespołu, Marca Guéhiego, ostatecznie zakończyły się jego odejściem w zimowym oknie transferowym do Manchesteru City. Palace straciło wówczas lidera defensywy, zawodnika porządkującego grę oraz jeden z filarów szatni. Co gorsza, sprzedaż Guéhiego w trakcie sezonu, przy trwającym kryzysie, tylko pogłębiła problemy drużyny.

Transfer najlepszego strzelca Crystal Palace był o krok od finalizacji. Jean-Philippe Mateta miał przenieść się do AC Milan, jednak transakcja wysypała się na ostatniej prostej po tym, jak podczas podwójnych badań medycznych wykryto problemy z kolanem napastnika.

W najbliższym czasie Mateta, wspólnie ze sztabem medycznym klubu, podejmie decyzję w sprawie ewentualnej operacji. Niezależnie od scenariusza czeka go przerwa w grze, co w kluczowym momencie sezonu stanowi poważny problem dla zespołu.

Reakcją zarządu było działanie rzutem na taśmę. Crystal Palace sprowadziło Jørgena Strand Larsena z Wolverhampton Wanderers za około 47 milionów funtów. Wysokość tej kwoty od początku budzi wątpliwości — Norweg w obecnym sezonie Premier League zdobył zaledwie jedną bramkę w 22 występach, co każe zadać pytanie o realną wartość tego transferu.

Liczby, które obnażają skalę problemu

Sezon Crystal Palace warto przeanalizować także przez pryzmat wydatków transferowych. W letnim okienku klub wydał około 80 milionów funtów, co plasowało go w dolnej części stawki Premier League pod względem inwestycji.

Mniej od Palace wydały jedynie Aston Villa, Brighton oraz Fulham. Jednocześnie większość klubów z dolnej i środkowej części tabeli przeznaczyła na wzmocnienia znacznie większe środki. Bournemouth przekroczyło próg 130 milionów funtów, Brentford wydało około 85 milionów, West Ham ponad 160 milionów, a Nottingham Forest nawet ponad 200 milionów funtów.

Crystal Palace znalazło się więc bliżej klubów walczących o utrzymanie niż zespołów aspirujących do stabilnej gry w Europie, mimo że samo występowało na trzech frontach.

To nie przypadek. To efekt decyzji (a raczej ich braku)

Ten kryzys nie wziął się znikąd. Crystal Palace przegrało ten sezon przy biurkach, a nie wyłącznie na boisku. Zabrakło wzmocnień adekwatnych do liczby rozgrywek, kadra okazała się zbyt wąska, liderzy byli sprzedawani w trakcie sezonu, a całości zabrakło długofalowej strategii.

Dodatkowo na drużynie ciąży atmosfera niepewności związana z przyszłością zespołu, w tym zapowiedziane odejście Olivera Glasnera po sezonie, co tylko potęguje wrażenie projektu pozbawionego wyraźnego kierunku.

Crystal Palace wciąż ma jakość, by zakończyć sezon w sposób godny. Trudno jednak uciec od wniosku, że szansa na coś naprawdę wyjątkowego została zaprzepaszczona. Europejskie puchary obnażyły braki kadrowe, rozgrywki pucharowe pokazały narastające zmęczenie, a liga brutalnie zweryfikowała krótką ławkę rezerwowych.

Ten sezon miał być krokiem do przodu. Zamiast tego stał się przypomnieniem, że ambicje bez realnego wsparcia organizacyjnego kończą się dokładnie w taki sposób. I to jest dziś największy problem Crystal Palace — nie brak talentu, lecz brak odwagi i konsekwencji w kluczowym momencie rozwoju klubu.