Bezbramkowy remis Wolverhampton Wanderers z Newcastle United w minioną niedzielę był już 17. spotkaniem trwającego sezonu Premier League, w którym kibice nie zobaczyli ani jednej bramki. Co istotne, dopiero przekroczyliśmy półmetek rozgrywek, a liczba meczów zakończonych wynikiem 0:0 jest już wyższa niż w całym poprzednim sezonie i aż o sześć przewyższa dorobek z kampanii 2023/24. Oczywiście nawet bezbramkowe spotkania potrafią dostarczać emocji (Sunderland — City), jednak obecny sezon potwierdza trend widoczny od jego początku — liczba meczów, które są po prostu nudne, jest nieporównywalnie większa niż w ostatnich latach.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele i były one szeroko analizowane już na starcie sezonu, gdy zaczęliśmy dostrzegać wyraźne zmiany w sposobie gry drużyn Premier League oraz dość niespodziewany powrót trendów popularnych na początku XXI wieku. Na znaczeniu diametralnie zyskały stałe fragmenty gry, długie wrzuty z autu, a piłkarze coraz częściej decydują się na posyłanie długich piłek do przodu.
Jest jednak także druga strona medalu — zespoły są dziś znacznie lepiej przygotowane i skuteczniejsze w grze defensywnej. Powszechny dostęp do danych, statystyk i dogłębnych analiz rywali sprawił, że coraz trudniej jest przełamywać kompaktowe, doskonale zorganizowane bloki obronne przy pomocy gry kombinacyjnej. O tym, jak bardzo zmienił się krajobraz obecnej Premier League, najlepiej świadczy transformacja Manchesteru City.
Owszem, „Obywatele” wciąż pozostają ligowym liderem pod względem średniej liczby wymienianych podań (570.9) — zarówno w meczach, jak i w poszczególnych akcjach (4.69) — ale jednocześnie wzrosła u nich liczba bramek zdobywanych po szybkich atakach. Bronienie w tzw. średnim bloku i świadome szukanie okazji do kontr to elementy, do których zespół Pepa Guardioli przez lata nas nie przyzwyczajał. Symboliczne w tym kontekście jest także sprowadzenie Antoine’a Semenyo — silnego, dobrze zbudowanego, obunożnego skrzydłowego — który idealnie obrazuje, jakiego profilu piłkarzy dziś potrzebujesz, by odnosić sukcesy w angielskiej ekstraklasie.
17 – Wolves 0-0 Newcastle was the 17th goalless draw of this Premier League season (218th match), which is already more than in the 2024-25 campaign overall (16 in 380 matches). Entertained? pic.twitter.com/ruiIphjZpv
— OptaJoe (@OptaJoe) January 18, 2026
Futbolowa kontrrewolucja
Minęła już ponad połowa sezonu, więc wiele metryk, które na jego początku unaoczniały skalę zmian w Premier League, nie znajduje się już na tak skrajnych poziomach. Nie oznacza to jednak odwrócenia trendu — zjawiska widoczne na przełomie sierpnia i września wciąż są kontynuowane. Zespoły nadal wymieniają średnio najmniej podań na mecz od sezonu 2012/13 (873.3) — choć warto zaznaczyć, że liczba ta jest dziś nieco wyższa niż po pierwszych pięciu kolejkach (849.1).
Jak zauważają analitycy OPTA, zespoły takie jak Manchester City (476.6 do 570.9), Arsenal (464.8 do 492.3) czy Liverpool (508.2 do 549.8) stopniowo zwiększały swoje średnie podań wraz z upływem sezonu. Z drugiej strony Chelsea (551.8 do 515.6), Tottenham (475.2 do 413.8) i Nottingham Forest (502.4 do 436.0) jeszcze je obniżyły — co w przypadku „Tricky Trees” nie jest większym zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że ich trenerem jest Sean Dyche.
Na poniższej grafice przygotowanej przez OPTA wyraźnie widać, jak duża grupa klubów gra dziś w bardzo podobny sposób: wymieniają nieco mniej podań na akcję niż ligowa średnia, jednocześnie znacznie szybciej przenosząc piłkę pod bramkę rywala. Nie zmieniła się natomiast liczba długich podań wykonywanych w trakcie meczów — od początku sezonu utrzymuje się ona na stabilnym poziomie około 99 na spotkanie.

Średnia ilość podań w akcji oraz szybkość z jaką drużyny przechodzą pod bramkę rywala. Grafika: Opta
Stałe fragmenty gry jako nowa ofensywna broń
Jednym z głównych tematów początku kampanii były oczywiście stałe fragmenty gry i ich rosnąca rola w ofensywie wielu drużyn — z Arsenalem na czele. Po pierwszych pięciu kolejkach aż 25% bramek padło po zagraniach ze stojącej piłki, co już wtedy było najwyższym wynikiem od dziewięciu sezonów. Można było zakładać, że wraz z większą próbką ten odsetek spadnie. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Według danych OPTA po 210 meczach obecnego sezonu aż 166 z 587 bramek padło po stałych fragmentach gry — to zawrotne 28,3%.
Sporą rolę odgrywają w tym długie wrzuty z autu, które w obecnych rozgrywkach przeżywają prawdziwy renesans. Po 20 kolejkach oglądamy średnio 3,97 takich wrzutów na mecz — to wynik dwukrotnie wyższy niż w każdym sezonie poprzedniej dekady.
I tu wracamy do problemów ze zdobywaniem bramek. Trenerzy, obserwując zmieniający się krajobraz Premier League, starają się do niego dostosować, szukając alternatywnych dróg do gola. Skoro, zamiast kolejny raz cierpliwie rozgrywać piłkę na skraju pola karnego skuteczniejsze okazuje się wrzucenie jej w jego środek, wywołanie chaosu i wykorzystanie zamieszania — trudno uznać takie podejście za prymitywne.
Napastnicy na marginesie
Wiele meczów zakończonych bezbramkowymi remisami jest naturalnym efektem tych zmian. Oglądamy mniej goli, mniej strzałów, a napastnicy notują rekordowo niskie liczby kontaktów z piłką. Trend ten trafnie opisał dziennikarz „The Times” Hamzah Khalique-Loonat, zwracając uwagę na to, jak wielu czołowych napastników — jak Šeško czy Gyökeres — coraz częściej przechodzi obok meczów, nie mając realnego wpływu na ich przebieg.

W tym sezonie drastycznie spadła liczba bramek zdobywanych przez napastników. Grafika: The Times
Zamiast tego coraz częściej oglądamy spotkania oparte na długiej piłce mającej ominąć pressing rywala lub na bezproduktywnym krążeniu futbolówki bez zdobywania terenu i bez pomysłu na przełamanie środka pola. Większa przewidywalność, mniejsza kreatywność i rosnąca monotonia. Wystarczy spojrzeć na dane (grafika wyżej) — liczba bramek zdobywanych przez napastników spadła w sposób drastyczny.
Wściekle szybka Premier League coraz częściej przypomina partię szachów. Z atrakcyjnego, pełnego polotu i bramek futbolu, który Pep Guardiola zaszczepił na Wyspach po dołączeniu do Manchesteru City, pozostały dziś jedynie strzępy. W zamian obserwujemy renesans stylu, który kiedyś definiował angielską piłkę: mniej bramek, długie przerwy na przygotowanie stałych fragmentów gry i trenerów zmuszonych do ciągłego korygowania swoich planów. Emocji wciąż nie brakuje — ale zbyt często jest to kołysanka, a nie heavy metal.

