Odkąd dołączyłem do klubu, ostatnie 48 godzin było najgorszymi, ponieważ wiele osób nas nie wspierało” mówił Enzo Maresca. „Przyszedłem tu, żeby być menedżerem, a nie trenerem” twierdził Rúben Amorim. Te słowa ze strony Włocha i Portugalczyka mogłyby stanowić epitafia na ich nagrobkach na menedżerskim cmentarzu. Bowiem menedżer już od dawien dawna przestał być najistotniejszą figurą w klubie. Pałeczkę najczęściej przejmują dyrektorzy techniczni lub sportowi albo sami prezesi. Tylko o ile od menedżerów wymaga się ciągłej weryfikacji swoich decyzji przed kamerami, tak ci za jego plecami skrupulatnie dbają o to, aby nie znaleźć się w blasku fleszy.

Samobiczowanie Rúbena Amorima

W zeszły poniedziałek zakończyła się menedżerska przygoda Rúbena Amorima na Old Trafford. 40-latek miał być trenerem na lata, a przynajmniej tak twierdzili jego szefowie. Młody charyzmatyczny szkoleniowiec z konkretnym planem na grę miał być „projektem długofalowym”. Natomiast burzliwe relacje z Jasonem Wilcoxem, a wręcz wojna domowa z dyrektorem Czerwonych Diabłów, przelała czarę goryczy.

Nieco wcześniej – w Nowy Rok – taki sam los podzielił Enzo Maresca. Choć Włoch w pewnym sensie zainicjował ciąg wydarzeń na Stamford Bridge, które doprowadziły do jego zwolnienia. 20 straconych punktów z pozycji prowadzącego w meczach, potajemne rozmowy z Manchesterem City w sprawie zastąpienia Pepa Guardioli, chęć większej władzy w Chelsea po zdobyciu dwóch pucharów i wprowadzeniu ekipy „dzieciaków” do Ligi Mistrzów. BlueCo nie wytrzymało ciśnienia. Te wydarzenia dzieliło raptem trzy dni.

Jednym z podstawowych obowiązków trenerów, czy też menedżerów, są regularne rozmowy z dziennikarzami. Szkoleniowiec musi zazwyczaj minimum dwa razy w tygodniu pojawić się na konferencjach prasowych, a gdy gra w europejskich pucharach jeszcze częściej. W dodatku wywiady przedmeczowe, te na gorąco po spotkaniu, rozmowy z klubowymi mediami. Część z nich lubi rozmawiać z prasą i dostarczać chwytliwych cytatów jak choćby José Mourinho, Jürgen Klopp czy Ian Holloway. Pozostali raczej traktują to jako irytujące zajęcie, odciągające uwagę od boiska treningowego, zwłaszcza gdy zespół właśnie wpadł w dołek formy.

Niektórzy próbują wywrzeć presję na swoich przełożonych poprzez niezbyt wygodne wypowiedzi w kontekście organizacji czy transferów. Albo jak Antonio Conte, który jawnie wytknął swoim podopiecznym brak ambicji i chęci wzięcia odpowiedzialności za wyniki. Lub Sir Alex Ferguson, który poprzez media lubił wywrzeć presję na rywalach lub… sędziach.

Amorim bywał na konferencjach prasowych momentami rozbrajająco szczery i raczej nic nie próbował zatuszować. Potrafił stwierdzić, że kibice oglądają właśnie „najgorszy Manchester United w historii” lub że nie spodziewał się, że beniaminek w Premier League (w tym przypadku Ipswich Town) może postawić w Teatrze Marzeń tak trudne warunki. Momentami wręcz dokonywał samobiczowania, mówiąc w styczniu 2025 roku „że to wstyd być menedżerem Manchesteru United i przegrać tyle meczów”, a po meczu z Grimsby Town, że „coś musi się zmienić, a przecież nie zmieni się jednocześnie 22 graczy”. Stawił czoła wyzwaniom, spotykając się często z zasłużoną krytyką i ponosząc konsekwencje do samego końca.

Gdzie jest dyrektor, gdy zwalnia menedżera?

Oczywiście, menedżerowie są odpowiedzialni za wyniki drużyny i po każdej porażce muszą zmierzyć się z serią niewygodnych pytań. W końcu to oni dobierają zawodników i dopasowują odpowiednią taktykę. Bardzo wielu ekspertów lubi sprowadzać wszystko jedynie do roli pierwszego trenera, szukając w pierwszej linii ostrzału jego osoby po rozczarowującym występie. Jamie Carragher ostatnio stwierdził, że „Amorim nie ma odpowiednich kwalifikacji, by być menedżerem Manchesteru United”. Intrygujące, czy byłby równie krytyczny, gdyby przyszło mu oceniać „wyśmienity” okres w historii Valencii, gdy ekipę Nietoperzy prowadził jego kolega ze studia Sky Sports.

Amorim i Maresca na własnej skórze przekonali się, że pozycja trenera czy też menedżera nie jest już taka silna jak kiedyś. A już na pewno nie w świecie piłkarskich korporacji, na jakie wyrosły Manchester United i Chelsea. Dziś polityką klubów kierują tzw. białe kołnierzyki z oszałamiającymi profilami na LinkedIn. Albo bardzo bogaci ludzie, którzy dorobili się majątku w innych branżach, więc z pewnością będą podejmować właściwe decyzje w sporcie. Skoro Sir Jim Ratcliffe nabył mniejszościowy pakiet akcji, wygrał kilka trofeów w Football Manangerze, to wie, że Bryan Mbeumo powinien grać na wahadle, a nie na skrzydle.

Warto jednak, aby ludzie sprawujący władzę chętniej pojawiali się w mediach. Dyrektorzy sportowi The Blues – Paul Winstanley i Laurence Stewart – przy okazji nominacji Enzo Mareski na fotel menedżerski w Chelsea stwierdzili, że „ambicje i etyka Włocha są zbieżne z ambicjami i etyką klubu. Próżno jednak szukać ich podpisów na niedawnym oświadczeniu klubu mówiącym o zakończeniu współpracy z 45-latkiem. W związku z tym może warto, aby udzielili choćby komentarza na temat poczynań na rynku transferowym, gdy stołeczna ekipa odniosła jedno zwycięstwo w ostatnich dziesięciu meczach. To wciąż „ich zawodnicy” wychodzą na murawie, nawet gdy byłego opiekuna Leicester City już w klubie nie ma.

Na Old Trafford zresztą sytuacja wyglądała podobnie. Jason Wilcox szerzej w prasie wypowiedział się w październiku zeszłego roku, gdy jego portugalski podwładny wygrał trzy kolejne mecze w Premier League. Klubowe media opublikowały wtedy rozmowę z dyrektorem przeprowadzoną wśród promieni słońca w Carrington o wykonanym progresie, nowych twarzach w zespole.

Menedżer idzie zawsze na pierwszy ogień

Natomiast, gdy należało skomentować fakt zwolnienia trenera, który uparcie trzymał się ustawienia 3-4-3, a którego zatrudniono, ponieważ miał taką, a nie inną filozofię futbolu, to milczał. Pod oficjalną informacją o pożegnaniu z Amorimem też zabrakło jego podpisu. Podobnie jak przy zakończeniu współpracy z Danem Ashworthem, który ostrzegał władze, że Portugalczyk pozostaje zbyt mało elastyczny taktycznie i United musi odbudować skład oraz infrastrukturę przez następnych kilka lat, zanim będzie mogło sobie pozwolić na podobną nominację…

Chyba że Wilcox ma plan na Amorima niczym Jacek Sutryk wobec Jacka Magiery w Śląsku Wrocław. Ogra wszystkich i po roku wezwie Amorima z powrotem – w końcu wciąż będzie pod kontraktem. Uratuje przed spadkiem, a w następnym sezonie otrze się o mistrzostwo.

Na pewno trenerom byłoby łatwiej, gdyby to nie tylko na ich barkach ciążył obowiązek wyjaśniania dziennikarzom i kibicom błędów popełnianych przez klub. Przecież to nie jest tak, że Wilcox nie zna się na piłce. Wraz z Alanem Shearerem zdobywał mistrzostwo Anglii z Blackburn Rovers, trzykrotnie zagrał w seniorskiej reprezentacji Synów Albionu, a po odwieszeniu butów na kołek był dyrektorem akademii Manchesteru City. Stewart pracował jako analityk sportowy dla Hull City, a później został szefem skautów w grupie Red Bulla – najpierw w Lipsku, następnie w Salzburgu.

Kluby nieustannie dokonują transferów, ale osoby, które o nich decydują, a wcześniej identyfikują i analizują piłkarzy, przerzucają odpowiedzialność za sukces lub porażkę konkretnego gracza bezpośrednio na menedżerów. Joshua Zirkzee przyszedł, zanim Amorim dołączył na Old Trafford. Holender niespecjalnie pasował do systemu Portugalczyka i rzadko kiedy dostawał okazje do gry. Aczkolwiek, to on musiał tłumaczyć sytuację byłego gracza Bolonii.

Maresca kilkukrotnie wspominał o znaczeniu doświadczenia na łamach mediów. Dyrektorzy nie kwapili się jednak, aby wytłumaczyć, dlaczego zbudowali aż tak ekstremalnie młodą kadrę (najniższa średnia wieku pierwszej XI w Premier League) i pominęli w niej choćby jednego gracza pokroju Thiago Silvy, który mógłby to towarzystwo momentami utemperować (sorry, ale Tosin to nie ta półka).

Rozłożenie odpowiedzialności? To niekorzystne

Graham Potter oraz Nuno Espirito Santo przejmowali kompletnie niezrównoważone kadry West Hamu, pracując często (choć nikt im nie kazał robić tego z własnej woli) z niewypałami pokroju Konstandinosa Mawropanosa albo Guido Rodrígueza. Nuno ostatnio przepraszał kibiców za występy z Wolves, a później z Nottingham Forest, które znacząco przybliżyły widmo spadku na London Stadium.

Zresztą Portugalczyk już na City Ground musiał się tłumaczyć z tego, że Tricky Trees nie byli odpowiednio przygotowani do sezonu, ponieważ nie wiedział, kogo mu jeszcze przed końcem okienka z kadry ubędzie. Czy Edu lub Evangelos Marinakis w jakiś sposób to skomentowali? Po prostu zatrudnili Ange’a Postecoglou.

Są przypadki, w których dyrektorzy potrafią wyjść do mediów i zabrać głos w takich sprawach. Gdy z Bayeru Leverkusen latem zaledwie po dwóch meczach zwolniono Erika ten Haga, Simon Rofles udzielił wypowiedzi w trakcie Deadline Day na łamach Sky Sports Germany, mówiąc „Potrzeba trochę czasu, żeby się zaadaptować, ale mieliśmy wrażenie, że nie szliśmy w dobrym kierunku. Na horyzoncie nie było promyków szybkiej poprawy sytuacji”. Także jest to pewien przykład, którym powinni kierować się również w Anglii.

Kluby piłkarskie, zwłaszcza te na największe i najbardziej majętne, to profesjonalne przedsiębiorstwa z rzekomo jasnymi strategiami, nadzorowanymi przez duże zespoły i rozbudowanymi działami PR. W związku z tym to trochę nie fair pociągać do odpowiedzialności jedynie menedżera, gdy sprawy układają się źle nie tylko na boisku, ale i w gabinetach.

Mimo to dyrektorzy wolą cały proces upadku „projektu” i wylewanych (słusznie lub nie) frustracji ze strony menedżerów obserwować z boku. Dziś Chelsea i Manchester United to korporacje, a korporacje się nie mylą i nie wybaczają. Jeśli nie chcesz się dostosować i być „cichym trybikiem w maszynie”, to sorry, ale wiesz, gdzie są drzwi. Miejsce jest tylko dla tych, którzy pasują do naszej koncepcji i nie będą prosić o więcej.

Jonathan Liew w swoim ostatnim felietonie dla The Guardian napisał jedną, bardzo mądrą sentencję o sytuacji współczesnych menedżerów. „Jeśli trenerzy byli kiedyś szefami kuchni, teraz bardziej przypominają kierowców Deliveroo (odpowiednik Glovo): nie są tak naprawdę odpowiedzialni za jedzenie, ale ostatecznie ponoszą odpowiedzialność za to, czy jedzenie dotrze zimne, albo czy wycieknie z pudełka”. Gdy dotkniesz opakowanie z pizzą i poczujesz, że nieco wystygła, to do kogo będziesz miał pretensje? Nawet jeśli kurier już zimną zabierał z restauracji…