Kolejna seria spotkań za nami! Kto może kroczyć dalej z dumnie wypiętą piersią, a kto chce zakopać głowę w piach? Oto trójka bohaterów i trójka przegrywów 20. kolejki Premier League.

BOHATEROWIE

JOHN MCGINN

Dla kapitana Aston Villi rok 2026 nie mógł zacząć się lepiej. Zwycięstwo u siebie przeciwko Nottigham Forest oraz dublet zdecydowanie dobrze prognozują dla reprezentanta Szkocji. Strzelanie rozpoczął w 49. minucie, po dośrodkowaniu Matty’ego Casha, po którym McGinn pewnie oddał strzał z pierwszej i trafił w lewy róg. Po tym trafieniu celebrował gola jedną z najciekawszych cieszynek w tym sezonie.

Drugie trafienie Szkota było połączeniem jego umiejętności oraz błędu bramkarza Forest. Najpierw wyminął kilku zawodników gości, a potem wykorzystał niezrozumiałe wyjście Johna Victora i pewnie huknął piłką prosto do pustej bramki i ustanowił wynik meczu na 3:1.

MATEUS MANÉ

Prawdziwy bohater kibiców Wolverhampton, który przerwał fatalną passę i dał drużynie pierwsze zwycięstwo w tym sezonie Premier League. A mówimy tutaj o zaledwie 18-latku, który dopiero zbiera doświadczenie w seniorskiej piłce. W dodatku brał udział w każdej akcji bramkowej w meczu przeciwko West Hamowi.

To on podał piłkę Hwangowi, który ostatecznie asystował Jhonowi Ariasowi. Następnie wywalczył rzut karny, wykorzystany przez koreańskiego napastnika. Aż w końcu sam Mané, w 41. minucie, zdobył cudowną bramkę z linii pola karnego. Kiedy Anglik schodził w 86. minucie, kibice Wilków pożegnali do głośnymi brawami. W pełni zasłużenie.

IGOR THIAGO

Ostatnio rozstrzelał się na Gtech Community Stadium Kevin Schade, to teraz przyszła na Igora Thiago. Napastnik Brentford jako siódmy Brazylijczyk w historii ustrzelił hat-tricka w Premier League, bawiąc się w niedzielę z defensywą Evertonu i kończąc swoją serię sześciu meczów bez trafienia.

Jeszcze zanim na dobre rozpoczął strzelanie, przydał się we własnym polu karnym, ponieważ w 5. minucie, po kornerze dla gospodarzy, to on wybijał piłkę z linii bramkowej po strzale Jamesa Tarkowskiego. Potem już nastąpiło istne show Brazylijczyka. Przy pierwszym trafieniu sprytnie uciekł za plecy Michealowi Keane’owi i na wślizgu wykończył akcję z obrębu szesnastki.

Przy drugiej znakomicie rozprowadził kontratak z Schade, nadciągając w tempo do Niemca, by ten mógł mu wyłożyć piłkę do pustej bramki. Eldorado zakończył tuż przed doliczonym czasem gry, wykorzystując długie zagranie Nathana Collinsa i wybiegając na kompletnie odsłoniętą połowę The Toffees. Wystarczyło mu jedynie pognać na bramkę i pokonać bezradnego Jordana Pickforda. Fenomenalny występ.

PRZEGRYWY

JOHN VICTOR

Przy pierwszych dwóch golach dla Aston Villi nie miał większych szans na skuteczną interwencję, ale przy trzecim zachował się wręcz absurdalnie. Dlaczego wyszedł tak daleko od własnej bramki, choć przed Johnem McGinnem było jeszcze dwóch graczy Nottingham Forest? To wie chyba tylko on sam.

Jakby tego było mało, nie tylko zawalił bramkę, ale również doznał kontuzji. Niewykluczone, że w wyniku bezsensownego wyjścia nie tylko doprowadził do straty bramki, ale też skomplikował swoją sytuację w dłuższej perspektywie. Jeśli będzie pauzował, to między słupki wróci Matz Sels.

MAX KILMAN

Przegrać z Wolves w tym sezonie to, mówiąc wprost: kompromitacja. Ale przegrać 0:3? Na to brak słów. Po takim występie West Hamu ktoś musiał wylądować w naszym zestawieniu. Padło na tego, który powinien być liderem defensywy.

Kilman nie popisał się zwłaszcza w sytuacji, która doprowadziła do rzutu karnego na wagę drugiego gola dla Wilków. Jego nieskoordynowane wybicie trafiło prosto pod nogi Mateusa Mané, który właściwie od razu został sfaulowany w szesnastce. Poza tym stoper Młotów wyglądał mocno niepewnie, a szczególnie słabo wyglądał w walce o górne piłki. Raz dał się zdemolować Tolu Alokodare, ale sytuację uratowała dobra interwencja Alphonse’a Areoli.

MICHAEL KEANE

W bohaterach umieściliśmy Igora Thiago, to w tej drugiej kategorii nie może zabraknąć tego, który „błyszczał” po stronie Evertonu. Michael Keane nie będzie dobrze wspominał starcia z brazylijskim snajperem, bowiem ten w dziecinny sposób ograł go przy pierwszej bramce, znikając mu z radarów przy dośrodkowaniu ze strony Vitalya Janelta. Pod koniec pierwszej połowy 24-latek ponownie uciekł mu za plecy, ale tym razem dogodnej szansy nie wykorzystał. 

Po przerwie Anglik znów maczał palce przy trafieniach londyńskich Pszczół. Przy trzeciej bramce, gdy Brentford wyprowadzało kontrę, dał sobie założyć siatkę przez Mathiasa Jensena, który następnie posłał fenomenalne podanie do Schade. Z kolei przy czwartej z Tarkowskim na tyle zgubili ustawienie linii na połowie gości, że nawet nie próbowali gonić uciekającego Thiago.

No tak zwyczajnie nie powinna wyglądać defensywa na poziomie Premier League. Mecz z Brentford dobitnie pokazał, że para Keane-Tarkowski kompletnie nie radzi sobie przy szybkich atakach rywali i jest to coś, co Moyes po prostu musi zmienić w najbliższych tygodniach.