Kolejna seria spotkań za nami! Kto może kroczyć dalej z dumnie wypiętą piersią, a kto chce zakopać głowę w piach? Oto trójka bohaterów i trójka przegrywów 12. kolejki Premier League.

BOHATEROWIE

HARVEY BARNES

To, że pomimo dwóch zmarnowanych setek dalej zasłużył na miejsce wśród bohaterów kolejki, pokazuje, jak dobry w meczu z Manchesterem City był Harvey Barnes. Po prostu boli, że nie przekuł to w okazałego hat-tricka, ale nadal jeden z głównych aktorów starcia na St. James’ Park. Pozbierać się po takich zmarnowanych okazjach to też sztuka. Dobrze, że w przerwie Eddie Howe znalazł trochę granulatu dla bramkostrzelnych skrzydłowych.

Pierwszy gol? Ładne rozegranie piłki z Bruno Guimaraesem i klasyczna dla Barnesa luta z 16. metra. Bez kombinowania, precyzja, której w pierwszej połowie niestety dla niego brakowało. Przy drugiej bramce już mniej widowiskowo w kontekście samego strzału, ale za to należy go pochwalić za utrzymanie piłki w środkowej fazie akcji. Później już tylko znalezienie się we właściwym miejscu i właściwym czasie, zakończone bramką dającą Newcastle komplet punktów z wyżej notowanym rywalem. Do tego niezła współpraca z Lewisem Hallem na lewej flance. Anthony’ego Gordona czeka sporo pracy, aby odzyskać swoje miejsce na skrzydle.

ALPHONSE AREOLA

Areola lubi się pojawić w naszej serii pokolejkowych podsumowań, ale to, że znalazł się tym razem wśród plusów, jest sporą niespodzianką. Francuz przyzwyczaił nas raczej do miernych występów, ale trzeba przyznać – z Bournemouth był piłkarzem meczu. Oprócz tego, że uratował Młoty przed stratą kilku bramek, to jeszcze skończył mecz z asystą przy golu Calluma Wilsona.

Jednak asysta to jedno, a postawa w bramce to drugie. Areola wybronił strzały warte 2,49 oczekiwanych bramek. Jego interwencje czy to przy strzale Eliego Kruoupi Juniora czy Evanilsona trzymały West Ham przy życiu. Im dalej w mecz, tym bardziej jego bramka była ostrzeliwana. Łącznie golkiper zanotował 10 interwencji, najwięcej w jednym meczu w tym sezonie Premier League. Tym bardziej brawo, ponieważ niewiele z nich było zwykłym złapaniem słabo przygotowanego strzału z dystansu.

EBERECHI EZE

Gdy Thomasa Franka zapytano na konferencji prasowej przez Derbami Północnego Londynu o niedoszły transfer Anglika do Tottenhamu i „podkradnięcie” go przez Arsenal, ten żartobliwie spytał „kim jest Eze?”. Zawodnikowi Kanonierów chyba nie było do śmiechu, bo postanowił przedstawić się Frankowi, rozbijając jego drużynę w drobny mak.

Eze był niepodważalnym bohaterem derbowego spotkania. Zdobył trzy gole, był bliski czwartego, ale jego odbity strzał wybronił Guglielmo Vicario. Ustrzelił pierwszego hat-tricka w Derbach Północnego Londynu od 47 lat, a zatem i pierwszy w erze Premier League. Można więc powiedzieć, że ofensywny pomocnik zapisał się w historii już w swoim pierwszym starciu ze Spurs. Jako chłopak, który za dzieciaka grał w akademii Arsenalu, to musi być dla niego coś absolutnie wyjątkowego.

PRZEGRYWY

CARLOS BALEBA

Dużo się mówi o tym, że Baleba obniżył loty w tym sezonie. I mecz z Brentford dobitnie to pokazał. Kameruńczyk był „elektryczny” od samego początku spotkania. Było to widać już po nieudanym wycofaniu do Barta Verbruggena, które powinno być bezpieczną formalnością, a skończyło się rzutem rożnym dla rywali.

Pomocnik Brighton najbardziej narozrabiał jednak, gdy sprokurował rzut karny na krótko przed upływem 30 minut gry, faulując Dango Ouattarę. Reszta jego występu też wyglądała mizernie. Nie wygrał ani jednego pojedynku z rywalami (0/4), dawał się ogrywać zdecydowanie zbyt łatwo. Został zdjęty już w przerwie i m.in. po jego zmianie Mewy zaczęły wyglądać lepiej, odwracając wynik spotkania.

IBRAHIMA KONATE

Francuski obrońca od dłuższego czasu notuje serię bardzo słabych występów, a sobotnie starcie przeciwko Nottingham Forest nie było wyjątkiem. To właśnie on doprowadził do pierwszej sytuacji bramkowej gości – zamiast podać piłkę do Alissona Konate kopnął ją za boisko, co dało drużynie Seana Dyche’a rzut rożny. Ten stały fragment zakończył się golem Murillo.

Na kolejny błąd nie trzeba było długo czekać, bo już 2 minuty później Francuz nie był w stanie powstrzymać Igora Jesusa, który trafił do siatki. Na szczęście dla Konate i reszty drużyny The Reds gol nie został uznany przez zagranie ręką. Po takim występie Arne Slot posadził swojego obrońcę na ławkę w 55. minucie meczu.

IDRISSA GUEYE

Może Senegalczyk spędził na Old Trafford zaledwie 13 minut, jednak i tak został największym antybohaterem całego spotkania. Między nim a Michaelem Keanem doszło do kłótni po tym, jak Czerwone Diabły stworzyły idealną akcję do zdobycia prowadzenia. Pomocnik Evertonu był tak wściekły na kolegę z drużyny, że uderzył go w twarz. Całą sytuację zobaczył sędzia i bez zastanowienia pokazał Gueye czerwony kartonik.

Zawodnik The Toffees może cieszyć się, że Kiernan Dewsbury-Hall 16 minut później zdobył gola, a jego koledzy zdołali zachować czyste konto i ostatecznie pokonać gospodarzy. Czerwona kartka Idrissy Gueye zdecydowanie zasługuje na miano najgłupszej w tym sezonie. Przypomniała jednak o słynnej bójce między Kieronem Dyerem a Lee Bowyerem, zakończonej wyrzuceniem obu piłkarzy Newcastle z boiska.