Po listopadowej przerwie reprezentacyjnej Liverpool po raz kolejny rozczarował swoich kibiców. Tym razem The Reds ulegli na własnym stadionie Nottingham Forest 0:3. Za fatalną postawę drużyny odpowiedzialność wziął Arne Slot, komentując przebieg starcia z ekipą Seana Dyche’a.

Podopieczni holenderskiego menedżera w sobotnie popołudnie stanęli przed szansą, aby odbudować się po rozczarowującej przegranej z Manchesterem City i odmienić losy tego sezonu. Liverpool zmierzył się przed własną publicznością na Anfield przeciwko Nottingham Forest, które również mierzy się z wieloma perturbacjami od początku rozgrywek. Choć The Tricky Trees przystępowali do rywalizacji znajdując się w strefie spadkowej, na murawie nic tego nie wskazywało. Świetna postawa drużyny z City Ground doprowadziła do zgarnięcia trzech punktów przez zespół Forest. Gole dla gości strzelili Murillo, Nicolo Savona oraz Morgan Gibbs-White.

W Liverpoolu ponownie zawiedli gracze ofensywni, między innymi Mohamed SalahAlexander Isak. Pomimo wielu wykreowanych sytuacji nie byli oni w stanie przebić muru zbudowanego przez defensorów Forest oraz Matsa Selsa między słupkami. Arne Slot w rozmowie dla BBC Match of the Day udzielił wypowiedzi na temat sobotniego występu The Reds i stanął w obronie swoich zawodników. Odniósł się również do pierwszej bramki dla Nottingham Forest, która wzbudziła kontrowersje w mediach społecznościowych.

„Przez pierwsze pół godziny zawodnicy zrobili to, na co liczyłem. Stworzyli wiele okazji, grali z dużą energią. Wtedy straciliśmy gola po rzucie rożnym i gra całkowicie się zmieniła. Co do tej bramki słyszałem, że nie było spalonego. Skoro nie było spalonego, to nie ma o czym dyskutować”.

„Później bardzo trudno było nam znaleźć luki i okazje podobne do tych z pierwszych 30 minut spotkania. Próbowałem wprowadzić kilka zmian, które się nie sprawdziły. Nie udało nam się zdobyć gola. Na tym stadionie nigdy nic nie wiadomo. Jeśli zdobędziesz bramkę, powrót staje się możliwy”.

„To dla nas wielkie rozczarowanie. Piłkarze cały czas się starają, nie mogę ich winić. Gdy sprawy toczą się dobrze lub źle, odpowiedzialność za to zawsze spoczywa na mnie. Mamy dobrych zawodników. Moim zadaniem jest wydobyć z nich to, co najlepsze, a w tej chwili tego nie robię. To moja wina”.

Dzisiejsza wpadka Liverpoolu to druga ligowa porażka z rzędu różnicą trzech bramek. Ostatni raz taka sytuacja w ekipie z Anfield Road miała miejsce dopiero w 1965 roku, gdy drużynę prowadził Bill Shankly. The Reds wypadli tym samym poza pierwszą dziesiątkę tabeli i zajmują 11. pozycję w Premier League.