Kontuzja Leviego Colwilla, która wykluczyła go z gry na cały sezon 2025/26, poważnie skomplikowała plany Chelsea. To duży cios zarówno dla drużyny, jak i kibiców The Blues, którzy liczyli, że w tym roku zespół realnie włączy się do walki o mistrzostwo Anglii. Największy problem ma jednak Enzo Maresca, który zamiast szukać rozwiązań w drużynie, w zeszłym tygodniu stwierdził: “Klub zna moje zdanie – potrzebujemy nowego obrońcy”. Wypowiedź obiła się szerokim echem w środowisku, bo jak to Maresca może domagać się kolejnego obrońcy, jak w kadrze ma już co najmniej siedmiu. Ale tak właśnie wygląda Premier League w 2025 roku. To liga trenerów-narzekaczy, którzy zamiast skupiać się na trenowaniu i rozwijaniu zawodników, coraz częściej układają listy życzeń i domagają się kolejnych transferów, które mają być gwarancją naprawy narastających problemów.

Menedżer Chelsea nie jest jedyny, który ostatnio popadł w ton narzekacza, ale jego słowa z ubiegłego tygodnia w kontekście realiów, w jakich pracuje, brzmią jak absurd. Owszem, pozycja środkowego obrońcy, na której Colwill imponował w poprzednim sezonie, jest wymagająca. Ale trudno uwierzyć, że w drużynie, która od trzech lat wydaje setki milionów na defensywę, naprawdę „nie ma kim grać”. Dla przypomnienia: w kadrze Chelsea znajduje się obecnie jedenastu obrońców, ściągniętych za prawie 300 milionów funtów: Reece James, Josh Acheampong, Tosin Adarabioyo, Benoît Badiashile, Marc Cucurella, Axel Disasi, Malo Gusto, Trevoh Chalobah, Jorrel Hato, Wesley Fofana i Aaron Anselmino. To nie fantazja, to twarda lista.

A jednak Maresca uważa, że jedynym wyjściem jest kolejny transfer. Pytanie tylko, ilu z tych zawodników w ogóle zostanie w klubie po zamknięciu okna. Renato Veiga kilka dni temu odszedł do Villarrealu, Axel Disasi jest na wylocie, a Fofana usunął ze swojego Instagrama wszystkie zdjęcia związane z Chelsea. Jak widzicie, wybór jest całkiem szeroki, tylko, zamiast biegać do właścicieli i dyrektorów sportowych po nowych piłkarzy, warto najpierw spróbować dopasować już będących w kadrze graczy do systemu. A jeśli się okazuje, że do niego nie pasują, to następnego dnia Paul Winstanley i Lawrence Stewart (dyrektorzy sportowi Chelsea) powinni zostać zwolnieni, ponieważ sprowadzają graczy, którzy nie pasują do taktyki trenera, a mieli być twarzami projektu na Stamford Bridge na lata. 

Więźniowie własnego systemu

W sumie jak już jesteśmy przy systemie gry, to na tym też warto się pochylić. Coraz częściej obserwujemy, że trenerzy grają według wytyczonych standardów i choćby im „ktoś groził śmiercią”, to ich nie zmienią. W ten sposób dochodzimy np. do kuriozalnych bramek, jakie traciło w ubiegłym sezonie Southampton, bo Russell Martin się uparł, że jego piłkarze muszą rozgrywać od tyłu. Skupmy się może jednak na tym, co dzieje się teraz. Spójrzmy choćby na Manchester United, gdzie Rúben Amorim zaimplementował swój system, który tak skutecznie działał w Sportingu.

Na Wyspach, póki co nie wygląda to tak kolorowo. W poprzednim sezonie zespół zajął na koniec sezonu najgorszą pozycję ligową w historii występów w Premier League, a tego lata “zmusił” władze klubu do wydania ponad 200 milionów funtów na trzech nowych piłkarzy ofensywnych. Co z tego, że na początku lata w kadrze było przynajmniej pięciu, którzy zostali odsunięci od drużyny, bo nie pasowali do taktyki lub nie dogadywali się z Portugalczykiem. 

Ostatnim z nich, który miał nadzieję na grę, jest Rasmus Højlund, ale Duńczyk usłyszał, że teraz Benajmin Šeško jest twarzą ofensywy United. Były gracz Atalanty między wierszami otrzymał wiadomość, że czas pakować walizki. A co jak Šeško nie wypali podobnie jak Hojlund i Zirkzee? Spokojnie na liście życzeń jest już z pewnością kilka nazwisk. Amorimowi trzeba jednak oddać, że nie był głośnym narzekaczem, który otwarcie w mediach domagał się transferów. Tego nie można jednak powiedzieć o kilku innych trenerach pracujących w Premier League.

Fulham śpi, a Silva jest zaniepokojony

Nie wszyscy trenerzy żyją bowiem w finansowej bańce jak choćby Maresca i dostają nowych zawodników na pstryknięcie palcem. Wystarczy spojrzeć na sąsiadów Chelsea, czyli Fulham. The Cottagers nie przeprowadzili latem żadnego poważnego transferu i w zasadzie jedynym wzmocnieniem jest 34-letni Benjamin Lecomte, który przyszedł jako rezerwowy bramkarz.

– “To nie jest idealny scenariusz. Nie spodziewałem się, że będziemy tacy pasywni. Wiedziałem, kogo chcę sprowadzić i plan był przygotowany. Niestety, to się nie wydarzyło. Musimy się wzmocnić. Na niektórych pozycjach mamy bardzo duże braki. Czy się tego spodziewałem? Oczywiście, że nie, ale rynek jest, jaki jest” – mówił na konferencji prasowej przed meczem z Brighton. 

Fulham pod wodzą Portugalczyka pokazało się jako drużyna z dużym potencjałem, gdzie kilku piłkarzy jak Rodrigo Muniz mają papiery na granie na najwyższym poziomie. Silva pracuje w Premier League już kilka sezonów i doskonale wie, że jedno przespane lato dla takiego klubu jak Fulham może się źle skończyć. Władze klubu chyba się jednak tym zbytnio nie przejmują. Ważne przecież, że gotowa jest trybuna za 350 milionów funtów i wpadają pokaźne sumy za astronomicznie drogie karnety.

Zrodzeni w niepewności

Podobne obawy do Marco Silvy miał menedżer Nottingham Forest, jego rodak Nuno Espírito Santo. W odróżnieniu od trenera Fulham Nuno po tym, jak głośno powiedział, co sądzi o działaniach swojego klubu na rynku, błyskawicznie dostał kilka transferów, które z pewnością podnoszą poziom drużyny i dodają opcji na poszczególnych pozycjach, co jest szczególnie istotne w sezonie z europejskimi pucharami.

– „Mamy wątpliwości, kto tutaj będzie, kiedy oni (nowi zawodnicy) przyjdą? Wszystkie te rzeczy rodzą niepewność. Musimy to zrozumieć, ale nie mogę ukrywać, że się martwię. To jest rzeczywistość i muszę się z nią zmierzyć” – mówił Nuno. Evangelos Marinakis i spółka wzięli sobie te słowa głęboko do serca i Nottingham zdążyło już ogłosić transfery Omariego Hutchinsona z Ipswich Town, Jamesa McAtee z Manchesteru City i Arnauda Kalimuendo z Stade Rennais.

Regularne wzmacnianie składu i dokładanie nowych klocków do układanki jest potrzebne. Drużyny potrzebują świeżości i nowych postaci, które podniosą poziom rywalizacji i głodu do dalszego osiągania sukcesów. To doskonale było widać w sobotnim meczu Aston Villi z Newcastle United. Gospodarze to kolejna ekipa, która latem nie szalała na rynku z powodu ograniczeń związanych z PSR. Unai Emery musiał więc postawić na ludzi, z którymi pracuje od dawna. Co ciekawe w wyjściowym składzie było 7 piłkarzy, którzy byli w klubie, gdy Hiszpan obejmował The Villans. Co więcej, z 22 piłkarzy, których Villa kupiła w erze Emery’ego, tylko 4 wystąpiło w meczu przeciwko Srokom w pierwszej jedenastce. 

To pokazuje, że elitarni trenerzy potrafią rozwijać i budować piłkarzy. Doskonale pamiętamy, jak katastrofalnie wyglądała ekipa z Birmingham u schyłku pracy Stevena Gerrarda. Dodatkowo widać jak na dłoni, że nie zawsze drogie transfery będą gwarancją jakości i odpowiedzią na wszystkie problemy. 

Jedna liga – dwie rzeczywistości

Letnie okno transferowe po raz kolejny pokazało, jak ogromna przepaść finansowa dzieli wciąż „Wielką Szóstkę” od reszty stawki. Manchester City, Chelsea czy Liverpool błyskawicznie uzupełniły braki w kadrach, nie oglądając się na limity PSR. Tymczasem kluby pokroju Aston Villi, Wolves, Crystal Palace czy Fulham zaciskają pasa, świadome, że nadmierne ryzyko może sprowadzić na nie poważne kłopoty.

Na Villa Park sytuacja stała się wręcz dramatyczna. Sprzedano zespół kobiecy, a w ostatnich dniach z klubem pożegnał się wychowanek Jacob Ramsey, który przeniósł się do Newcastle. Odejście Anglika wywołało ogromną frustrację kibiców i drużyny. Najlepiej podsumował to John McGinn, pisząc w mediach społecznościowych: „widocznie tak wygląda obecnie futbol”.

W zupełnie innym tonie, ale również o transferach, mówią ostatnio kolejni trenerzy. Vítor Pereira z Wolves i Oliver Glasner z Crystal Palace otwarcie przyznają, że wzmocnienia są im niezbędne. Portugalczyk chce mieć większe szanse na utrzymanie w lidze, Austriak – na sukcesy w Europie. Problem w tym, że Pereira po świetnej końcówce poprzedniego sezonu stracił liderów drużyny i nie doczekał się realnych zastępstw.

– „To było dziwne okno transferowe, tego lata rynek praktycznie się nie poruszał, mieliśmy Klubowe Mistrzostwa Świata. Nie lubię czekać, ale taka jest rzeczywistość” – mówił przed meczem z City. Dzień później jego Wolves zostało rozbite przez Obywateli 0:4. – „Dziś nie jest dzień, by narzekać na to, czego nam brakuje”. Może więc w niedzielę?

W podobnym tonie wypowiadał się Glasner, którego zespół walczy o grę w Lidze Konferencji: – „Można tak robić (unikać transferów), ale nigdy nie odniesie się długofalowego sukcesu. Trzeba być aktywnym i planować. Nie można powiedzieć: poczekajmy, a potem, jeśli zakwalifikujemy się do fazy grupowej, to wtedy zaczniemy działać. Jeśli chcemy być lepsi niż w zeszłym roku, sprowadźmy przynajmniej dwóch zawodników”. A tymczasem klub sprzedaje Eberechiego Eze…

Trenerzy w pętli presji

Na tych przykładach doskonale widać, że choć wielu menedżerów zmaga się z podobnymi problemami, to nie wszystkich można wrzucić do jednego worka. Enzo Maresca zapewne wkrótce dostanie nowego obrońcę za kilkadziesiąt milionów, ale jego kłopoty nie mają wiele wspólnego z wyzwaniami, przed jakimi stoją dziś choćby Unai Emery czy Marco Silva. Oni udowodnili, że odpowiednim podejściem i ciężką pracą na treningach można wycisnąć maksimum z piłkarzy, którzy wcale nie kosztowali setek milionów funtów.

Przykładów nie trzeba szukać daleko. Liverpool poprzedniego lata sprowadził tylko Federico Chiesę. Arne Slot odziedziczył kadrę po Kloppie, uczynił z Ryana Gravenbercha fantastycznego defensywnego pomocnika i dopasował system do zawodników, których miał do dyspozycji. Nie marudził, nie domagał się kolejnych transferów – zaakceptował rzeczywistość i… sięgnął po mistrzostwo Anglii.

Tak wygląda dziś Premier League. Trenerzy pracują pod gigantyczną presją, mają mało czasu na prawdziwe trenowanie, więc szukają gotowych piłkarzy, którzy błyskawicznie wpasują się w system. Każdy walczy o swoją posadę, musi radzić sobie w realiach ograniczeń finansowych, zasad PSR i właścicieli, którzy chcą pełnych stadionów i rekordowych przychodów, ale nie zawsze są skorzy do kolejnych inwestycji.

Rynek transferowy stał się centrum futbolu. Problem w tym, że zakupy nie dają gwarancji sukcesu. W Anglii pieniądze są tak wielkie, że zamiast długofalowych rozwiązań trenerzy coraz częściej wybierają krótką ścieżkę – bo kibic jest niecierpliwy, a gdy nie ma wyników, winny zawsze jest szkoleniowiec. Karuzela, która nigdy się nie zatrzymuje.