Kiedy Jadon Sancho oficjalnie podpisał umowę z Manchesterem United, dział marketingowy klubu przygotował specjalny filmik, w którym ogłosił transfer. Wielokrotny reprezentant Anglii, gwiazda Bundesligi, świeżo upieczony wicemistrz Europy w trakcie nagrania wypowiada słowa „This is my club. This is where I belong”, dając do zrozumienia, że wraca do miejsca, które jest mu przeznaczone, tylko położone w innej części miasta. Jednak po dwóch i pół roku na Old Trafford wiemy, że to nie w koszulce Manchesteru powinien wystąpić w tamtym klipie. Zdecydowanie bardziej pasowałyby tu barwy Borussii, do której uciekł nie mogąc sobie poradzić z przygnębiającą rzeczywistością w Anglii.

Wyczekiwany gracz ze stajni największego rywala

Manchester United długo uganiał się za Jadonem Sancho. Wstępne rozmowy pomiędzy klubem a obozem piłkarza rozpoczęły się jeszcze przed jego odejściem z akademii rywali zza miedzy w 2017 roku. Po raz pierwszy szefostwo Czerwonych Diabłów na poważnie rozważało transfer młodego skrzydłowego dwa lata później, gdy podpisano umowę na stałe z Ole Gunnarem Solskjærem.

Anglik był tuż po kampanii, w której zaliczył 12 bramek 19 asyst w samej Bundeslidze, wyrastając na absolutną gwiazdę BVB. Dortmund żądał jednak gigantycznych pieniędzy, większych niż w przypadku Ousmane Dembélé, kiedy ten dołączał do FC Barcelony. Ostatecznie, Norweg musiał się zadowolić piekielnie szybkim, ale co najwyżej przeciętnym w pozostałych elementach piłkarskiego rzemiosła, Danielem Jamesem ze Swansea.

Do porozumienia doszło początkiem lata 2021. Pod koniec sezonu, dzień po porażce z Villarrealem w finale Ligi Europy w Gdańsku, menedżer spotkał się z Johnem Murtoughem, nowo mianowanym dyrektorem sportowym. Wspólnie ustalili, że Sancho będzie priorytetowym celem na nadchodzące okienko. Transakcję w zasadzie sfinalizowano stosunkowo wcześnie (bowiem 1 lipca). Patrząc na wielomilionowe transfery Pogby czy Antony’ego, pozostaje to ewenementem w portfolio Eda Woodwarda. Aczkolwiek, oficjalne parafowanie umowy wstrzymywano ze względu na trwające Mistrzostwa Europy, gdzie ekipa Garetha Southgate’a do samego końca walczyła o końcowy triumf.

Świeżo pozyskany gracz Borussii do Manchesteru dotarł z poważną infekcją ucha, która wymagała chirurgicznego zabiegu. W efekcie Jadon treningi z nowym zespołem rozpoczął tydzień przed starciem ligi, a Solskjær bał się go wystawić od pierwszej minuty w starciach z Leeds oraz Southampon. Pełnoprawny debiut zaliczył dopiero pod koniec sierpnia na Molineux, ale jego nieudany występ zszedł na dalszy plan wobec potwierdzenia kilka dni wcześniej wielkiego powrotu CR7.

Wychowanek Obywateli szybko stracił miano najistotniejszego transferu w klubie. Od tej pory wszystkie oczy spoglądały tylko w kierunku Portugalczyka. Powrót Ronaldo był dla United sukcesem komercyjnym. Niestety, ciemną stroną pozostawał fakt, że ten ruch całkowicie zachwiał równowagą drużyny. Zmusił Ole do przeorganizowania swojej koncepcji, aby dopasować zespół pod 5-krotnego zdobywcę Złotej Piłki.

Kiedy Cristiano strzelał dwie bramki przed trybunami na Old Trafford przeciwko Newcastle, etatowy reprezentant Synów Albionu powoli zaczynał odczuwać skutki przeskoku do Premier League z niemieckiej elity. Został zmieniony już w 66. minucie, co uwypuklało frustrację szkoleniowca swoim nowym nabytkiem. Według źródeł znajdujących się blisko klubu Sancho miał być zaskoczony tempem spotkań i fizycznością w Premier League. Zresztą, za występy ze SrokamiWilkami trafiał dwukrotnie do naszej Antyjedenastki.

Lewoskrzydłowy, który chciałby grać na lewym skrzydle. Dziwne?

W tych problemach adaptacyjnych kompletnie nie służyła mu sytuacja wynikowa. 50-letni menedżer, walcząc o odwrócenie złej karty i zachowanie posady, mieszał różne koncepcje i zmieniał systemy. Raz jego piłkarze wychodzili trójką defensorów, by za chwilę wrócić do doskonale znanego 4-2-3-1. Na sesjach treningowych Sancho był przez Norwega ustawiany nawet na prawej obronie. No w przypadku ofensywnych graczy rzadko kończy się powodzeniem. Wystarczy sobie przypomnieć zeszłoroczne próby Grahama Pottera ze Sterlingiem na lewym wahadle…

Solskjær nie był aż tak odważny jak były szkoleniowiec Brighton i nie posunął się do tego manewru poza granicami Carrington. Natomiast ta sytuacja idealnie zobrazowała, jak w ciągu zaledwie kilku miesięcy ze statusu nabytku, który miał odmienić oblicze drużyny i rozwiązać problem na prawym skrzydle na lata, stał się drugoplanową postacią.

W wywiadzie dla The Athletic z września ubiegłego roku szkoleniowiec ujawnił, że wybór Sancho na pierwszorzędny cel został uzgodniony jednogłośnie. Jednak to, co w mojej opinii totalnie kompromituje byłego szkoleniowca, to fakt, że zarówno on, jak i cały dział rekrutacji, zdawali sobie sprawę, że 23-latek najdogodniej czuje się na lewej flance. Tymczasem permanentnie wystawiał go po przeciwnej stronie boiska.

„Jest niezwykle utalentowany i nie widzieliśmy go w najlepszej formie. Mam nadzieję, że w końcu go zobaczymy, tyle że on preferuje grać na lewym skrzydle – tam, gdzie gra Marcus (Rashford)” – mówił Ole.

Ta niespójność pomiędzy preferowaną przez Sancho rolą lewego skrzydłowego, a nadmierną liczbą zawodników na tej pozycji przez United właściwie pozostała zauważalna do samego (jeszcze niedefinitywnego) końca na Old Trafford. Niezależnie od tego, kto akurat prowadził drużynę. Daniel James, Marcus Rashford, Alejandro Garnacho czy nawet Anthony Elanga – konkurencja na tej pozycji zawsze była całkiem spora.

Kadencję Ole 23-latek zakończył z zerowym dorobkiem bramek i asyst przy czternastu występach na swoim koncie. Były snajper United na koniec już tak się miotał w swoich pomysłach, że w meczu „o angaż Antonio Conte” w północnym Londynie z przodu wystawił Cavaniego i Ronaldo. Tym samym posadził na ławce całe młode trio w postaci Greenwooda, Rashforda i Sancho.

Czy Ronaldo jest dobrym transferem dla klubu? Czy aby na pewno powinien tutaj przyjść? Jeśli masz kogoś takiego jak on w szatni, musisz wprowadzić go do zespołu. A jeśli masz go w drużynie, musisz grać systemem, który mu odpowiada.

Nie mam wątpliwości, że to nie jest plan, jaki miał Ole. Pozostawienie Sancho, Rashforda i Greenwooda na ławce [ze Spurs] nie można nazwać planem. Nie zakładali tego latem, kiedy rekrutowali nowych zawodników. Myślał, że będą grać zupełnie inaczej – grzmiał na łamach Sky Sports w listopadzie 2022 roku Gary Neville.

Austriackie rozdanie

Sytuację zawodnika miało poprawić przyjście Ralfa Rangnicka w roli tymczasowego menedżera – szkoleniowca uwielbiającego kontrofensywy futbol oparty na wielkiej intensywności. Poniekąd w osobie Austriaka postrzegano potencjalny punkt zwrotny w karierze Jadona w Teatrze Marzeń, szansę na nowe otwarcie. Zwłaszcza że zanotował kilka lepszych występów podczas krótkiej kadencji Michaela Carricka. Zaliczył debiutanckie trafienie przeciwko Villarrealowi, zapewniające Czerwonym Diabłom pierwsze miejsce w grupie w Lidze Mistrzów. W szalonym spotkaniu z Arsenalem dołożył z kolei debiutancką asystę.

„Ojciec gegenpressingu” uważał, że Sancho był jednym z zawodników, którzy najlepiej rozumieli jego metody treningowe i spojrzenie na futbol. Niejednokrotnie podkreślał w mediach, że Sancho jest obdarzony wielkim talentem, chcąc podnieść jego zatraconą pewność siebie. Aczkolwiek, w pewnym momencie i jemu zaczęło brakować cierpliwości. Wychowanek Manchesteru City kompletnie nie potrafił przełożyć swoich regularnych spójnych występów z Carrington na boiska Premier League.

Rangnick w porównaniu do poprzednika znalazł dla Sancho miejsce w swojej jedenastce, co trochę wynikało ze zmiany systemu gry. W preferowanej taktyce 4-2-2-2 byłego opiekuna RB Lipsk Anglik zaczął okupować pozycję lewej „10”, a następnie lewego skrzydłowego po powrocie do 4-2-3-1. Doświadczony trener bronił jego miejsca w składzie, nawet gdy CR7 wprost domagał się, aby z przodu grał ktoś inny.  Niestety, w wyniku zapalenia migdałków został zmuszony w kwietniu do przedwczesnego zakończenia sezonu.

Pod batutą doświadczonego szkoleniowca miał kilka przebłysków – zaliczył dwie asysty w starciu z Leeds, czy potrafił pokonać Edersona w derbach na Etihad. Daleko mu do miana najgorszego zawodnika United tamtego sezonu. Natomiast twarde liczby – w sumie 3 bramki i 3 ostatnie podania – wprost wskazują, że zwrot z inwestycji był niewspółmierny do włożonych pieniędzy.

Można rzec, że latem 2022 roku rolę Ronaldo i Sancho trochę się odwróciły. Erik ten Hag obdarzył młodego kredytem zaufania. Uczynił z niego może nie centralną postać, ale istotnego gracza wyjściowego składu, sadzając na ławce Portugalczyka. Po obiecujących występach w okresie przygotowawczym na prawej flance Jadon już w meczach o stawkę strzelił przepięknego gola z Liverpoolem, kładąc na murawie próbującego interweniować Jamesa Milnera. Dołożył trafienie z Leicester na wagę trzech punktów i kolejne z Sherrifem Tyraspol w Lidze Europy. Powoli przypominał najlepszą wersję siebie z Borussii.

Przeciętność, wieczna przeciętność

Jednak ta dobra dyspozycja wyparowała po wrześniowej przerwie na mecze reprezentacji. Punktem kulminacyjnym była zmiana przeciwko Chelsea już w 51. minucie. Spotkanie na Stamford Bridge okazało się ostatnim występem od pierwszej minuty w ciągu następnych czterech miesięcy.

„Na początku ligi rozegrał kilka dobrych meczów, ale potem zszedł z odpowiedniego poziomu. Czasami nie wiadomo, dlaczego i co jest tego przyczyną. W większości przypadków przychodzi to powoli. Najpierw ten proces obserwujesz, ale statystyki coraz bardziej ten obraz uwypuklają. Zaliczał gole i asysty, ale tych kluczowych momentów z czasem było coraz mniej. [Utrzymanie formy] To połączenie wysiłku fizycznego, ale także mentalnego” – mówił w październiku 2022 roku Erik ten Hag.

Holender wysłał 23-latka do Holandii, by trenował indywidualnie pod okiem zaufanych ludzi z OJC Rosmalen i mógł odbudować swoją dyspozycję z dala od brytyjskich mediów i błysku fleszy. Natomiast Anglika zabrakło później na obozie przygotowawczym w Andaluzji, gdy trwał Mundial w Katarze. Jeszcze w Hiszpanii pytany o brak Sancho mówił, że „jest to kwestia problemów fizycznych, jak i psychicznych”. Ten moment był tak naprawdę pierwszym poważnym zgrzytem na linii ten Hag – Sancho. Nie dość, że samo pominięcie zawodnik mógł odczytywać trochę jako karę dyscyplinarną ze strony byłego trenera Ajaksu, to na dodatek menedżer nie miał zgody na publicznie komentowanie jego sytuacji.

Sancho wznowił pełne treningi i wrócił na boisko w rewanżowym meczu w ramach półfinału Carabao Cup z Nottingham Forest. Od tamtego momentu (1 lutego) rozegrał do końca sezonu 27 spotkań (17 z nich w pierwszym składzie). W tej serii można było dostrzec małe przebłyski – strzelał w dwóch kolejnych meczach z Leeds i z Leicester. Potyczka przeciwko Lisom prawdopodobnie do dziś pozostanie jego najlepszym występem w koszulce United.

Niestety jego odrodzenie okazało się krótkotrwałe i zakończył sezon w nieprzekonującej trenera formie, czego zwieńczeniem był finał Pucharu Anglii. W wyniku kontuzji Antony’ego zagrał od pierwszej minuty, ale nie miał wymiernego wpływu na porażkę z podopiecznymi Guardioli.

Te rozgrywki miały być przełamaniem. Sancho w końcu przepracował cały okres przygotowawczy. Podczas tournée po Stanach Zjednoczonych Holender próbował go w roli fałszywej dziewiątki wobec przedłużających się negocjacji z Atalantą. Jednak sezon zainaugurował na ławce z Wolves, podobnie było w starciach z Spurs i Nottingham Forest. Za każdym razem pojawiał się na murawie w drugiej połowie, ale jego wpływ ponownie pozostawał niezauważalny. Na Emirates Stadium nawet nie pojechał z drużyną, co było zalążkiem potężnego konfliktu ze szkoleniowcem.

„Nie wybraliśmy go na podstawie jego występów na treningach. Każdego dnia musisz osiągać poziom, jaki osiąga Manchester United. Możesz dokonywać wyborów w pierwszej linii ataku, więc w tym meczu nie został wybrany” – powiedział po meczu z Kanonierami ten Hag.

Sancho i dyscyplina? Dwa rozbieżne bieguny

Brytyjczyk odpowiedział w mediach społecznościowych w godzinę od pomeczowej konferencji prasowej. W poście na Instagramie stwierdził, że dla 53-latka jest zwyczajnym kozłem ofiarnym. Jego zdaniem to wcale nie sprawy sportowe zadecydowały o absencji. United, pogrążone w kryzysie organizacyjnym, osuwało się prawie dwa tygodnie nad jakimkolwiek komentarzem w tej sprawie. Dopiero 14 września klub ogłosił, że Jadon „nie wróci do treningów po przerwie reprezentacyjnej i będzie trenował indywidualnie, z dala od grupy pierwszego zespołu do czasu rozstrzygnięcia kwestii dyscypliny w składzie”.

Zarząd domagał się przeprosin, których młody skrzydłowy nie miał najmniejszego zamiaru składać. Co prawda, usunął obraźliwy post w mediach społecznościowych. Ale według doniesień z Wysp zawodnik odmówił klubowi upublicznienia jego przeprosin wobec menedżera. W związku z tym spór trwał nadal.

Sancho dostał zakaz wstępu do wszystkich obiektów pierwszego zespołu. Przyjeżdżając na swoje sesje treningowe, musiał parkować samochód w budynku akademii i przebierać się w szatni juniorów. Otrzymał również zakaz wstępu do stołówki United, a jedzenie dostarczano mu jedzenie w pudełku na drugie śniadanie. Posiłek spożywał sam, z daleka od wszystkich, zanim wracał do domu.

Od wydania komunikatu Sancho w Manchesterze już nie zagrał. Dziennikarze The Athletic informowali, że też niespecjalnie walczył o powrót na boiska w Premier League. Jego frekwencja na zajęciach miała być daleka od 100%. Pensja Sancho wynosząca ponad 200 tysięcy funtów tygodniowo miała zostać obniżona w związku z brakiem występów w pierwszym składzie i wynikającą z tego utratę praw do wizerunku.

Poniekąd rozumiem, że mógł się poczuć urażony jego zdaniem niesłusznymi uwagi ze strony szkoleniowca. No ale też mógł pokazać, że ten się myli i za wszelką cenę będzie pragnął wrócić do składu. Zwłaszcza, że wiedział, dlaczego z ekipą Artety nie wystąpił. Pellistri, Mejbri czy Gore, którzy tamtego dnia zasiedli na ławce, na treningach robili dokładnie to, czego oczekiwał Holender. Sancho chciał więcej swobody. Czasami też warto powiedzieć przepraszam, nawet jeśli nie czujemy się winni. Namawiali go koledzy, namawiał i John Murtough. On jednak tkwił przy swoim.

Zresztą nie były to pierwsze kłopoty dyscyplinarne w karierze 23-latka. Miesiąc temu Nemanja Matić w wywiadzie dla austriackiego Yu Planet wspomniał, że Sancho wraz z Pogbą mieli notoryczne problemy z punktualnością. W zeszłym sezonie członkowie sztabu ten Haga zaczęli ustalać harmonogram dnia wychowankowi Obywateli tak, aby rozpoczynał co najmniej godzinę wcześniej niż reszta drużyny. Początkowo przyniosło to pożądane efekty, lecz nie trwało to długo.

Z Carrington dochodziły głosy, że klub starał się uczynić wiele, by wydobyć z gracza to, co najlepsze różnymi sposobami. Próbowano marchewką, próbowano też kijem. Tyle że w żaden sposób nie udało się wpłynąć na poprawę niskiego poziomu skupienia i samodyscypliny.

Na Old Trafford wiedzieli, co jednak biorą. W trakcie pandemii Covid-19 Sancho uczestniczył w imprezie zorganizowanej z okazji urodzin Tammy’ego Abrahama wraz z Benem Chilwellem, naruszając zasady kwarantanny. W związku z tym Gareth Southagte odsunął całą trójkę od towarzyskiego spotkania z Walią. Jeszcze innym razem wybrał się do fryzjera pomimo zakazu opuszczania miejsca zamieszkania. To spotkało się z karą od BVB wynoszącą 10 tysięcy euro. Nie pierwszą ze strony niemieckiego klubu, bo w Niemczech również niejednokrotnie dojeżdżał po ustalonym czasie na treningi.

Milcząca aprobata Ratcliffa

Natomiast Manchester United uważał, że mogą stworzyć środowisko, w którym będzie chciał grać na miarę swojego niesamowitego talentu. W rezultacie zainteresowanie klubu nigdy nie osłabło. Szczerze mówiąc, nie wiem kto mógł w klubie tak pomyśleć. Po tylu transferowych wpadkach, świeżo po katastrofie Alexisa Sancheza, najpierw należało stworzyć wspomniane środowisko, a dopiero w drugiej kolejności sprowadzić piłkarza, aby się w nim „ogarnął”. To kolejny przykład życzeniowego myślenia zarządu.

Twarda ręka Erika ten Haga ewidentnie nie służyła etatowemu reprezentantowi Anglii. Surowe podejście do wielu spraw i brak pobłażliwości sprawdziło się w zeszłym sezonie. Podopieczni Holendra zakwalifikowali się do Ligi Mistrzów (by w tragicznym stylu z niej odpaść) i triumfowali w Pucharze Ligi. W tym sezonie, co do takiego stylu zarządzania drużyną można mieć wiele wątpliwości.

Aczkolwiek na tym etapie potrafię zrozumieć byłego opiekuna Ajaksu – gdyby teraz odpuścił, straciłby twarz do reszty. Jeśli gracze nie spełnią jego oczekiwań, daje im drugą i trzecią szansę, ale w pewnym momencie wyznacza granicę. Sancho, podobnie jak wcześniej Cristiano Ronaldo, osiągnął maksimum. Przynajmniej na razie wydaje się, że podejście 53-latka do skrzydłowego spotkało się z milczącą aprobatą Sir Jima Ratcliffa.

Być może, gdyby to Rangnick lub Solskjær wciąż prowadzili drużynę, Jadon w końcu by wystrzelił. Obaj panowie preferowali bardziej „miękki” styl komunikacji, na pewno preferowany przez większość młodych zawodników. Natomiast, to tylko luźna myśl. Ani u jednego, ani u drugiego wyraźnych przebłysków nie dało się odczuć w dłuższym okresie. U Norwega nawet w ogóle, czego dowodem były latające po Twitterze porównania Jadona do słynnego Agenta 007. Zresztą Ole przed transferem nawet nie wiedział, na jakiej pozycji Anglik lubi grać najbardziej.

„Najlepiej się bawił w Dortmundzie. Kiedy był zdrowy, zawsze dla mnie grał. Jednak nie był tak beztroski jak w BVB, ale było to również spowodowane ogólną sytuacją. Gdy był w dobrej formie, był wystawiany i radził sobie dobrze za mojej kadencji. Nie miał już szans w Manchesterze [w tym sezonie]. Teraz musi wrócić do rytmu i naprawdę formy w Bundeslidze. Z jego punktu widzenia zmiana ma sens” – mówił niedawno Ragninck.

Kolejna absolutna porażka Manchesteru United

To, w czym obecny szkoleniowiec reprezentacji Austrii ma rację, to fakt, że dla samego zawodnika to dobry ruch. Jak wspomniałem we wstępie, Dortmund to miejsce, gdzie sam czuje się najlepiej. Wszedł do zespołu po 2,5 roku na angielskim wygnaniu i z marszu zanotował asystę przy bramce Marco Reusa. Tydzień później wywalczył jedenastkę. Półroczne wypożyczenie jest też korzystne z perspektywy klubu – jeśli się odbuduje, latem ktoś sypnie więcej niż gdyby cały rok nie grał.

Natomiast nie zmienia to mojej opinii – Sancho to kolejna wielka, wizerunkowa wpadka w Teatrze Marzeń. Sprowadzono piłkarza, którego nie bez przyczyny odstrzelono w Manchesterze City. Był gwiazdą w poprzedniej drużynie, przyszedł na Wyspy i forma permanentnie wyparowała – casus Memphisa Depaya i Angela di Marii.

W dodatku za ponad 70 milionów funtów, na pozycję, na której nie czuł się najlepiej. A gdzie czuje się najswobodniej? Na jedynej pozycji w tym klubie, która od lat nie wymaga głębokich inwestycji – casus Alexisa Sancheza. Piłkarz miewał i wciąż miewa regularne problemy z profesjonalnym podejściem do sportu. Po nieudanym pobycie w klubie za darmo oddaje się go (choć niedefinitywnie) do zespołu, z którego przyszedł – casus Paula Pogby i Juventusu.

Z talentu, o który zabijały się kluby w całej Europie, dziś 23-latek jest piłkarzem z łatką transferowego niewypału. Po dwóch latach wypychano go do Arabii Saudyjskiej. A zarząd Czerwonych Diabłów po wyrzuconych w błoto po setkach milionach funtów wciąż niczego się nie nauczył. Rok w rok powiela te same schematy na rynku i uparcie wierzy, że ich taktyka się sprawdzi. Są jak uzależnieni hazardziści. Idą po raz n-ty do kasyna z nadzieją, że tym razem odkują się za wszystkie czasy. Różni ich tylko to, że ich źródło pieniędzy na razie nie wysycha, więc można sobie tak grać bez końca.

Czekam z niecierpliwością, aż podobny tekst z tą samą tezą będę mógł napisać po powrocie Antony’ego do Amsterdamu.