Nowy sezon Premier League zbliża się wielkimi krokami. Trzeba przyznać, że wszystkie drużyny Big Six nie próżnowały w trakcie wciąż trwającego tegorocznego letniego okienka transferowego. Z tego powodu bardzo ciekawe są debiuty ich nowych nabytków w trakcie trwających przedsezonowych sparingów.

Oczywiście, tego typu spotkania nie są miarodajne w kontekście przewidywań odnośnie kolejnej kampanii. Jednak wciąż jest to okres, w którym trenerzy mogą próbować nowych rozwiązań, wytycznych dla poszczególnych zawodników i taktyk bez ryzyka odnośnie straty punktów w ligowej tabeli. Czasami powoduje to, że dany pomysł szkoleniowca okazuje się kompletnie nietrafiony, a innymi razy można zauważyć, że w danej metodzie jest sens.

Sprawdźmy, jak tego lata w sparingach radzi sobie Wielka Szóstka Premier League. W kilku spotkaniach zdarzyło się, że dochodziło do bezpośrednich starć dwóch ekip z Big Six. Inne drużyny pojedynkowały się z mniej znanymi oponentami, ale nie zawsze kończyło się to ich łatwym zwycięstwem. Zapraszamy na dotychczasowe podsumowanie meczów przedsezonowych w wykonaniu Big Six angielskiej ekstraklasy.

Liverpool

The Reds podczas następnych rozgrywek spróbują powrócić na dobre tory. Nie będzie przesadą jeśli stwierdzimy, że drużyna dowodzona przez trenera Jurgena Kloppa przechodzi aktualnie małą przebudowę, a jej środek pola czeka od następnej kampanii istna rewolucja.

Na razie patrząc na sparingi ten cały proces zaczyna się podobnie do początków Kloppa na Anfield. Wówczas jego podopieczni potrafili zdobywać mnóstwo goli, ale do pełni szczęścia brakowało im szczelnej i skutecznej gry w defensywie. Teraz wygląda to bardzo podobnie w sparingach.

Na ten moment piąta drużyna ubiegłego sezonu  rozgrywała swoje mecze wyłącznie z niemieckimi ekipami. W obu Klopp i jego sztab szkoleniowy decydowali się na zmienianie całej jedenastki równo po zakończeniu pierwszej połowy. Zaczęło się od pokonania 4:2 drugoligowego Karlsruher SC w dramatycznych okolicznościach. Po nieco ponad godzinie gry Anglicy przegrywali nawet 1:2, ale bardzo ładna wyrównująca bramka Cody’ego Gakpo, a także dublet Diogo Joty (gole w 92. i 93. minucie) pozwoliły na pełne odwrócenie wyniku.

https://www.youtube.com/watch?v=OMm1c6ig9LI&ab_channel=ultrasfctvComps

To właśnie Portugalczyk i Holender (asystowali nawzajem przy swoich trafieniach) byli najlepszymi zawodnikami Czerwonych w tym spotkaniu. Z dobrej strony podczas tej potyczki pokazali się też Darwin Nunez, który w 3 minuty po pierwszym gwizdku rozwiązał worek z bramkami, debiutujący Alexis Mac Allister, a także 17-letni Ben Doak. Swoje pierwsze minuty po transferze z RB Lipsk zaliczył też Dominik Szoboszlai. Nie można powiedzieć, że był to nieudany debiut, ale też trudno znaleźć momenty, w których reprezentant Węgier zachwycił czymś szczególnie wyjątkowym. Po tym spotkaniu doznał niegroźnej kontuzji, która jednak wykluczyła go z następnego meczu towarzyskiego.

24 lipca oponentem 19-krotnych mistrzów Anglii było Greuther Fürth. Klub z bogatą przeszłością w niemieckiej ekstraklasie, który jednak na ten moment występuje na jej zapleczu. W tym starciu Liverpool znów jako pierwszy wyszedł na prowadzenie za sprawą bramki autorstwa Luisa Diaza. Niemcy wyrównali w 47. minucie, ale wówczas do gry włączył się Nunez, który w niespełna 10 minut zainkasował dublet.

3:1 i spokojne dowiezienie lub podwyższenie wyniku przez piłkarzy Kloppa? Nic bardziej mylnego! Tym razem w niespełna 10 minut to przeciwnicy aż 3-krotnie znaleźli drogę do bramki. Remis uratowała bramka Mohameda Salaha w 89. minucie. Łatwo, więc zauważyć, że do tej pory gole dla The Reds zdobywali wyłącznie przedstawiciele  linii ataku (Salah, Diaz, Gakpo, 3 razy Nunez, 2 razy Jota).

W starciu z Greuther Furth na plus pokazał się ponownie nastoletni Doak, który zachwycał swoimi umiejętnościami technicznymi. Każdy jego kontakt z piłką wnosił coś pozytywnego do gry ekipy z Anfield. Można też było zauważyć ponownie, że do stylu gry nowej drużyny szybko przyzwyczaja się Mac Allister. Jego  dotychczasowe spotkania w czerwonych trykotach można ocenić bardzo pozytywnie.

Podobać mogła się też gra pary Conor Bradley na prawej stronie obrony oraz Harveya Eliotta na lewym skrzydle. Ten pierwszy świetnie wyglądał zarówno w defensywie, jak i ofensywie, gdzie udanie współpracował z Doakiem, a drugi świetnie łączył linię pomocy z atakiem dzięki swojej kreatywności.

Z o wiele gorszej strony pokazała się linia obrony, zwłaszcza ta wystawiona po zmianie stron. Joel Matip, Joe Gomez i Kostas Tsimikas nie potrafili trzymać pozycji, podejmowali dużo złych decyzji, wyglądali na lekko zagubionych oraz powodowali sporo chaosu w szeregach obronnych. 20-letni Jarell Quansah wcale nie wyglądał na ich tle na chłopaka z klubowej akademii, bo w wielu momentach wykazywał zdecydowanie więcej spokoju i opanowania. Po tych dwóch sparingach trzeba przyznać, że, aby Liverpool mógł uznać to okienko transferowe za w pełni udane, to potrzebuje zakupienia nowego defensora do rotacji z Ibrahimą Konate oraz Virgilem van Dijkiem.

Arsenal

Panujący vice-mistrzowie Anglii do tej pory rozegrali 4 sparingi. Jednak były to zdecydowanie inne drużyny niż w  przypadku Liverpoolu. Chociaż początek był podobny…

Kanonierzy również rozpoczęli, bowiem od meczu z niemieckim zespołem. Konkretnie była to FC Nurnberg, z którą co ciekawe mierzyli się również w pierwszym sparingu rok temu. Wówczas wygrali 5:3. Ich tegoroczne starcie toczone było w dość wakacyjnym tempie, a obie drużyny grały na  zaciągniętym hamulcu. Wynik 1:1 po bramkach Bukayo Saki oraz Kanji Okonuki, które można było też interpretować jako niefortunne samobójcze trafienie Jorginho spowodował, że podopieczni Artety musieli czekać na ich pierwszą letnią victorię.

Kilku z nich mogło jednak być zadowolonym ze swojego występu. Do tego grona śmiało można zaliczyć Sakę (gol i duża aktywność przez 45 minut, które spędził na placu gry), Leandro Trossarda (ustawionego na pozycji środkowego pomocnika, gdzie radził sobie bardzo sprawnie i sprawiał, że jego koledzy wyglądali lepiej), a także Jakuba Kiwiora (Polak ustawiony na lewej stronie bloku defensywnego nie wyglądał już na zagubionego, a tym razem odnajdywał się na tej pozycji naprawdę bardzo dobrze).

W tym spotkaniu swój debiut w koszulce The Gunners zaliczył Kai Havertz. Nowy nabytek Armat ustawiony został jako lewy środkowy pomocnik. Trzeba przyznać, że był to dość niemrawy i cichy występ reprezentanta naszych zachodnich sąsiadów. Nie popełniał błędów, ale jednocześnie nie wniósł dużo jakości do gry Londyńczyków. To rzecz jasna dopiero sparing, a cały występ był dla Artety i jego sztabu świetną okazją na dopracowanie wytycznych dla byłego zawodnika Chelsea.

Po meczu z Norymbergą przyszła pora na bardzo ciekawe amerykańskie tourne. W jego trakcie stołeczna drużyna zmierzyła się już z Drużyną Gwiazd ligi Major League Soccer, Manchesterem United, a także FC Barceloną. Po tego typu potyczkach Mikel Arteta będzie mógł wyciągnąć zdecydowanie więcej niż po łatwym rozgromieniu mniej renomowanego rywala. Zacznijmy, więc od tego jedynego wygranego spotkania z układanką indywidualności rozgrywek MLS.

Amerykanie mocno lubują się w tego typu spotkaniach. Weekend All-Star chociażby w NBA od lat cieszy się wielką popularnością po obydwu stronach Atlantyku. Z tego powodu pomysły budowania Drużyn Gwiazd przeszły też już do piłki nożnej. Często jednak tego typu twory okazują się zwykłą zbieraniną kilkunastu indywidualności, które na tle solidnego kolektywu ze Starego Kontynentu wyglądają bardzo mizernie. Podobnie było także podczas starcia z Arsenalem.

The Gunners rozgromili gwiazdy amerykańskiej elity aż 5:0, a bramki zdobywali Gabriel Jesus, Leandro Trossard, Jorginho, Gabriel Martinelli, a także Kai Havertz, który powetował sobie niepowodzenia w konkursie strzałów z woleja, w którym został pierwszym zawodnikiem w dziejach bez trafienia do siatki.

Na tle amerykańskiej plejady znów bardzo dobrze prezentowali się gracze, którzy zasługiwali na pochwały po pierwszym meczu z Norymbergą, a więc Kuba Kiwior, Bukayo Saka i Leandro Trossard. Lepsze minuty rozegrali Martin Odegaard, Gabriel Martinelli oraz Kieran Tierney.

Zdecydowanie mniej kolorowo dla Kanonierów zakończyła się rywalizacja z Manchesterem United, które ekipa ze stolicy Anglii przegrała 0:2. Słabo wyglądała obrona Arsenalu (zwłaszcza Aaron Ramsdale i Gabriel), a także linia ataku (Eddie Nketiah został kompletnie schowany do kieszeni przez stoperów Czerwonych Diabłów). Zawodził także Declan Rice. To spotkanie będzie idealnym materiałem do analizy dla szkoleniowców Kanonierów.

Podobnie, jak potyczka z Barceloną, w której Arsenal zagrał na dużej intensywności oraz praktycznie tylko z zawodnikami rotacji pierwszej drużyny. Wcale nie zdziwilibyśmy się, gdyby taką samą wyjściową jedenastkę co w meczu z Dumą Katalonii trener Arteta wystawił też w inauguracyjnej kolejce nowego sezonu Premier League.

My graliśmy nasz pierwszy mecz towarzyski, a oni grali jakby byli w finale Ligi Mistrzów – uszczypliwie skomentował postawę Kanonierów trener Blaugrany, Xavi Hernandez.

Rozumiem, że każdy chce wygrać, ale powiedziałem Artecie, że wygląda to jak mecz Ligi Mistrzów. Intensywność, którą zastosowali, była zbyt wysoka. – dodał menedżer panujących mistrzów La Liga.

Szkoleniowiec Katalończyków faktycznie może mieć pewne pretensje do gry Anglików, bo jego podopieczni zostali przez nich sfaulowani aż 22 razy, co jest bardzo dużą liczbą, jak na tego typu sparingowe spotkanie. Ostatecznie to jednak wice-mistrzowie Anglii odnieśli triumf 5:3 po bramkach Bukayo Saki, Kaia Havertza, dublecie Leandro Trossarda, a także przepięknej bramce Fabio Vieiry. Trafienie Portugalczyka naprawdę warto obejrzeć. Chyba nie da się tego zrobić tylko jeden raz.

https://www.youtube.com/watch?v=5DngeFnXFc0&ab_channel=RAHMANEDITZ%E2%9A%BD%EF%B8%8F

Całe 90 minut w meczu rozegrał duet Ben White i Aaron Ramsdale. Do obu Anglików można było mieć jednak sporo zastrzeżeń. Bramkarz mógł lepiej zachować się przy rzucie wolnym Raphinhi, który zakończył się bramką, a White słabo radził sobie z Ansu Fatim, który bardzo często wsadzał go na karuzelę. W konsekwencji prawy obrońca zakończył rywalizację z żółtą kartką na koncie.

Zdecydowanie lepiej od formacji defensywnej prezentowała się linia ofensywna. Bukayo Saka, gdyby nie niewykorzystany rzut karny, wyglądałby perfekcyjnie. Młody reprezentant Synów Albionu co chwila terroryzował Marcosa Alonso swoją dynamiką i przyspieszeniem z piłką przy nodze. Z kolei Trossard popisał się świetną skutecznością. Kai Havertz znów pokazał, że potrafi znaleźć się w odpowiednim miejscu o właściwym czasie, a Gabriel Jesus chociaż zakończył mecz bez bramki oraz asysty, to ciągle wywierał presję i tworzył zagrożenie blisko bramki Dumy Katalonii. Eddie Nketiah zmienił byłego snajpera Manchesteru City w 79. minucie spotkania i znów nie zdołał niczym szczególnym zaskoczyć przeciwnika.

Tottenham

Pozostajemy w północnej części Londynu. W tej białej mają już pierwsze trofeum w tym sezonie! Co prawda to tylko Puchar Tygrysa (to nie jest żaden żart), ale lepszy tygrys niż nic.

Tiger Cup padł łupem Kogutów po rozgromieniu singapurskiego Lion City Sailors aż 5:1. Świetny występ zaliczył Richarlison, który do swojego konta dopisał hat-tricka. Swoje trafienia dołożyli też Harry Kane (z rzutu karnego) i Giovanni Lo Celso. Z tego spotkania ciężko wyciągać jakiekolwiek wnioski. Dość powiedzieć, że Spurs mieli aż 80% posiadania piłki oraz oddali aż 37 strzałów na bramkę oponentów. Piłkarze Spurs wymienili 712 podań, a Lion City tylko 182. Jednym słowem: przepaść.

Zdecydowanie bardziej miarodajnym  można określić pierwszy tego lata sparing Tottenhamu. Wówczas ich przeciwnikiem była ekipa West Hamu. Młoty pokonały Koguty 3:2 na Optus Stadium położonym w zachodniej Australii. Jednak pozostałe statystyki tego spotkania wyglądają bardzo podobnie do tych ze spotkania Lion City Sailors ze Spurs. W końcu Tottenham oddał aż 32 strzały na bramkę West Hamu, a także miał aż 73% posiadania piłki.

Ostatecznie to Młoty przechyliły jednak szalę zwycięstwa na swoją stronę. Ocena indywidualności z tego spotkania? Na plus: Yves Bissouma, Destiny Udogie, Giovani Lo Celso (autor gola wyrównujący na 2:2), Alfie Devine i Ivan Persić. Na minus: Richarlison, Pedro Porro, Sergio Reguilon, a także Harry Kane.

Chelsea

Przed Mauricio Pachettino wydaje się, że najważniejszy sezon w dotychczasowej przygodzie z zawodem trenera. Argentyńczyk rozpoczyna w Chelsea niejako od zera po zupełnie nieudanej poprzedniej kampanii w wykonaniu The Blues. Wszystko trwa podczas niemałej rewolucji kadrowej, którą można było już nieco zauważyć także w trakcie trzech pierwszych sparingów The Blues.

Niebiescy najpierw sprawdzili się na tle Wrexhamu w finale Florida Cup. Pochettino stosował podobny układ zmian co Klopp, a więc dokonywał zmiany całej jedenastki w połowie spotkania. Co prawda obie ekipy oddały dokładnie tyle samo strzałów (11), ale to Chelsea była zdecydowanie bardziej skuteczna i  wygrała aż 5:0.

Bezpośredni udział w bramkach miało  dużo nowych twarzy. 2 bramki zdobył 21-letni Ian Maatsen, który do tej pory rozegrał tylko 24 minuty w pierwszej drużynie The Blues w oficjalnych rozgrywkach. Piłkę do bramki skierował też zakupiony z Lipska Christopher Nkunku, a asystę przy jednej z bramek Maatsena zaliczył pozyskany z Villarealu Nicolas Jackson.

Przy nazwisku Jacksona warto zatrzymać się jeszcze na dłuższą chwilkę, bo na ten moment zalicza bardzo udane wejście do drużyny ze Stamford Bridge. W trzech pierwszych spotkaniach w ich barwach zdobył 2 bramki, 3 asysty oraz nagrodę dla MVP spotkania z Brighton, które jego drużyna po zaciętym boju wygrała 4:3. Podczas potyczki z Mewami znów błysnął też Nkunku, który ponownie wpisał się na listę strzelców.

Pomimo, że Londyńczycy stracili w tym meczu aż 3 gole, to na pochwały zasługują obrońcy Levi Colwill, Trevoh Chalobah i Malo Gusto. Cudowne trafienie po strzale zza pola karnego zanotował też Mychajło Mudryk. Reprezentant Ukrainy miał też sporo udanych rajdów na prawym skrzydle boiska.

Potyczki z Brighton miło nie będzie natomiast wspominał Raheem Sterling, który wciąż nie może się odblokować i dotychczasowe sparingi na pewno mu w tym nie pomagają. W meczu z Mewami wyglądał bardzo mizernie, brakowało mu wykończenia i odnajdywania się pod presją rywali. Wciąż jest mu bardzo daleko do powrotu  nominalnej formy, nie wspominając już o jego najlepszej dyspozycji.

Ostatnim sparingiem piłkarzy Pochettino na ten moment jest zremisowana 1:1 rywalizacja z Newcastle United, w której znów bohaterem został Jackson. 22-letni Senegalczyk zdobył jedyną bramkę dla Chelsea w tym spotkaniu i śmiało można nazwać go najlepszym zawodnikiem Niebieskich w potyczce z  tą ekipą . Zabłysnął także niesamowitym poświęceniem przy walce o piłkę z dwójką rywali na wysokości ich pola karnego.

Duże zagrożenie obronie Srok fundował także duet Maatsen oraz Conor Gallagher.  Spośród negatywnych aspektów najbardziej zaś rzuciło się w oczy, błędne ustawienie Marco Cucurelli przy trafieniu Miguela Almirona dla czwartej drużyny ubiegłego sezonu angielskiej ekstraklasy.

Manchester United

Ubiegły pre-season w wykonaniu Czerwonych Diabłów stał pod znakiem wyśmienitej dyspozycji Antony’ego Martiala, a także rozgromienia Liverpoolu aż 4:0. W tym roku Red Devils ponownie zaliczyli pewne zwycięstwo z inną drużyną Big Six, ale jednocześnie przegrali też z ekipą grającą na co dzień w… League Two.

Na ten moment ze wszystkich drużyn Wielkiej Szóstki to właśnie United rozegrało najwięcej sparingów. Pierwszy mecz towarzyski ekipa z Teatru Marzeń rozegrała już 12 lipca. Wtedy na przeciwko nich stanęło  Leeds United. W barwach Manchesteru zadebiutował wówczas Mason Mount.

Szkoleniowiec Erik ten Hag sprawdził wówczas mnóstwo nazwisk z drużyn młodzieżowych. Podobnie jak trener Pawii. Łącznie w meczu wystąpiło 44 różnych graczy. Spośród nich po stronie United na największe wyróżnienie zasłużyli Noam Emeran (strzelec pierwszej bramki), Joe Hugill (strzelec drugiej bramki), Hannibal Mejbri, Amad Diallo, Isak Hansen-Aaroen, a także Kobbie Mainoo, który na ten moment staje się jednym z największych odkryć i wygranych tego pre-seasonu.

No, bo, jak inaczej nazwać zawodnika, który zdołał sprawić, że Declan Rice wyglądał przy nim bardzo blado. Dla wielu 18-letni Mainoo schował nawet najdroższego Anglika w historii piłki nożnej do kieszeni. Atak United potrafił skrzętnie korzystać z przeciętnej dyspozycji obrony The Gunners. Z kolei defensywa Czerwonych Diabłów wyglądała bardzo pewnie. Zwłaszcza Lisandro Martinez i Aaron Wan-Bissaka.

Wcześniej przed starciem z Arsenalem drużyna ten Haga pokonała 1:0 po bramce autorstwa Donny’ego van de Beeka, Olimpique Lyon. Znów solidnie wyglądała linia obrony, a także Kobbie Mainoo. Gorzej prezentowała się natomiast postawa Antony’ego, który na tle francuskiego oponenta był bardzo przewidywalny.

Ostatnim meczem United w tegorocznym okresie przygotowawczym była potyczka z Realem Madryt. Królewscy pokonali 2:0 Red Devils. Oba zespoły oddały dokładnie tyle samo uderzeń i celnych strzałów na swoje bramki, a Manchester miał większe posiadanie piłki, ale to Hiszpanie byli bardziej konkretni w sowich poczynaniach. Drogę do siatki znaleźli Jude Bellingham oraz Joselu, który pokonał Andre Onanę po przepięknej przewrotce.

Sam Kameruński golkiper pomimo straty dwóch bramek zaprezentował się w ogólnym wymiarze dość pozytywnie. Świetnie wybronił choćby bardzo groźną sytuację Viniciusa Juniora. Nieźle wyglądało też jego rozgrywanie piłki, z którego słynął podczas bronienia barw swojego poprzedniego zespołu, a więc Interu Mediolan. Kameruńczyk zaliczył nieco ponad 95% celnych podań. Dla porównania jego poprzednik, a więc David de Gea tylko jeden raz przez cały ubiegły sezon zaliczył lepszy wynik w tej statystyce.

Jego koledzy prezentowali się jednak już słabiej. Właściwie trudno znaleźć choćby jednego gracza drużyny z czerwonej części Manchesteru, który wyróżnił się na tle reszty. Mainoo już po dwóch minutach gry musiał opuścić plac gry z uwagi na kontuzję. Bardzo przeciętnie zaprezentowali się też Christian Eriksen, Harry Maguire oraz Marcus Rashford. Okazję do rehabilitacji będą mieli już 31 lipca o godzinie 3:00 naszego czasu podczas rywalizacji z Borussią Dortmund.

Manchester City

Na koniec zostali nam obecni mistrzowie Anglii. Podopieczni Pepa Guardioli zdecydowanie musieli odpocząć po zakończeniu poprzedniego sezonu. Poprzednią kampanię zakończyli dopiero 10 czerwca, gdy w Stambule podnosili upragniony puchar za triumf w Lidze Mistrzów. Dość powiedzieć też, że The Citizens rozegrali we wszystkich rozgrywkach 61 spotkań na 63 możliwe. Jednym słowem: odpoczynek należał im się, jak psu buda.

W końcu przyszła jednak pora na rozpoczęcie azjatyckiego tournee. Piłkarze najlepszej drużyny Europy w ubiegłym sezonie zostali w Japonii przyjęci bardzo ciepło przez tamtejszych fanów. Zwłaszcza Erling Haaland…

Do tej pory ekipa z niebieskiej części Manchesteru rozegrała dwa spotkania. Na początek rozprawili się z Yokohamą F. Marinos. Końcowym rezultatem było 5:3 dla Wyspiarzy, pomimo, że jeszcze w 40 minucie to Japończycy prowadzili 2:0. Po zmianie stron na boisku pojawił się jednak między innymi Haaland, który bardzo szybko przypomniał o sobie. Norweg zdobył kolejny dublet, a swoje trafienia dołożyli Rodri, Julian Alvarez oraz John Stones.

Następnie Obywatele pokonali 2:1 ekipę Bayernu Monachium po bramkach Jamesa McAtee i Aymerica Laporte’a na Stadionie Narodowym w Tokio. Oprócz zdobywców bramek najbardziej wyróżnił się 18-letni boczny defensor Rico Lewis, który miał duży udział przy zdobyciu jednego z goli, a także świetnie radził sobie z odzyskiwaniem oraz kontrolą piłki. Podobnie można też powiedzieć o debiutującym Mateo Kovaciciu.

Mecz z Bawarczykami pomimo triumfu i ogólnie niezłej gry całego kolektywu nie zakończył się raczej happy endem dla Obywateli i samego trenera Pepa Guardioli. Kontuzję jeszcze w pierwszej połowie starcia doznał Nathan Ake, który musiał przedwcześnie opuścić plac gry. W udany sposób zastąpił go Manuel Akanji, ale brak Holendra na starcie sezonu to wciąż problem, który mógłby potencjalnie sprawiać ból głowy u Guardioli.

Drużyna hiszpańskiego trenera orientalne tournee zakończy starciem z Atletico Madryt. Spotkanie z klubem mającym siedzibę w stolicy Hiszpanii rozpocznie się dokładnie 30 lipca o godzinie 13:00.