W nocy z 31 sierpnia na 1 września 2015 roku tylko niedziałający faks i kilka minut spóźnienia w złożeniu dokumentów stanęły na drodze Davida de Gei do Realu Madryt. Gratuluję każdemu, kto wtedy obstawiał, że Hiszpan po tym transferowym fiasku zostanie na Old Trafford choćby przez następne dwa lata. Tymczasem pobyt wychowanka Atletico Madryt przedłużył się w czerwonej części Manchesteru aż do 12 sezonów. Taki okres, jak i wiele jego niezapomnianych interwencji, sprawiają, że zdecydowanie zasłużył on na status legendy klubu. Niestety, ani 32-latek pod okiem następnych szkoleniowców nie starzał się jak wino, powoli schodząc z piłkarskiego Olimpu. Ani klub nie potrafił zakończyć tego długoletniego związku, tak jak należy.

Najlepszy w erze post-Fergusona?

W ciągu tych 12 lat David de Gea rozegrał w barwach Czerwonych Diabłów 545 spotkań. Taki wynik plasuje go na 7. miejscu wśród graczy z Old Trafford z największą ilością występów na koncie. Grubo ponad 400 w samej lidze, co również plasuje go na 7. lokacie wśród bramkarzy w historii Premier League. Wywodzący się z Półwyspu Iberyjskiego bramkarz zachował też aż 190 czystych kont. Zdobył ze swoim klubem jedyny w ostatnim dziesięcioleciu tytuł w Premier League. Wygrał też jeden Puchar Anglii, dwa razy triumfował w Carabao Cup i raz w Lidze Europy. Po odejściu z klubu Phila Jonesa w połowie maja pozostał jedynym zawodnikiem z mistrzowskiego składu w 2013 roku.

Od czasu odejścia Sir Alexa na emeryturę, niejednokrotnie to on wyrastał na najistotniejszą postać Manchesteru United w kolejnych kampaniach. Zdobył aż cztery nagrody im. sir Matta Busby’ego dla najlepszego piłkarza sezonu w klubie. Pod tym względem dorównuje mu jedynie sam Cristiano Ronaldo. Ile razy hiszpański bramkarz musiał naprawiać koszmarne błędy popełniane przez jego kolegów z linii obrony? Wielu z Was pewnie kojarzy ten mem ‘Score, if you can z de Geą, a przed nim ustawionymi Wan-Bissaką, Maguire’em, Lindelöfem i Shawem. A to nie byli najgorsi defensorzy, z jakimi miał przyjemność występować razem na murawie. Warto tutaj wspomnieć cudowny kwartet z rozgrywek 15/16 w postaci Younga, Smallinga, Blinda i Rojo. Score, if you are not blind.

Sympatycy ekipy z Old Trafford mogą mieć dosyć wyrafinowaną definicję tego, co określa się mianem „klasy światowej”. Kilkunastu czy kilkudziesięciu takich piłkarzy przez czerwoną część Manchesteru się przewinęło, natomiast bardzo niewielu z nich w ostatnich latach. Wielu ekspertów zwraca jednak uwagę, że przez ostatnie 10 lat de Gea pozostawał rzadkim przykładem zawodnika United, prezentującego ten najwyższy poziom. Ja się pod tym podpisuję.

Choć trochę czasu już od tych wydarzeń upłynęło, wciąż potrafię sobie przypomnieć kilka jego nieprawdopodobnych interwencji, szczególnie z czasów Louisa van Gaala. Parada przeciwko Liverpoolowi, gdy sparował petardę posłaną przez Mario Balotelliego na poprzeczkę. Lub ta w rywalizacji z Evertonem, gdy odbił wolej Leightona Bainesa. Albo występ przeciwko Spurs w styczniu 2019 roku, gdy raz po raz bronił uderzenia Kane’a czy Alderweirelda, utrzymując jednobramkowe prowadzenie do końcowego gwizdka. To są takie momenty i mecze, które po latach wspominasz z wypiekami na twarzy, gdy wpadniesz na jakiś skrót w mediach społecznościowych.

Coraz bardziej gorzkie wino

Jego sezon 2017-18 w Premier League pozostaje jednym z najlepszych pokazów wirtuozerii bramkarskiej, jaką kiedykolwiek widziano na Wyspach. De Gea ustanowił wówczas rekord pod względem największej liczby obronionych strzałów w pojedynczym spotkaniu – aż 14 razy zatrzymywał piłkarzy Wengera na Emirates. Podopieczni Mourinho zakończyli ligową kampanię, tracąc jedynie 28 bramek, podczas gdy powinni stracić blisko 11 goli więcej. Wyobraźcie sobie, że wrzucacie między słupki ligowego przeciętniaka – United z marszu spada 2-3 lokaty niżej. 18-krotnie zachowywał czyste konto, co ostatecznie dało mu pierwszą Złotą Rękawicę. Na rozgrywany w Rosji Mundial jechał jako bezwzględny numer jeden w kadrze La Furia Roja. Być może nawet jako numer jeden na świecie.

Mistrzowska impreza nie poszła po myśli golkipera Czerwonych Diabłów. Błąd, jaki popełnił już w pierwszym meczu fazy grupowej z Portugalią, nieoczekiwanie stał się punktem zwrotnym w jego karierze. Właściwie od tego momentu zaczął się powolny zjazd jego dyspozycji. Jak wcześniej wspomniałem, de Gea nie był jak wino. Czym starszy, tym coraz bardziej podatny na kolejne wpadki. Stał się jak kieliszek wina, którego pierwszy łyk jest absolutnie fantastyczny. Myślisz, że znalazłeś swoją idealną butelkę, która na stole będzie lądować przy każdej uroczystej kolacji czy spotkaniu ze znajomymi. Tylko, gdy zaczynasz sobie tak powoli sączyć, masz coraz mniejszą ochotę na dolewkę.

Od czasu do czasu wciąż pokazywał przebłyski swojej wielkości. Interwencja przy uderzeniu Kuby Modera z kampanii 21/22 to mocny kandydat na plakat na ścianę. Pod względem gry na linii prawdopodobnie pozostał wciąż jednym z najlepszych. W sezonie, gdy drużynę prowadzili Solskjær, a następnie Rangnick, w pewnym momencie przy 32 straconych golach xG rywali wynosiło aż 42,7! Ponownie potrafił uchronić zespół przed ponad 10 dodatkowymi trafieniami. Pod koniec maja tego roku odebrał swoją drugą Złotą Rękawicę. Gra na linii i jego refleks? Wciąż TOP.

Tyle że obecnie rola bramkarza nie ogranicza się jedynie do gry na linii i odbijania strzałów rywali. Należy aktywnie włączać się do rozgrywania futbolówki, częściej wychodzić do dośrodkowań i skutecznie rozpoczynać kontrataki. Na tych polach de Gea już nie błyszczy, a wręcz wyraźnie odstaje od reszty czołowych golkiperów. W zeszłym roku pisał o tym Krzysiek, wskazując, że jedynką między słupkami United powinien zostać Dean Henderson. Spadek reputacji uwidaczniał się również w hierarchii golkiperów w drużynie narodowej. Przed turniejem w Katarze Luis Enrique uznał, że od de Gei lepsi byli Unai Simon, David Raya i Robert Sanchez. To bolesne, bo ta ostania dwójka to gracze występujący w tej samej lidze. Zresztą u Luisa de la Fuente też nie znalazł uznania, spadając jeszcze za Kepę.

Sweeper Keeper, ale bez sweeper

Pozycja golkipera jest bodajże najtrudniejszą do obiektywnej oceny występu. Najlepsi z nich łączą fizyczność i odwagę z intensywnym wysiłkiem umysłowym. Jak wspomniałem wyżej, dobry bramkarz to coś więcej niż tylko zatrzymywanie uderzeń. Musi mieć dobre umiejętności komunikacyjne, aby sprawnie organizować grę czwórki czy piątki obrońców stojących przed nim. Ciągle nadzoruje ich ustawienie, by jak najbardziej utrudnić życie przeciwnikowi, a sobie dać jak najlepszą pozycję do ewentualnej obrony. To wiele drobnych rzeczy, których nie widać zazwyczaj w przekazie telewizyjnym. Można rzec, że to, co wyróżnia klasę światową na ich pozycji, można łatwo wskazać, ale już trudniej oszacować. Ostatnio w tekście Carla Anki na The Athletic natknąłem się na znakomity cytat, określający bramkarski żywot.

Bramkarz jest czasem bokserem, czasem matematykiem, czasem mówcą, a czasem pokerzystą. Dobra obrona bramkarza jest jak znak interpunkcyjny na końcu zdania. Słowa w zdaniu dostarczają wszelkich potrzebnych informacji, ale interpunkcja określa kontekst wokół rzeczy, na których należy się najbardziej skoncentrować.

Kiedy ten Hag przeszedł do United zeszłego lata z Ajaksu, z którym ledwo co sięgnął po tytuł w Eredivisie, jasno dał do zrozumienia, że chce wprowadzić do klubu bardziej progresywny i proaktywny styl futbolu. Umiejętności bramkarza z piłką przy nodze stanowią jeden z najistotniejszych fundamentów jego filozofii taktycznej. Pochodzący z holenderskiego Haaksbergen szkoleniowiec prawdopodobnie chciał po przeprowadzce do Manchesteru sięgnąć po nowego golkipera bardziej pasującego do jego systemu. Jednak, widząc bardziej palące potrzeby w zespole jak środek obrony czy linia pomocy, zdecydował się odpuścić temat zeszłego lata.

Dlatego podczas okresu przygotowawczego postanowił przystosować de Geę do roli sweeper-keepera. Holender mimo ograniczeń swojego podopiecznego optymistycznie zapatrywał się na ten proces. Czuł, że Hiszpan jest w stanie znacząco się poprawić pod jego okiem. Zwłaszcza że sam zainteresowany, jak podawały różne źródła, pomimo trzydziestki na karku wykazywał sporą chęć do nauki. Natomiast brakowało efektów tej pracy, bo David w owej roli (szczególnie na starcie sezonu) przypominał dziecko we mgle. Po spotkaniu z Brentford, w którym wychowanek Atlético popełnił kilka katastrofalnych błędów, również przy wyprowadzaniu piłki, 53-latek, chcąc podtrzymać na duchu de Geę, publicznie wziął go w obronę na konferencji prasowej.

Jestem przekonany, że może to zrobić [rozgrywać piłkę od tyłu]. Już to pokazał. Widziałem to na treningach i widziałem to w naszych pierwszych meczach. Udowodnił, że to potrafi.

Aczkolwiek za słowami nie poszły czyny. W przypadku trenera United zamiast kolejnych pokładów wiary zadziałał instynkt samozachowawczy. Presja by wygrać z Liverpoolem, po dwóch kompromitujących wynikach już na samym początku przygody w nowym miejscu, okazała się zbyt wielka. W spotkaniu przeciwko The Reds instrukcje dla 32-latka dziwnym trafem wydawały się znacznie bezpieczniejsze i uproszczone. Więcej długich zagrań i przede wszystkim unikanie ryzyka utraty piłki blisko własnej bramki. Efekt? Pewna wygrana.

Ten Hag próbował. De Gea również

Ten Hagowi po części udało się zmienić zachowania i grę swojego pierwszego golkipera. Doskonale widać to w liczbach. David w ostatnich rozgrywkach zanotował najwięcej prób podań i najwięcej kontaktów z piłką, od kiedy FBref gromadzi takie dane (od sezonu 17/18). Wzrost w tych dwóch kategoriach względem poprzedniej kampanii pod wodzą Solskjaera i Rangnicka jest bardzo zauważalny. Kontakty z futbolówką wzrosły z 1020 do 1302. Natomiast liczba wykonanych live-passów (bez podań z martwej piłki) skoczyła z 564 do 968.

Bramkarz również zdecydowanie częściej stał się adresatem podań od kolegów z drużyny. Tu nastąpił wzrost z poziomu 371 aż do 783. Pod względem skuteczności de Gea krótko (do 14 metrów) i średnio (od 14 do 27 metrów) podawał niemalże perfekcyjne – odpowiednio 100%98% skuteczności. Kłopoty zaczynały się przy dłuższych próbach, w szczególności przy wykopach na ponad 35 metrów. Pod tym względem Hiszpan zajął 17. miejsce w lidze z mizerną dokładnością na poziomie 31,4%. A to te zagrania napędzają akcje i weryfikują pressing przeciwnika.

Jednak 32-latek od kilku ostatnich lat zmienił się też z bramkarza, który tuszował wiele niepowodzeń defensywy United, w zawodnika, który potrzebował dobrej linii defensywy, by ukryć własne słabości. W kontekście taktyki ten Haga pomogło mu przyjście Lisandro Martineza, który niejednokrotnie wybawiał go z obowiązku rozgrywania. Argentyńczykowi wystarczyło krótko podać, by ten zajął się dystrybucją w dalsze rejony. Mimo to United zbyt wiele razy w ubiegłym sezonie traciło posiadanie piłki, gdy De Gea był przy piłce, zwłaszcza jak Mistrza Świata wykluczyła z gry kontuzja. Chociaż nie zawsze te pomyłki okazywały się kosztowne, uniemożliwiały drużynie rozwinięcie pełni potencjału w ataku, zwłaszcza przy wyprowadzaniu kontrataków.

Nie zawsze też dobrze wybierał partnerów do zagrania. Najlepszym przykładem był pierwszy gol w rewanżowym spotkaniu z Sevillą, gdy podał do znajdującego się wśród trzech zawodników gospodarzy Maguire’a. Podobnie jak po spotkaniu z Brentford, tak trzy dni po potyczce na Estadio Ramón Sánchez Pizjuán w Pucharze Anglii z Brighton de Gea dostał zakaz jakichkolwiek ryzykownych podań, co lepiej obrazuje poniższa grafika. Ale tych meczów z fatalnymi wyborami bywało więcej. Mam tu na myśli, chociażby mecz z Newcastle na St James’ Park czy spotkanie z Barceloną na Old Trafford. Kolejnymi błędami (już stricte bramkarskimi), szczególnie z końcówki sezonu przeciwko West Hamowi czy w finale FA Cup z Obywatelami, również swojej sytuacji w oczach ten Haga nie poprawił.

Porównanie dystrybucji piłki przez Davida de Geę w ćwierćfinale Ligi Europy z Sevillą i trzy dni później w półfinale Pucharu Anglii z Brighton, Źródło: The Athletic

Na dwóch odległych biegunach

Nikogo raczej nie dziwi więc jeszcze większa koncentracja uwagi ten Haga na André Onanie. Coraz częściej mam wrażenie, że Holender najchętniej na Old Trafford sprowadziłby wszystkich podopiecznych z przygody w Amsterdamie. A jeśli nawet nie tych z przeszłością w de Godenzonen, to związanych z Eredivisie. Kameruńczyk idealnie wpisuje się w definicje nowoczesnego golkipera według 53-latka. Dysponuje wyjątkowym wachlarzem i zasięgiem swoich podań. Ma ogromną i naturalną pewność siebie z futbolówką przy nodze, nad którą doskonale panuje we własnym polu karnym. Potrafi też grać wyżej, pełniąc niejednokrotnie funkcję nie tyle golkipera, co ostatniego stopera.

Pełny pokaz tych umiejętności mogliśmy podziwiać podczas finału Ligi Mistrzów. Pomimo porażki z Manchesterem City 27-latek pokazał tak szukane i cenione przez holenderskiego szkoleniowca umiejętności. City w tym spotkaniu pozostawało drużyną, od której wszyscy eksperci oczekiwali dominacji w posiadaniu piłki. Rozbijania przeciwnika, dzięki fantastycznej grze od tyłu, zaczynając od Edersona. Tymczasem to Inter spowodował więcej problemów podopiecznym Guardioli, głównie dzięki odwadze Onany w rozgrywaniu. Kontrast między byłym graczem Ajaksu a Hiszpanem nie mógł być bardziej widoczny:

  • David De Gea – przywiązany do linii, z piłką niewypuszczający się poza własną szesnastkę, wykonujący krótkie podania do środkowych obrońców lub dalekie wykopy,
  • Andre Onana – gra momentami wyżej od środkowych defensorów, zakres jego podań pozwala uruchomić wszystkich zawodników w ataku pozycyjnym, umie wręcz wykreować liczebną przewagę w wielu obszarach boiska.

Ponadto Onana potrafi kontrolować i podawać piłkę na różną odległość, będąc naciskanym nawet przez kilku graczy rywali. Nie panikuje w takich sytuacjach, zachowując spokój i rozgrywając z precyzją rasowego środkowego pomocnika. Jest niczym najlepszy maestro, co czyni go jednym z najważniejszych graczy w Interze. Jego rola często wymaga od niego jak najdłuższego trzymania piłki, manipulując pressingiem przeciwnika i otwierając kolejne wolne przestrzenie. W samych superlatywach po końcowym gwizdku finałowego starcia wypowiadał o Kameruńczyku sam Pep.

Identyfikacja przestrzeni to wyjątkowa cecha. Zwykle drużyny mają świetnych bramkarzy, ale on [Onana] jest wyjątkowy ze swoją grą nogami.

Kiedy masz bramkarza takiego jak Onana, który potrafi doskonale odczytać, gdzie i do kogo może w danym momencie posłać piłkę, w dodatku posiadając w składzie takich graczy jak Çalhanoğlu i Barella, napastnicy mają czas, by przytrzymać piłkę lub z nią bezpiecznie ruszyć na bramkę. Dlatego gra przeciwko nim była bardzo, bardzo trudna. Byłoby nam trochę łatwiej, gdyby grali bez niego [Onany].

Time to say goodbye

Mając na uwadze potencjalny transfer kogoś, kto idealnie wpisuje się w taktykę i plany na rozwój drużyny, nie dziwię, że nie aktywowano klauzuli przedłużenia kontraktu o dodatkowy rok. Patrząc na końcówkę rozgrywek, płacenie Hiszpanowi przez kolejne 12 miesięcy tygodniówki wynoszącej 375 tysięcy funtów nie wydaje się najrozsądniejszym rozwiązaniem. Nowa umowa, najlepiej roczna lub dwuletnia, ze znaczną obniżką gaży brzmi zdecydowanie lepiej. Taka propozycja doprowadziła do kilkumiesięcznych negocjacji i przeciągania liny między obiema stronami. Na wiosnę pojawiła się nadzieja, że wszystko zostanie dogadane. Tak się jednak nie stało. Być może kiedyś w swojej autobiografii Hiszpan opowie o kulisach ostatnich negocjacji z szefostwem Czerwonych Diabłów.

Większość kibiców, nieważne w którym zakątku na świecie, kupuje bilety i przychodzi na stadiony, by zobaczyć widowisko i poczuć emocje. Te gwarantują liczne bramki, piękne asysty i udane dryblingi. Jednak nie należy zapominać o tych, którzy stoją w drugim szeregu. Myślę, że szybkość reakcji i zręczność de Gei również zachęcały wielu sympatyków, by odwiedzać Old Trafford. Niektóre jego niesamowite parady potrafiły być równie urzekające jak najcudowniejsze trafienia i zapadały na równie długi okres w pamięci. Dlatego ten proces, gdy na stole pojawiały się kolejne nowe propozycje z coraz niższym wynagrodzeniem, mógł być dla 32-latka trochę upokarzający.

Zdaję sobie sprawę, że realia transferowe i długoterminowe planowanie kadry nie zawsze działają w sposób, w jaki byśmy oczekiwali. Ograniczenia Davida, jeśli chodzi o dystrybucję piłki i grę pod presją, nie pasują do filozofii ten Haga. Jego fenomenalny refleks nie jest w stanie już dłużej przesłaniać jego wad. Holender widzi w bramce swojej ekipy po prostu kogoś innego (podobnie jak większość kibiców). Nie chce już dłużej czekać, kiedy progres u wychowanka Atletico jest niewystarczający. W dodatku coraz bardziej mnożą się jego indywidualne błędy.

City by tak nie pożegnało de Bryune…

Dlatego wydaje mi się, że mogę mieć uzasadnione pretensje do zarządu, w jaki sposób ta przygoda Hiszpana z Manchesterem się zakończyła. Ostateczną decyzją należało podjąć zdecydowanie wcześniej. Tak, aby mógł on pożegnać się z fanami po domowej potyczce z Fulham, wieńczącej ligowy sezon. By mógł zrobić rundę honorową i usłyszeć zasłużone brawa za tę wspaniałą przygodę w klubie. Fakt, przez te wszystkie lata de Gea otrzymał ze strony władz sporo cierpliwości i pobłażliwości. W 2015 roku po fiasku rozmów z Realem dostał nową umowę z pensją wyższą o 150 tysięcy funtów. Cztery lata później, mimo że zaczął schodzić ze swojego poziomu, Ed Woodward podpisał z nim czteroletni kontrakt i podwoił gażę.

Aczkolwiek jako jeden z nielicznych przekroczył barierę 500 spotkań w ekipie Manchesteru United. Niezliczoną ilość razy utrzymywał drużynę przy życiu w trakcie meczu. Wybronił mnóstwo punktów. Zaliczył prawdopodobnie najlepszy bramkarski występ w historii Premier League przeciwko Arsenalowi za Mourinho. Początki miewał niezwykle trudne. Dziennikarze The Times po jego pierwszych miesiącach w United dzwonili nawet do Massimo Taibiego, prawdopodobnie najgorszego bramkarza w historii 20-krotnego Mistrza Anglii. Włoch twierdził wówczas, że widzi wiele podobieństw w przypadku Davida do swoich początków na Old Trafford. Aczkolwiek moim zdaniem po 12 latach Hiszpan może opuszczać progi Teatru Marzeń ze statusem legendy.

Takich zawodników zwyczajnie należy żegnać z szacunkiem. Nie wierzę, że gdyby Kevin de Bryune dla Pepa Guardioli stał się za stary i zbyt słaby, by regularnie grać, jego koniec na Etihad wyglądałby tak samo. Byłyby fanfary, runda honorowa, może mecz pożegnalny w trakcie następnego pre-seasonu i wielka impreza z Jackiem Grealishem jako kierownikiem zabawy. Przygoda Davida de Gei powinna zostać zwieńczona happy endem, a nie kontraktową telenowelą. Erik ten Hag wniósł trochę nadziei na odmianę marazmu w czerwonej części Manchesteru. Tyle że wiele rzeczy jeszcze musi się na Old Trafford zmienić. Hiszpan dla tego klubu znaczył zbyt wiele.