200 tysięcy tygodniówki i 60 milionów funtów za transfer, czyli największa kwota wydana kiedykolwiek za obrońcę. Wywiady z legendami klubu z Anfield, wypowiadającymi się o holenderskim stoperze w samych superlatywach oraz rzekome deklaracje gracza Southamptonu o chęci gry dla The Reds. Virgil van Dijk miał być już jedną nogą na Anfield. Na ostatniej prostej wszystko jednak się wysypało i byliśmy świadkami jednego z najbardziej groteskowych fiask transferowych w ostatnich latach. Co jednak spowodowało tak wielkie zamieszanie?

W internecie krąży wiele sprzecznych informacji, więc postanowiłem zebrać wszystkie najbardziej wiarygodne doniesienia i złożyć je w spójną, logiczną całość. Prawdę mówiąc, trudno wskazać jednego winowajcę. Prawda leży pośrodku, a swoją cegiełkę dołożyła każda z zainteresowanych stron.

Zacznijmy jednak od obecnego pracodawcy van Dijka, czyli klubu z St. Mary’s Stadium. Od bardzo długiego czasu mówiło się o zainteresowaniu van Dijkiem klubów z czołówki Premier League. W końcu Holender był uznawany za jednego z topowych, o ile nie najlepszego stopera w całej lidze do momentu odniesienia kontuzji w styczniu. Southampton jest znany ze świetnego skautingu i umiejętności zarabiania wielkich pieniędzy na odchodzących zawodnikach, więc można było się spodziewać góry szmalu i długich negocjacji w przypadku transferu Virgila. Liverpool już od około roku był wymieniany jako potencjalny nabywca, a w ostatnim czasie mówiło się jeszcze o Chelsea i przede wszystkim Manchesterze City pod wodzą Pepa Guardioli, który wciąż szuka lidera formacji defensywnej. Święci w takiej sytuacji zwietrzyli okazję na naprawdę P O T Ę Ż N Y zarobek i czekali na licytację gigantów. Niestety The Blues odpadli w przedbiegach, gdyż Antonio Conte wyżej ceni sobie umiejętności Kalidou Koulibaly’ego z Napoli. The Citizens natomiast walczyli z Liverpoolem do samego końca, ale postanowili wycofać się w momencie, gdy wypłynęła informacja, że zawodnik wybrał grę na Anfield.

Teraz przechodzimy do samego zawodnika i jego niedoszłego nowego klubu. Przepisy Premier League mówią jasno, że jakakolwiek forma negocjacji z zawodnikiem jest zabroniona, aż do osiągnięcia porozumienia z jego nowym pracodawcą, jeżeli jego do końca jego kontraktu pozostało więcej, niż 6 miesięcy. Nie jest jednak tajemnicą, że agenci ustalają z warunki kontraktu z nowymi pracodawcami jeszcze przed porozumieniem obu stron, w celu przyspieszenia transferu. Ta swoista tajemnica poliszynela nie jest problemem dla sprzedawcy, dopóki nie godzi w jego interesy, a tak niestety stało się w tym przypadku. Z Anfield wyciekła informacja o decyzji van Dijka i rzekomych ustaleniach, co bardzo rozwścieczyło kierownictwo Southamptonu. Trudno im się dziwić. W ten sposób odstraszyli oni Manchester City i zniweczyli plany Świętych na licytację rywali oraz jeszcze większe kwoty. Przypomina to trochę sytuację zimową sytuację Aleksandara Prijovicia. Serb powiadomił media, że odchodzi do Chin, przez co Legia nie mogła żądać niebotycznych sum od potencjalnych nabywców z Państwa Środka. Włodarze The Reds mogli domyślić się, jaka będzie reakcja So’tonu, a wypowiedzi o transferze osób związanych z klubem takich, jak chociażby Steven Gerrard, tylko zaogniły sytuację.

Z drugiej strony jednak, trudno ulec wrażeniu, że Southampton zgubił się przez swoją pazerność. Eksperci mówili o tym, że choć van Dijk byłby w tym momencie idealnym wzmocnieniem dla The Reds, to kwota, którą żądają Święci jest zdecydowanie zbyt wysoka. Na ich niekorzyść działa także niemal półroczna kontuzja, która wyeliminowała obrońcę z niemal całej rundy wiosennej zakończonego właśnie sezonu. Skoro 60 milionów funtów było kwotą już i tak wygórowaną, to jeszcze wyższe wymagania klubu z St. Mary’s Stadium wydają się niemal absurdalne. Choć Holender w trakcie swojego dwuletniego pobytu w Southamptonie stał się topowym stoperem Premier League, to ciężko sensownie uzasadnić uczynienie go najdroższym defensorem w historii futbolu. Szczególnie w przypadku, kiedy jego dyspozycja i forma fizyczna po kontuzji stoją pod znakiem zapytania.

Ponadto warto się zastanowić, czy straszenie The Reds donosem do władz ligi miało jakikolwiek sens. Nie dość, że rozzłościł on samego zawodnika zdecydowanego już na przenosiny na Anfield, to zniwelował szanse na tak duży zysk z transferu van Dijka. Trudno bowiem uwierzyć, że znajdzie się drugi tak zdesperowany klub, gotowy zapłacić za niego podobną kwotę. Na koniec okazało się, że klub ostatecznie nie powiadomił Premier League o złamaniu przepisów i wszystko było zagraniem pod publiczkę. Władze ligi zainteresowały się jednak sprawą i postanowiły działać. Jeśli Liverpool poniesie przez to jakiekolwiek konsekwencje, to trudno wierzyć, by doszło do jakiegoś transferu pomiędzy oboma klubami w najbliższej przyszłości, a przecież od kilku ładnych lat co lato przynajmniej jeden ze Świętych trafiał na Anfield za naprawdę dobre pieniądze. Southampton w tym wypadku chyba gryzie rękę, która go karmi. Dziwne, że nawet ta karta nie pomogła.

W tym wszystkim szkoda tylko samego van Dijka. Był już zdecydowany na odejście i współpracę z Jürgenem Kloppem, a teraz znalazł się w niecodziennej sytuacji. Nie wiadomo, jak ostatecznie zakończy się jego sytuacja. Jeśli wierzyć doniesieniom prasy, w najbliższym czasie złoży transfer request i będzie próbował wymusić jeszcze transfer do The Reds. W obliczu oficjalnego oświadczenia, w którym przedstawiciele Livepoolu stwierdzają, że nie interesują się zawodnikiem, szanse na pozytywne zakończenie spadły niemal do zera. Klopp zwrócił już się w stronę grającego w Lazio Holendra – Stefana de Vrija, który ma kosztować o połowę mniej, przy czym nie jest uznawany w swojej ojczyźnie za defensora gorszego od van Dijka. Stoper Southamptonu nie ukrywa, co o tym myśli…


Kanał Angielskie Espresso na Youtubie