Ten artykuł opowiada historię faceta, którego talent przerastał wiek i dojrzałość. Rozpoczęcie rywalizacji na poziomie przewyższającym ówczesne możliwości pozwala na duży rozgłos.  Ødegaard przed głośnym transferem do Madrytu został totalną sensacją medialną. Presja wyników i oczekiwań otoczenia potrafiła zniszczyć niejedną wspaniale zapowiadającą się karierę. W przypadku Norwega wystarczyło uwierzyć…

Największa nadzieja norweskiej piłki

Trudno obecnie dobrze przedstawić sytuację, z którą Norweg w irracjonalnie młodym wieku musiał się zmagać. W jednej chwili reprezentanci sportowych mediów z niemal całego świata pragnęli dotrzeć do ponadprzeciętnie utalentowanego chłopaka. Zarówno najbliżsi, jak i norweska federacja piłkarska starali się eliminować wszelkie propozycje aby chronić Martina. Urodzony w Drammen piłkarz już wkrótce podpisał umowę z Strømsgodset, którego barw bronił jeszcze w wieku juniorskim. Jeżeli wówczas pokładano nadzieję na rozkwit piłki nożnej w kraju, to jakieś 90% tych wierzeń powiązane było z talentem Ødegaarda. Ojciec piłkarza, Hans Erik Ødegaard musiał być wówczas niezwykle dumny z syna, który poszedł w jego ślady. Hans Erik przez dziesięć lat reprezentował barwy zespołu, w którym w tak młodym wieku wkrótce zadebiutować Martin. Piętnastoletni Norweg rozpoczął wówczas budowę marki.

Kluczowym w zrozumieniu talentu Norwega czynnikiem jest spostrzeżenie skali talentu. Mały, wątły chłopiec, który niemal codziennie od rana do nocy walczył na boisku, już w wieku trzynastu lat rozpoczął rywalizację z seniorami. Jeżeli chodzi o atuty nie trzeba szukać daleko – należy spojrzeć na teraźniejszość. Ponadprzeciętnie rozwinięte umiejętności techniczne i szybkość dawały mu przewagę nad innymi. Martin został najmłodszym debiutantem Tippeligaen. Półtora tygodnia zajęło mu również zdobycie tytułu najmłodszego strzelca w całej historii ligi. Miał on wówczas jedynie piętnaście lat.

Trudno z perspektywy czasu dziwić się obsesji, która ogarnęła wówczas piłkarski świat. Nieopierzony Ødegaard regularnie ośmieszał silnych i brutalnie grających, doświadczonych Norwegów. Bawił się z nimi. Nie było klubu, który chociaż raz nie wysłał skautów do Norwegii, aby rzucili okiem na te „złote dziecko”. Real Madryt, Manchester United, Arsenal, czy Liverpool stanowili czubek góry zainteresowanych ściągnięciem talentu. Zainteresowanie rodziło możliwości negocjacji, które ojciec wykorzystał okrążając najsławniejsze piłkarskie zakątki Europy. Martin był kolejnym dowodem geniuszu Florentino Pereza.

Wiara Madrytu, fundament w Holandii

W książce wielkiego trenera, Carlo Ancelotti’ego, zawarta została dość jednoznaczna opinia o Norwegu. Włoch uważał, że jeżeli Perez pragnie mieć go u siebie za wszelką cenę, musi mieć to przede wszystkim podłoże PR’owe. Jaki inny bowiem mógłby być interes kupna zawodnika, którego szkoleniowiec nie chce? 22 stycznia 2015 roku Martin Ødegaard został zawodnikiem Realu Madryt. Władze zdecydowały, że dobrze będzie pozwolić mu dojrzeć w rezerwach. Pomocnik miał trenować z pierwszym zespołem, a grać przede wszystkim dla Castilli. Druga drużyna robiła wówczas furorę. Utrzymywała się w czołówce trzeciej ligi do końca rywalizując o awans. Martin otrzymał możliwość debiutu w pierwszym zespole w ostatniej kolejce hiszpańskiej ekstraklasy. Real ograł wówczas Getafe aż 7:3.

Poczynione obserwacje przyniosły jednoznaczną decyzję – aby piłkarz dalej mógł się rozwijać niezbędne jest wypożyczenie. Gwarancja regularności w holenderskim Heerenveen okazała się najlepszym rozwiązaniem. Norweg spędził w ekipie Superfryzyjczyków dwa lata, podczas których potrafił zbierać naprawdę bardzo pozytywne recenzje. Statystyka G/A wyglądała raczej średnio, wynosiła zaledwie 8 w stosunku do 43 występów. Zawodnik nadrabiał to czołówką w statystkach kluczowych podań i udanych dryblingów. Prawdopodobnie wtedy miał on okazję faktycznie zmierzyć się z seniorską piłką na wysokim, europejskim poziomie.

Niewątpliwie nie był to tak cukierkowy okres jak można sobie wyobrażać. Kiedy przychodzisz jako wielki talent do Realu, w dodatku tak rozdmuchany medialnie, a kończysz na wypożyczeniu nijako już musisz mierzyć się z łatką „niespełnionego potencjału”. Trochę tak, jakby wszystko miało zależeć od tego, czy twój talent wypali od razu, czy nie. Norweg odpalił w trzecim roku spędzonym w Holandii – reprezentują Vitesse. Zdołał on wykręcić 11 bramek i 11 asyst w 39 spotkaniach, co pozwoliło na optymizm względem przyszłości. Trudno, aby teraz nie dostał szansy w barwach Los Blancos…

Rzeczywistość okazała się niestety piekielnie bolesna. Ødegaard nie miał nawet zapewnionej roli rezerwowego. Solari, trenujący wówczas młodzieżówki klubu z Madrytu, jednoznacznie stwierdził, że nie ma sensu trzymać Norwega, kiedy ten z góry nie dostanie możliwości gry. Po piłkarza zgłosił się Real Sociedad, a pomocnik ponownie został wypożyczony.

Affelay, Bojan, Halilović i… Ødegaard?!

Ileż wspaniałych talentów i piłkarzy przewinęło się przez czołówkę Hiszpanii. Kiedy okazało się, że Martin wkrótce spędzi czwarty rok kariery na wypożyczeniu, wielu wróżyło rychły koniec spekulacji, wiary i nadziei na jakikolwiek rozkwit. Nawet niezły sezon na Estadio Anoeta (4 bramki i 6 asyst w 31 ligowych spotkaniach) nie zdołał przekonać trenującego wówczas klub Zidane’a do postawienia na Norwega. Mimo wiary w to, że uda się łapać minuty z 12 pozycji w kadrze, daleko odbiegało to od rzeczywistości. Norweg w kadrze meczowej zajmował pozycje niemal zamykające listę powołanych. Musiał to być niezwykły cios dla chłopaka, któremu od nastoletnich lat usilnie próbowano wbić do głowy wielką karierę. Większą niż jego ówczesna dojrzałość…

Mikel Arteta, człowiek z wyżyn, który uwierzył i otrzymał diament

Kiedy masz możliwość podglądać tajniki samego Pepa Guardioli, to naturalne, że z czasem nabywasz mentalność zwycięzcy. Zwłaszcza święcąc tak liczne sukcesy, jak Manchester City kiedy Arteta był prawą ręką wspomnianej legendy Barcelony. Po frustrującej przygodzie w Madrycie przyszedł czas realnych zmian. Prawdziwy test tego, czy faktycznie jest szansa zaistnieć w piłce. Wypożyczenie do Arsenalu, który wówczas był pogrążony w kryzysie po odejściu trenera Arsene’a Wengera. Oto jak w tamtym momencie były asystent Guardioli wypowiadał się o Norwegu:

„Musiał niezwykle szybko opuścić dom i dorosnąć. Stawiano przed nim kosmiczne oczekiwanie, to niełatwe. Bardzo cenię jego etykę pracy. To bardzo inteligentny facet. Imponuje mi fakt, że tak szybko zdołał wkomponować się zespół” – twierdził Arteta.

I jak widać… miał rację! Kanonierzy robili wszystko, aby zatrzymać pomocnika w Londynie. Nadzieje poparte były niechęcią ponownego wykluczenia w Madrycie, co niewątpliwie przyczyniło się do późniejszych łatwiejszych negocjacji. Prawdziwa promocja – 35 milionów euro rozpoczęło historię wspaniałej przyjaźni i współpracy Hiszpana z Norwegiem.

Pokoleniowy przełom?

Przenosiny do Londynu, to prawdopodobnie jedna z najlepszych transakcji win-win w historii. Martin już w poprzednim sezonie przy obecnych realiach transferowych zdołał spłacić wydaną przez klub sumę. Rozwój mentalności i umiejętności tego zawodnika, to fenomen na skalę międzynarodową. Z wycofanego, szukającego swojego miejsca i szansy pi