Jedni powiedzą, że ich historia przypomina tę Leicester City. Zespół z samego dołu tabeli w krótkim czasie wspina się na sam szczyt piłkarskiej piramidy w Anglii i zgarnia najcenniejsze trofeum. Drudzy stwierdzą, że nie zdobyli mistrzostwa, a je sobie zwyczajnie „kupili”. Dysponując sporą ilością gotówki, sprowadzali w ciągu kilku okienek transferowych jakościowych, ale drogich zawodników. Tym samym dając zalążek tego, co dekadę później zrobił w Chelsea Roman Abramowicz. Obie strony mają w tej dyskusji trochę racji. Dlatego fakt, że opowieść o Blackburn Rovers łączy oba te wątki, czyni ją tak bardzo wyjątkową.

Wujek Walker (czytaj: Alfa i Omega)

Ze spora dozą prawdopodobieństwa jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że gdybyście kiedykolwiek zapytali przypadkowego przechodnia w Blackburn o pierwsze skojarzenie z mistrzowskim sezonem The Riversiders, najczęstszą odpowiedzią byłaby bez wątpienia postać Jacka Walkera. Mimo fantastycznych wyczynów Alana Shearera ciężko w tym wypadku o inną odpowiedź. Walker był pomysłodawcą i sponsorem tego projektu. Sercem i rozumem, nawiązując do dawnej reklamy jednej z sieci telekomunikacyjnej. Jednak co najważniejsze ogromnie zmotywowanym, aby strącić Manchester United do miana „małego, taniego klubiku”.

Walker z miastem położonym w hrabstwie Lancashire związany był od urodzenia i już jako mały chłopiec wspierał lokalny zespół. Na świat przyszedł w robotniczej rodzinie i miał trójkę starszego rodzeństwa. Bardzo szybko chciał się usamodzielnić. W wieku 13 lat opuścił szkołę i rozpoczął pracę jako blacharz i rzemieślnik w Royal Eletrical and Mechanical Engineers. W 1951 roku przejął po ojcu spółkę Walkersteel i przekształcił firmę zajmującą się do tej pory złomem w główną siłę przetwórstwa stali na Wyspach. Jack miał taką smykałkę do biznesu, że sprzedając przedsiębiorstwo w 1990 roku, posiadał 50 zakładów. Zatrudniał w nich blisko 3400 osób. Transakcja, opiewająca na bagatela 360 milionach funtów, wprowadziła go w grono 25 najbogatszych ludzi w Anglii.

Przejęcie klubu w jego ręce nastąpiło oficjalnie w styczniu 1991 roku. Tyle że już znacznie wcześniej miał on znaczący wpływ na decyzje zarządu. Podarował Rovers materiały budowlane pod budowę nowej trybuny na Ewood Park. Po części opłacił także transfer legendy Tottenhamu i Mistrza Świata z 1978 roku – Argentyńczyka Osvaldo „Ossie’go” Ardilesa przed sezonem 1987/88. Cel biznesmena był prosty – uczynić z Blackburn największy i najlepiej prosperujący klub, jaki kiedykolwiek Anglia widziała na własne oczy. Aby to osiągnąć, przyjął iście pyrrusową postawę.

Jak zapowiadał, tak zrobił. W ciągu pierwszych trzech lat urzędowania wpompował w sam zespół 25 milionów funtów. Dwukrotnie pobił rekord transferowy za pojedynczego gracza na Wyspach. Wzmocnienia były jednak koniecznie. Kiedy „formalnie” zawitał do klubu, w pierwszym niepełnym sezonie jego ekipa zajęła 19. miejsce w Second Division (odpowiednik dzisiejszej Championship), ocierając się o spadek na trzeci poziom rozgrywkowy. Utrzymanie zapewniły transfery – menedżer Don Mackey nie bał się szybko wykorzystać funduszy, które zapewniły tak potrzebne punkty.

Wciąż w cieniu Sir Alexa

Jednocześnie zbudował on fundamenty pod awans do ekstraklasy rok później. Sukcesu nie byłoby jednak bez Kenny’ego Dalglisha, którego do powrotu do pracy w październiku 1991 roku Walker przekonał wysokim czekiem. Musiał się przy tym naprawdę postarać. Szkot bowiem miał zszargane nerwy, od kiedy w lutym po remisie 4:4 w Derbach Merseyside porzucił prace na ukochanym Anfield.

Aczkolwiek jako wzięty biznesmen Jack doskonale zdawał sobie sprawę, że same aspekty stricte boiskowe nie zaprowadzą drużyny na sam szczyt. Przeprowadził remont Ewood Park, który rozbudował do pojemności 30 000 miejsc z prywatnych pieniędzy za ponad 15 milionów funtów. Zrekonstruował klubową akademię, ale również obiekty treningowe. Jak podkreślają Joshua Robinson oraz Jonathan Clegg w swojej książce pt. „Klub – o tym, jak angielska Premier League stała się najbardziej szaloną, najbogatszą i najbardziej destruktywną siłą w sporcie” własne obiekty mogły być dla piłkarzy niesamowitą rewolucją.

Boisko treningowe było nim tylko z nazwy: drużyna trenowała w parku na skraju miasta noszącym nazwę Pleasington – w wolnym tłumaczeniu „przyjemny zakątek”. Każdego ranka sztab i zawodnicy spotykali się na stadionie w strojach treningowych, które sami prali. Wsiadali do prywatnych samochodów i jechali na błotniste „boisko” położone u stóp wzgórza, na którego szczycie znajdowało się krematorium. […] Od czasu do czasu „boisko” przemierzał kondukt żałobny – piłkarze nie byli wówczas pewni, czy powinni kontynuować ćwiczenia, czy stać na baczność i oddawać hołd zmarłemu.

Powróćmy jeszcze na chwilę do spraw sportowych. Dalglish wywalczył z zespołem awans poprzez play-offy i w nagrodę przed nadchodzącą kampanią otrzymał prosto z Soton Alan Shearera. Młody snajper po udanej kampanii 1991/92 w Premier League, okraszonej 13 golami w 41 występach, mógł przebierać w ofertach. Przez długi czas niezwykle zainteresowany nim pozostawał Liverpool, ale również Sir Alex. Dlatego desperacja Walkera, by podpisać kontrakt z „Big Alem”, sięgała zenitu. Shearer, podobnie jak chociażby sprawdzony w tym samym czasie kapitan Tim Sherwood, od razu wkomponował się w kapelę byłej legendy The Reds, strzelając zawrotne 31 goli w samej lidze w czasie drugiego roku w klubie.

Z tak znakomitym snajperem drużyna pięła się po kolejnych szczeblach hierarchii angielskiego futbolu. Sezon 1992/93 – jako beniaminek zajęła rewelacyjne 4. miejsce. Dwanaście miesięcy później do końca walczyli o tytuł mistrzowski, ustępując jednak nieznacznie na samym finiszu Manchesterowi United.

Saski duet 

Na długo przed tym, jak Luis Suárez i Daniel Sturridge stworzyli niezłej klasy duet w Liverpoolu, nazwany od ich nazwisk „SAS”, ten oryginalny akronim wziął się ze współpracy Chrisa Suttona oraz Alana Shearera. Przed kampanią 1994/95 w Blackburn szukano partnera dla Alana w linii ofensywy ekipy Dalglisha. Wiadome było, że dotychczasowa druga strzelba Kevin Gallacher straci znaczną część sezonu ze względu na poważny uraz kolana. Wybór sztabu trenerskiego padł na występującego w Norwich City Suttona. Wychowanek Kanarków dla swojego ukochanego klubu wykazał się naprawdę niezłą skutecznością. W 102 występach na Carrow Road trafiał do sieci rywali 35 goli. Jednak co ważniejsze w ostatnim sezonie przed odejściem strzelił aż 25 z nich i to na poziomie ekstraklasy.

Sutton wszedł na Ewood Park z ogromnym bagażem oczekiwań co do jego osoby. Trudno się jednak temu dziwić – przyszły król strzelców Premier League kosztował aż 5 milionów funtów, pobijając brytyjski rekord transferowy. Intrygujące jest to, że profilem nie bardzo różnił się „Big Ala”, ale każdy z nich miał kilka unikatowych tylko dla siebie cech.

Chris wyróżniał się odwagą i bezpośredniością w grze, wielokrotnie nie bojąc się ostrych wślizgów i morderczego biegania za piłką. Świetnie potrafił pressować obrońców, gdyż to na tej pozycji rozpoczynał swoją przygodę z futbolem. Z kolei Alan całą posiadaną energię przekładał na grę w ostatniej tercji boiska. Miał też niepowtarzalny instynkt strzelecki, dzięki czemu do dziś dzierży tytuł najlepszego strzelca w historii Premier League.

Obaj kapitalnie grali głową, wielokrotnie skacząc znacznie wyżej i wisząc w powietrzu znacznie dłużej od próbujących ich pokryć defensorów. Posiadali szybkość i odpowiednie przyśpieszenie, aby niejednorodnie urwać się z radaru. Dysponowali również odpowiednią tężyzną, co sprawiało, że umieli przechytrzyć nawet najbardziej sprawnych i przewidujących obrońców. Jednak najistotniejszą cechą odróżniającą ich od innych było opanowanie. Nie panikowali i w większości przypadków dobierali właściwe rozwiązanie do konkretnej sytuacji.

Sutton do Shearera, Shearer do bramki

Nić porozumienia, poniekąd wynikająca z ich podobieństwa, przyczyniła się do tego, że już od początku sezonu weszli na najwyższe obroty. Ten wysokooktanowy silnik z przodu już w pierwszych 10 spotkaniach ligowych rozgrywek ustrzelił aż 16 bramek – 9 to dzieło Suttona, pozostałe 7 Shearera. Ta owocna współpraca miała niebagatelny wpływ na udany początek sezonu w wykonaniu The Mighty Blue & Whites, którzy zaliczyli w tym czasie 6 zwycięstw, 3 remisy i tylko 1 porażkę. Ekipa z Ewood Park, choć szybko odpadała z rozgrywek pucharowych (choćby w Pucharze UEFA potknęli się już w 1. rundzie na szwedzkim Trelleborgu), wyraźnie zaznaczyła, że ponownie zagrozi czołówce.

W swoim pierwszym ligowym meczu Sutton podawał Shearerowi główką, aby ten pokonał strzegącego bramki Świętych Bruce’a Grobbelaara i zapewnił punkt w pierwszym spotkaniu sezonu. Zaledwie kilka dni później, w wygranym 3:0 meczu z Leicester, przyszła kolej na Shearera, by to on wyłożył piłkę, pomagając Suttonowi otworzyć konto strzeleckie. Od samego początku duet był znakomicie zsynchronizowany. Ze względu na wspomnianą wcześniej podobna charakterystykę, wytworzyli oni niezwykłą więź.

Na przełomie roku mieli na liczniku aż 29