Rzadko mamy do czynienia z sytuacją, kiedy to klub ze ścisłej czołówki ligi, w tym wypadku aktualny Mistrz Anglii, oddaje jednego ze swoich najważniejszych zawodników do bezpośredniego rywala. Manchester City poszedł jednak w tym okienku mocno pod prąd. Jeśli wziąć pod uwagę Gabriela Jesusa to ekipa katalońskiego szkoleniowca wzmocniła dwa z pięciu pozostałych klubów Big Six. Kwestią sporną pozostaje fakt, czy aby na pewno na miano „kluczowego” nowy nabytek Kanonierów zasługuje. Raheem Sterling, bo to głównie jego osoby dotyczy ten wstęp, na taki przydomek przez lata sobie w The Citizens zapracował. O ile jednak odejście Brazylijczyka wydaje się logicznym posunięciem i obierane jest przez większość piłkarskiej społeczności bardzo pozytywnie, o tyle transfer Sterlinga wywołuje nieco ambiwalentnych odczuć.

Kibice City wydają się oazą spokoju w przypadku tego posunięcia. OK, można pomyśleć, że odchodzi Sterling, ale w sumie przyszli Haaland i Álvarez. Szczególnie Norweg jest nowym nabytkiem z poziomu tych galaktycznych. W dodatku pieniądze za wchodzącego w ostatni rok kontraktu 27-latka niemalże spłacą podstawową kwotę, którą trzeba uiścić za byłego gracza Borussii.

Z kolei z obozu sympatyków Chelsea, przynajmniej początkowo, nie dało się usłyszeć zbytniej radości. Z nowego gracza chyba najbardziej cieszy się sam Thomas Tuchel. Niemiec zdążył już podkreślić przed kamerami Sky Sports, że Anglik „był celem transferowym numer jeden w klubie i jest dokładnie tym, czego szukali pod kątem wieku, umiejętności i stylu gry”. Eksperci i kibice mają jednak sporo wątpliwości. Pamiętając spektakularne pudła 27-latka w ciągu całej jego kariery, których częstotliwość momentami przyprawia o zawrót głowy samego Pepa, trudno ich nie mieć.

Viaplay
Viaplay

Tylko, czy obie strony największej wewnętrznej transakcji w Premier League mają powody do takich reakcji? Czy City faktycznie nie będzie żałować starty takiego gracza? Czy Chelsea zaliczy kolejny transferowy niewypał w linii ataku? A może te uczucia powinny być zgoła odmienne?

Ten, który rozpoczął wielki comeback

Ostatnia kolejka ubiegłego sezonu. 56. minuta spotkania z Aston Villą. The Citizens przegrywali 0:1 po golu Matty’ego Casha. Pep Guardiola stał przy linii bocznej i nie dowierzał w to, co się działo. Stojąc na progu futbolowej przepaści, jego podopieczni wciąż uderzali głową w mur. Perspektywa czwartego tytułu mistrzowskiego w pięciu kolejnych sezonach zaczynała się niebezpiecznie odsuwać, a wyśmienita jeszcze chwilę temu kampania zamieniać się w istny koszmar. Najpierw katastrofa w doliczonym czasie gry w Madrycie. Potem przegrana w półfinale Pucharu Anglii. Teraz to?

Jednak fascynujący wyścig o prym w Anglii nie mógł mieć takiego rozstrzygnięcia. To tak, jakby kilka miesięcy temu Lewis Hamilton i Max Verstappen zakończyli swój pojedynek za samochodem bezpieczeństwa w Abu Dhabi. Ale dano im zawalczyć na tym jednym, ostatnim okrążeniu. Pep też podjął walkę i na plac gry rzucił w miejsce Mahreza Sterlinga. City nie miało przewagi, ale Katalończyk doskonale wiedział, do kogo się zwrócić w potrzebie.




20 minut później nadchodzi wyczekiwany przełom. Gabriel Jesus zgrywa piłkę ze skraju pola karnego do ustawionego na prawym skrzydle 27-latka. Ten skleja do nogi podanie kolegi i zatrzymuje się na chwilę. Po paru sekundach w swoim stylu zaczyna drobić kolejne kroki, tańczyć z piłką przy nodze, aby w pewnym momencie zerwać się do przodu, wyprzedzając przydzielonego mu do krycia w tej sytuacji Digne’a. Podjeżdża z piłką do linii końcowej i posyła dośrodkowanie na dłuższy słupek kilkanaście centymetrów nad głową Casha. Wbiegającemu w szesnastkę Ilkayowi Gündoğanowi nie pozostało nic innego jak zapakować futbolówkę do siatki rywali. W ten sposób padł pierwszy z trzech goli Obywateli w ciągu pięciu minut.

Trudno stwierdzić, czy Sterling zdawał sobie wtedy w 100% sprawę z tego, że zalicza ostatni występ w ekipie Obywateli. Aczkolwiek trzeba przyznać, że to zakończenie tej 7-letniej przygody w niebieskiej części Manchesteru przebiegło wedle iście spektakularnego, wręcz wymarzonego scenariusza. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich na Etihad Stadium się zjawiał. W cieniu skandalicznego wywiadu dla BBC, gdzie powiedział co myśli o nowej propozycji kontraktu ze strony Liverpoolu. Po tym, jak na własne życzenie nie poleciał na przedsezonowe tournée do Azji i symulował chorobę, aby nie wrócić do treningów.

Gorszy tylko od Messiego, Agüero i De Bruyne

Dzierżąc tytuł najdroższego angielskiego piłkarza w historii, Raheem Sterling nie miał łatwo i szybko został głównym celem brytyjskich tabloidów. Jego nazwisko nie raz, nie dwa mieszano z błotem, a wielu dziennikarzy i kibiców obrażało go na tle rasowym. Bo młody, bo zarabiający mnóstwo pieniędzy, bo Afroamerykanin, bo wywodzący się z biedy.

Kataloński szkoleniowiec jednak żadnych uprzedzeń do wychowanka Queens Park Rangers nie miał. Niemalże od pierwszego dnia, gdy postawił swoją stopę w niebieskiej części Manchesteru, cenił sobie Sterlinga i obdarzył go zaufaniem. Anglik już w debiucie 52-latka w roli menedżera Manchesteru City w trudnym spotkaniu z Sunderlandem (2:1), dołożył asystę przy rozstrzygającym trafieniu Sergio Agüero. Od czasu mianowania byłego opiekuna Bayernu przed startem sezonu 2016/17, żaden zawodnik nie zagrał w Premier League więcej meczów niż nowy skrzydłowy Chelsea (194). A tych liczb sugerujących, że mamy do czynienia z wyjątkowym zawodnikiem jest zdecydowanie więcej.

Dzieży tytuł najczęściej wystawianego piłkarza Guardioli – Hiszpan stawiał na Sterlinga aż 292 razy (zarówno pierwszej jedenastce, jak i z ławki). Prawdopodobnie ten rekord pobije w nadchodzących rozgrywkach Kevin De Bruyne, ale na razie lideruje etatowy reprezentant Synów Albionu. Zdobył w tym czasie 10 trofeów. 4 tytuły Mistrza Anglii, 4 Puchary Ligi (jeszcze jeden dołożył za Pellegriniego), Puchar Anglii i Tarczę Wspólnoty. Doszedł to finału Ligi Mistrzów.

Strzelił pod wodzą Pepa 120 goli, tutaj lepsi byli tylko Leo Messi (211) i wspomniany wcześniej Agüero (124). Dołożył 85 ostatnich podań – tutaj również znalazł się na podium, przegrał ponownie z Messim (94) i De Bruyne (104). Łącznie z Etihad Stadium odchodzi z dorobkiem 131 trafień94 asyst337 spotkaniach. Liczby ma do prawdy imponujące. A to nie wszystko. Został wybrany młodym graczem oraz piłkarzem roku Premier League według dziennikarzy w rozgrywkach 18/19, znalazł się wtedy również w jedenastce roku. Trzy razy został wybrany piłkarzem miesiąca i dwukrotnie otrzymał nominacje do drużyny roku Ligi Mistrzów.

Legenda The Citizens? Zdania są podzielone

Wydaje się, że takie statystyki i osiągnięcia powinny mu zapewnić status legendy klubu i ulubieńca wśród kibiców. Tymczasem Raheem Sterling wciąż pozostaje niedoceniany. Wpływ na ten stan rzeczy mają niewątpliwie jego spektakularne pudła, których uczciwie rzecz ujmując, miewał całkiem sporo. Z marszu można wymienić chociażby te przeciwko Lyonowi w ćwierćfinale Ligi Mistrzów czy Burnley w Premier League, gdy nie potrafił z bliska na pustą bramkę umieścić piłki w siatce. Takie wpadki zwyczajnie zapadają w pamięci najdłużej.

Nie pomagają też media społecznościowe. Na YouTube da się znaleźć mnóstwo kompilacji poświęconych wyśmiewających jego umiejętność wykańczania akcji. Jedna z nich trwa prawie 7 minut. Oglądanie jej potrafi niejako nakreślić nieco mylącą ocenę zawodnika. Początkowo obraz wydaje się okrutny – często jest pod presją defensywy przeciwników, ma mało czasu na oddanie strzału – ale stopniowo buduje się niezaprzeczalny obraz. Sterling marnuje sporo okazji. Tyle że większość czołowych napastników czyni dokładnie to samo.

Pozostaje więc pytanie, dlaczego to właśnie Raheem Sterling aż tak obrywa? Po części wynika to z jego stylu gry. 27-latek nie ma czym postraszyć z dystansu, nie ma tak ułożonej nogi jak kilku jego kolegów z zespołu. Zasadniczo zdecydowaną większość uderzeń oddaje z obrębu pola karnego, najczęściej przebywając bezpośrednio 5-6 metrów od bramki rywali. Od 2014 roku, kiedy UnderStat zaczęło gromadzić informacje o strzałach piłkarzy w Premier Laegue, skrzydłowy trafił do siatki zza szesnastki zaledwie 4 razy.

Pod tym względem jest wręcz nudny i tu można upatrywać przyczyny takiego odbioru jego osoby przez ekspertów i kibiców. On nie weźmie piłki jak jego rudawy kolega z drużyny i nie huknie z 20 metrów pod porzeczkę, pozostawiając golkipera przeciwników bez szans na udaną interwencję. W jego przypadku rzadko piejemy z zachwytu nad urodą zdobytej bramki. Pod tym względem bardzo przypomina Vardy’ego – ilość, nie jakość i uroda. Tę charakterystykę Fox in the Box idealnie obrazuje poniższa grafika The Analyst.

Niesłuszny osąd

Kibice i eksperci często też niejako przeceniają wartość szans, jakie „marnuje” 27-latek. Niejednokrotnie po ostatnim gwizdku kończącym możemy narzekać na jego wykończenie. Często dopowiadając, że na 10 takich okazji 9 razy powinien wpakować piłkę do siatki z zamkniętymi oczami. Jednak modele oczekiwanych bramek, oparte na dziesiątkach tysięcy takich przypadków, pokazują nam, że prawie nigdy tak nie jest. Sytuacja sam na sam z golkiperem rywali nierzadko jest wyceniana na mniej niż 0,5 xG.

Patrząc na suche liczby, Sterling niewiele odstaje od modelu matematycznego. W ciągu 8 ostatnich sezonów jego współczynnik oczekiwanych goli bez rzutów karnych (npxG) wynosi 101,08, z czego strzelił 95 bramek (-6,08). Dla porównania Gabriel Jesus, którego umiejętności strzeleckie nie stanowią aż takiej debaty społecznej, w ciągu 5,5 roku wykorzystał 55 z 71,49 oczekiwanych trafień (-16,49).

Bramki Raheema Sterlinga vs jego xG (obie statystyki na 90 minut) w ciągu kolejnych sezonów Premier League, Źródło danych: Sky Sports

Według analityków Opty, którzy wyróżniają coś takiego jak „big chance”, w ciągu ostatnich sześciu sezonów Sterling wykorzystał 63 ze 132 z tych stuprocentowych sytuacji, jakie miał w ramach rozgrywek Premier League. Daje mu to 47,73%. Czy to dobry wynik? Dobry. Nawet bardzo dobry. Dla porównania Salah w tym czasie wykręcił 47,98%, a De Bruyne 48,48%. W rzeczywistości, współczynnik konwersji przysłowiowych „setek” Sterlinga jest lepszy niż Sadio Mané i wielu jego kolegów z Manchesteru City: wspomnianego wcześniej Jesusa, Bernardo Silvy, Fodena czy Mahreza. Jest ponadprzeciętnym „finiszerem”.

Pokazują to dane również z zeszłej kampanii, gdzie po Euro 2020, podobnie jak wielu jego kompanów z reprezentacji, przez długi okres pozostawał pod formą. Patrząc na poniższy wykres ukazujący procent celnych strzałów na bramkę od goli na uderzenie, wysuwa się następujący wniosek. Sterling, pomimo niepochlebnej opinii, potrafi strzelać w ten biały prostokąt za bramką golkipera i nie „marnotrawi” aż tylu swoich strzałów.

Raheem Sterling na tle innych graczy ofensywnych graczy w Premier League. Oś pozioma: Bramki na strzał, oś pionowa Wykres obrazujący Gole na strzał do Źródło danych: FBref.com

Nieugięty streetfighter

Jest jeszcze inna cecha, która wpływa na nadmiar krytyki 27-latka. Z jednej strony doskonale wpasował się do systemu Guardioli. Potrafi rozszerzyć grę na skrzydle. W odpowiednim czasie umie wyjść pod linię końcową, by wyłapać dalekie piłki grane przez obrońców i wycofać do lepiej ustawionych kolegów. Jego drybling, szybkość i mobilność sprawiają, że jest koszmarem dla obrońców. Na tle zawodników na swojej pozycji w Europie znajduje s