Debata dotycząca skandalu korupcyjnego w polskiej piłce z przełomu wieków staje się coraz bardziej intensywna. Jednym z najczęściej wymienianych w jej kontekście nazwisk jest selekcjoner polskiej kadry, Czesław Michniewicz. Wydawać by się mogło, że takie sytuacje nie powinny mieć miejsca w krajach o ugruntowanej pozycji w świecie futbolu. Tymczasem jeszcze niedawną mieliśmy ogromny skandal na Wyspach. W 2016 roku reprezentacja Anglii i Sam Allardyce zakończyli współpracę po tym, jak doświadczony trener dał się złapać na dziennikarską prowokację. Stanowiła ona część śledztwa, obnażającego korupcyjno-przekrętową siatkę.

W Polsce szaleje obecnie debata dotycząca domniemanego zamieszania selekcjonera reprezentacji, Czesława Michniewicza, w aferę korupcyjną. Te podejrzenia rzucają cień na osobę trenera i rozbudziły ogromną dyskusję w świecie futbolu nad Wisłą. Niesmak i kontrowersje sięgają nawet poza grono piłkarzy, trenerów i sędziów. Debata trwa, związanymi z nią wydarzeniami żyje praktycznie każdy kibic – choć mowa o wydarzeniach sprzed ponad 15 lat, gdy Michniewicza nie brano nawet jeszcze pod uwagę w kontekście prowadzenia naszej kadry.

Wielu fanów futbolu zastanawia się pewnie, czy takie sytuacje są możliwe w innych, bardziej rozwiniętych piłkarsko, zachodnich krajach. I duża część z nich zapewne przekonana jest, że nie. W Anglii mieliśmy jednak nie tak dawno dość poważną aferę łapówkarską. Aferę dotyczącą… ich ówczesnego selekcjonera. Sam Allardyce, bo o nim mowa, przedwcześnie zakończył rozdział pod tytułem „reprezentacja Anglii” z powodu ogromnego skandalu. W okolicznościach zdecydowanie bardziej absurdalnych niż te, o których mówi się teraz u nas.

Viaplay
Viaplay

Szokujące nagranie

Jeżeli dostajesz posadę marzeń, to z pewnością nie powinieneś ryzykować i podejmować decyzji narażających cię na jej utratę. Dlatego też, gdy jako selekcjoner reprezentacji swego kraju dostajesz ofertę pomocy w nielegalnych działaniach za sowitą opłatą, po prostu odmawiasz. Tak przynajmniej zrobiłby każdy rozsądny człowiek. Big Sam podjął jednak inną decyzję, przekreślając tym samym swą życiową szansę.

Nowo mianowany trener drużyny narodowej dostał w 2016 roku propozycję pomocy biznesmenom w obejściu przepisów dotyczących transferów. Spotkał się z nimi podczas wyjazdu do Hongkongu i Singapuru. Panowie zaproponowali mu 400 tysięcy funtów za – jak wówczas twierdzono – informacje dotyczące obejścia przepisów dotyczących tzw. third party ownership.

Problem w tym, że panowie nie byli prawdziwymi biznesmenami, a dziennikarzami, którzy zorganizowali prowokację. Akcja została przeprowadzona pod egidą gazety Telegraph. I, co najgorsze dla 62-letniego wówczas menedżera, nagrana. Gdy filmik znalazł się w internecie, sprawa potoczyła się szybko i Allardyce zapłacił najwyższą cenę – reprezentacja Anglii się z nim rozstała. Prestiżową funkcję pełnił przez zaledwie 67 dni. Kadrę poprowadził w jednym spotkaniu.

W czym leżał problem?

Co kryje się pod określeniem third party ownership? W dużym uproszczeniu mowa o zasadach zabraniających posiadania praw do piłkarzy przez podmioty inne niż kluby. Zdarzało się bowiem, że biznesmeni lub firmy były częściowymi właścicielami karty zawodniczej. To otwierało możliwości do różnych szemranych transakcji, układów i prania pieniędzy w celu uzyskania korzyści finansowych przez „dodatkowego gracza”.

Warto zaznaczyć, że to praktyka inna od tej, którą parają się agenci. Oni nie są właścicielami praw do swoich podopiecznych, a jedynie ich reprezentują. Nie decydują o tym, czy oferta kupna lub wypożyczenia zostanie zaakceptowana. Uczestniczą jedynie w negocjacjach kontraktowych. Gracze są w stu w procentach „własnością” klubów, to one decydują, ile za nich żądają – oczywiście, o ile wszystko działa zgodnie z przepisami. A jak dobrze wiadomo, rzeczywistość nie zawsze tak wygląda.

W świecie angielskiej piłki mieliśmy m.in. aferę, dotyczącą przenosin Carlosa Teveza i Javiera Mascherano do West Hamu w 2006 roku. Wtedy właśnie kluczowy okazał się udział „osób trzecich” w transakcji. Młoty nie kupiły ich bowiem z Corinthians, dla którego grali, a od grupy Media Sports Investment. Anglicy zostali ukarani karą finansową, choć rywale w walce o utrzymanie domagali się punktów ujemnych, która spuściłaby ich do Championship.

Gdy więc Allardyce przyznał, że takie praktyki „nie są żadnym problemem”, strzelił sobie w stopę. Ba, wyznał nawet, że w 2014 roku ściągnął do West Hamu Ennera Valencię właśnie dzięki tego typu układom. Co więcej, stwierdził, że third party ownership to praktyka powszechna w Ameryce Południowej, Afryce czy chociażby Portugalii, Hiszpanii i Belgii. Chwalenie się taką wiedzą, mówiąc wprost, mogło budzić uzasadnione wątpliwości. Oficjalnie nie potwierdzono jednak tego, że posłużył rozmówcom radami dotyczącymi łamania przepisów.

Jasne było, że selekcjoner reprezentacji Anglii jest świadom nielegalnej działalności. Co więcej, zgodził się przyjąć pieniądze od osób w nią zaangażowanych. Federacja nie mogła tego akceptować. Nikogo chyba nie mogło dziwić to, że skończyło się zwolnieniem.

Wizerunkowa kompromitacja

Afera odbiła się oczywiście na postrzeganiu zwolnionego menedżera. W końcu wydało się, że bierze udział w przekrętach i nawet gotów jest się tym chwalić. Samo negocjowanie z dwoma fałszywymi biznesmenów było absolutnie niedopuszczalne.

Warte 400 tysięcy funtów porozumienie z agencją piłkarską powoduje potencjalny konflikt interesów dla każdego selekcjonera reprezentacji, gdyż stwarza zagrożenie, że został on zatrudniony przez firmę, której podopieczni będą czerpać korzyści z preferencyjnego traktowania – podsumowano całe zamieszanie na łamach Telegraph.

Co więcej, nagranie z ukrycia uwieczniło też wypowiedzi Big Sama na kilka innych tematów. Wszystkie kreowały mocno negatywny wizerunek.

Mówiąc o swoim poprzedniku, Royu Hodgsonie, używał prześmiewczego określenia „Woy”, nawiązującego do faktu, iż starszy kolega nie wymawia „r”. Wypowiadał się o nim zresztą nieprzychylnie, nie stroniąc od krytyki i sugestii, że nie nadaje się do publicznych wypowiedzi. Narzekał też na mentalność angielskich zawodników oraz decyzję o rozbudowie stadionu narodowego Anglików, Wembley. Nazwał ją wprost „głupotą”.

Feralne spotkanie rzuciło poważny cień na postać doświadczonego menedżera. Oczywiście nie złamał on prawa, więc nie czekała go żadna kara. Przez własną głupotę – co zresztą sam przyznał – stracił jednak życiową szansę. Stał się również twarzą gigantycznego skandalu. Śledztwo Telegraph sięgało bowiem zdecydowanie dalej.

Grubsza afera

Dochodzenie doprowadziło do ujawnienia przypadków korupcji na różnych poziomach rozgrywkowych. Asystent menedżera Barnsley, Lee Johnsona, Tommy Wright, został skazany prawomocnym wyrokiem za łapownictwo. W 2019 roku udowodniono mu, że trzy lata wcześniej przyjął korzyści majątkowe w zamian za przekonanie klubu do ściągnięcia piłkarzy należących do firmy ze wschodniej Azji.

Wśród osób, które również wydawały się wplątane w cały proceder, można również wymienić Jimmy’ego Floyda Hasselbainka, ówczesnego szkoleniowca Queens Park Rangers. Holender miał zostać ambasadorem firmy zaangażowanej w third party ownership i szukać sposobu na obejście systemu podatkowego. Z kolei właściciel Leeds United, Massimo Cellino, miał podobno zaoferować odsprzedanie części swoich udziałów w klubie mężczyźnie zamieszanemu w szemrane praktyki.

Efekty śledztwa odczute zostały również w Premier League oraz za granicą. Asystent trenera w Southampton, Eric Black, służył radą dla osób szukających sposobu na wręczanie łapówek przedstawicielom zespołów z niższych lig. Z kolei w Belgii okazało się, że prezes drugoligowego wówczas OH Leuven, oferował, że jego klub może zostać „punktem przekaźnikowym” w niedozwolonym handlu piłkarzami.

Stwierdzenie, że afera wywróciła świat angielskiego futbolu do góry nogami, byłoby zdecydowanym nadużyciem. Niemniej, wywołała duże zamieszanie i pokazała, że świat piłki nożnej nie jest czysty. „Szara strefa” i przekręty miały się dobrze. Nawet Allardyce, którego zatrudniła reprezentacja Anglii, dobrze o tym wiedział i nie wstydził się swego udziału w tym procederze. Pozostał więc ogromny niesmak i wiele wątpliwości.

Allardyce: Nie spodziewałem się takiej reakcji

Telegraph było jednak winne sprostowanie. Choć zdecydowana większość ich materiału poświęconego Big Samowi uznano za odzwierciedlenie faktów, dopatrzono się kilku zarzutów, uznanych za pomówienie. Po pierwsze: nie powiedział on, że „zewnętrzni gracze” mogą czerpać korzyści z transferów. Po drugie (i trzecie): w dwóch przypadkach zdementowano informacje o tym, że miał radzić fałszywym biznesmenom, jak obejść zasady dotyczące third party ownership.

Allardyce twierdził, że w związku z tym nie powinien ponieść tak poważnych konsekwencji.

To była reakcja, której się nie spodziewałem. (…) Nie wiedziałem, jak zareagować, ani co robić. Należy pamiętać, że obowiązuje mnie klauzula poufności i muszę uważać, co mówię o działaniach FA. Mówiąc jednak krótko: stwierdziłem, że poczekam, by zobaczyć, co się stanie. Chciałem dowiedzieć się, jakie są dowody. Gdy tam dotarłem, stało się jasne, że tak nie będzie. Decyzję podjęto w ciągu kilku godzin. Mogę tylko powiedzieć, że nie miałem wyboru, podpisując porozumienie z Federacją. To, co się stało, nie miało związku z przestrzeganiem żadnych przepisów prawa pracy, których można się było spodziewać – opowiadał Big Sam w programie Jima White’a w radiu talkSPORT w 2018 roku.

Federacja miała z kolei inne spojrzenie na sprawę. Poinformowała, że utrzymuje, iż rozstanie na zasadzie porozumienia stron stanowiło odpowiednie rozwiązanie. Przełożeni doświadczonego trenera uznali efekty 10-miesięcznego dochodzenia za wystarczające.

Oczywiście afera nie przekreśliła kariery angielskiego szkoleniowca. Później miał okazję pracować w Crystal Palace, Evertonie i West Bromie. Pierwszą z tych posad dostał w grudniu 2016 roku, zaledwie trzy miesiące po rozstaniu z kadrą. Obecnie 67-latek pozostaje bez klubu, lecz nie skończył kariery. Wciąż pozostaje na trenerskiej karuzeli i zapewne znowu zobaczymy go w roli „strażaka”, ratującego zespół Premier League w obliczu zagrożenia relegacją.

Wydarzenia sprzed sześciu lat miały jednak duże znaczenie dla ekipy Trzech Lwów. Schedę po bardziej doświadczonym koledze po fachu przejął bowiem pracujący do dzisiaj Gareth Southgate. 51-latek to autor najlepszych wyników kadry Synów Albionu od dekad. Ostatecznie wydaje się więc, że skandal przyniósł niespodziewanie korzystne skutki – choć słaby styl gry i tragiczne ostatnio wyniki spowodowały ogromną falę krytyki pod adresem obecnego menedżera.

Allardyce i reprezentacja Anglii to było dziwne, wręcz niepasujące połączenie. Chyba nikt nie uwierzyłby, że pod jego wodzą drużyna narodowa znajdzie się w strefie medalowej wielkiego turnieju. Ostatecznie kibice raczej nie żałują tego, co się stało. Choć nie ma wątpliwości, że pozostał niemały niesmak.

Kanał Angielskie Espresso na Youtubie