„Miałem pistolet przystawiony do skroni… mam się bać meczu z Chelsea?”

Richarlison to jak na razie jedno z większych odkryć obecnego sezonu. 20-letni Brazylijczyk to prawdziwy król końcówek – wszystkie trzy jego trafienia miały miejsce w ostatnich dwudziestu minutach i każde z nich było bardzo ważne – otwarcie wyniku z Bournemouth, zapewnienie 3 punktów ze Swansea i wywalczenie remisu rzutem na taśmę z West Bromem. Młody talent wygląda świetnie pod wodzą Marco Silvy, widać w jego grze luz i radość, tak jakby był już starym wyjadaczem Premier League.

Nic więc dziwnego, że o Richarlisonie zaczyna być coraz głośniej na Wyspach – wszak to on jest jednym z powodów tego, że Watford zajmuje zaskakująco wysokie, czwarte miejsce. Do Brazylijczyka dotarli dziennikarze z Telegraph i przeprowadzili z nim obszerny wywiad. Jedno z pytań brzmiało: „czy boisz się meczu z Chelsea?”. Richarlison odpowiedział krótko: „celowano mi w głowę z pistoletu, mam się bać meczu?”.

Piłkarz dorastał w Novej Venecii, mieście znajdującym się na wschodnim wybrzeżu Brazylii. Jak i wiele osób przed nim, tak i Richarlison musiał zmierzyć się z trudnościami życia w Ameryce Południowej: wszechobecna bieda, przestępczość, handlarze narkotyków – to wszystko sprawiło, że ciężko mu było rozwijać swój talent. A nie tylko to było jego zmartwieniem.

„Kiedy miałem siedem lat, moi rodzice się rozwiedli. Musiałem dokonać wyboru, z kim zostać. Dużo płakałem. Siedziałem już w ciężarówce z mamą, wszystkimi rzeczami i meblami, ale w ostatniej chwili wysiadłem. Moje rodzeństwo zostało z mamą, tylko ja poszedłem do taty. Dlaczego? To z nim oglądałem piłkę nożną, grałem i pasjonowałem się nią. Wiedziałem, że mama mi tego nie zapewni. Byłem mały, ale nie taki głupi.”

Rzeczywistość nie okazała się być jednak taka kolorowa. Richarlison miał ambicje i marzenia, jednak szybko jego entuzjazm musiał przygasnąć.

„Musiałem wrócić do mamy, bo mój tata znalazł sobie pracę gdzieś indziej. Brakowało nam jedzenia. Mama nie była w stanie dostatecznie wyżywić mnie i mojego rodzeństwa, mimo że bardzo ciężko pracowała.”

Brazylijczyk był najstarszy z piątki rodzeństwa, to on poczuł więc odpowiedzialność, by odciążyć nieco swoją mamę. Zaczął sprzedawać lody i czekoladę na ulicach Novej Venecii. Część pieniędzy oddawał swojej mamie, a pozostałą działkę wkładał do skarbonki i oszczędzał. Żyjąc w Brazylii, łatwo jednak znaleźć się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie.

„Kiedy byłem nastolatkiem, jakiś gość wyciągnął pistolet i wycelował w moją głowę – sądził, że jestem handlarzem narkotyków, który wszedł na jego teren i zabiera mu klientów. To była normalna rzecz w moich stronach, więc nie wpłynęło to na mnie zanadto. Widziałem narkotyki dosłownie wszędzie, tak samo, jak i strzelaniny. Mieliśmy mały domek, a przy nim podwórko – ludzie chowali tam swoje dragi, zanim je sprzedali. Część z nich to byli moi przyjaciele, nie mogłem więc wystąpić przeciwko nim. Sam natomiast nigdy nie tknąłem narkotyków. Wielu moich przyjaciół teraz znajduje się w więzieniach.”

W takim miejscu łatwo zboczyć z dobrej ścieżki i zostać przestępcą. Nad Brazylijczykiem czuwali jednak trenerzy z jego lokalnej szkółki piłkarskiej, którzy współpracowali z policją i zawsze doradzali mu, żeby nie zaprzepaścił swojego talentu do piłki na rzecz narkotyków. To na nowo wzbudzało w nim dziecięce marzenia i chęci, by zostać któregoś dnia gwiazdą. Jak i wielokrotnie wcześniej, tak i tym razem rzeczywistość okazała się być brutalna. Kiedy miał szesnaście lat, odrzuciły go takie kluby, jak Avai i Figueirense, co mocno go zdołowało. Myślał nawet o całkowitym porzuceniu piłki nożnej, nie pozwolili mu na to jednak ludzie z jego miasta, którzy dostrzegali jego talent. I to była dobra decyzja, bo wkrótce potem dostał ofertę z klubu America-MG, kilkaset kilometrów od jego miasta.

„Mój przyjaciel opłacił mi dwunastogodzinną podróż busem, ale byłem cholernie głodny i wydałem pieniądze na podróż powrotną. Byłem kompletnie spłukany. Nie mogłem pozwolić na to, by kolejny klub mnie odrzucił.”

Nic takiego nie miało na szczęście miejsca. Richarlison pomógł klubowi awansować do brazylijskiej ekstraklasy, strzelając dziewięć goli, czym przyciągnął uwagę bardziej prestiżowej drużyny, Fluminense. I zaczęło się dziać to, o czym Brazylijczyk zawsze marzył. Dobra gra we Fluminense, a także w Mistrzostwach Ameryki Południowej do lat 20 sprawiły, że zaczęły napływać telefony z Europy.

„Już prawie leciałem do Amsterdamu, by podpisać kontrakt z Ajaxem, ale zadzwonił do mnie Marco Silva. Powiedział mi, że często obserwował moją grę i jest pod sporym wrażeniem. Zachęcił mnie, bym przyszedł do Watfordu. Szczerze mówiąc, występowanie w Premier League to jest coś, o czym zawsze marzyłem. Oglądałem tę ligę z wujkiem jako dzieciak i zawsze podobała mi się gra Cristiano Ronaldo. Nie musiałem się zastanawiać dwa razy.”

Instynkt nie zawiódł Marco Silvy. 11,5 miliona funtów wydane przez Watford okazuje się być świetną inwestycją. Pomimo młodego wieku, nikt nie zagrał w tym sezonie więcej minut w drużynie Szerszeni, co Richarlison (oczywiście prócz bramkarza). A jeśli chodzi o całą ligę – tylko trzech piłkarzy oddało więcej strzałów od niego. Richarlison żyje swoim dziecięcym snem, a przy tym pozostaje po prostu normalnym chłopakiem, podekscytowanym tym wszystkim, co się wokół niego dzieje i wiecznie uśmiechniętym.

Brazylijczyk może również liczyć na pomoc w klubie między innymi od swojego rodaka, Heurelho Gomesa, który codziennie podwozi go na treningi. Bramkarz pomógł mu również załatwić zakwaterowanie, by młody talent nie musiał mieszkać w hotelu i żywić się hamburgerami. Wsparcie fanów też jest dla Richarlisona bardzo ważne.

„Kiedy pierwszy raz usłyszałem to z trybun, po prostu się zatrzymałem i spojrzałem w stronę kibiców, próbując zrozumieć, co śpiewają. Zacząłem się uśmiechać, kiedy zrozumiałem, że to przyśpiewki o mnie. Pierwszy raz coś takiego przeżyłem, to jest po prostu bezcenne.”

Richarlison zdążył już także złapać kontakt z innymi Brazylijczykami.

„Często chodzę do domu Davida Luiza, często przychodzi do niego także Willian, bo są przyjaciółmi. Robimy grilla, gramy w gry video, tańczymy sambę. David powiedział, że mogę strzelać wszystkim, oprócz Chelsea. Odpowiedziałem mu, że nie będę nikogo oszczędzał.”

I tak właśnie chłopak z biednej okolicy został kimś. Jest przykładem na to, że dziecięce marzenia można spełnić, wystarczy mieć ambicje, duże pokłady motywacji i trochę szczęścia w życiu. Ciężko nie lubić tego sympatycznego, uśmiechniętego i po prostu normalnego chłopaka. Ma wszystko to, co potrzeba, by stać się jeszcze większą gwiazdą.

By | 2017-10-20T12:34:25+00:00 Październik 20th, 2017|Slider, Watford|0 komentarzy

About the Author:

Jedyny fan City w promieniu stu kilometrów. I to dłużej niż od roku!

Zostaw komentarz