5 powodów, dla których warto oglądać 9. kolejkę Premier League

Nasza ukochana liga wraca już dzisiaj. Co więcej – zapowiada się niezwykle interesująco, bowiem w szranki staną niepokonane, póki co, ekipy Ligi Mistrzów. Nie zabraknie również meczu ostatniej szansy Ronalda Koemana.

Slaven Bilic musiał być nielicho zaskoczony, kiedy okazało się, że to nie on został drugim zwolnionym menadżerem, w ciągu obecnej kampanii. Chorwat utrzymuje stanowisko w Londynie, ale jego posada wisi na włosku. Bardzo cienkim dodajmy. Prowadzony przez niego West Ham nie przegrał od dwóch kolejek, a w dodatku wybronił pozytywny rezultat mimo przewagi Burnley (1:1), ale ich dorobek punktowy nie wygląda zbyt dobrze. Osiem oczek to tylko dwa punkty powyżej strefy spadkowej. Z tego powodu nie mogą sobie pozwolić na jakąkolwiek wpadkę w starciu z Brighton. Popularne Mewy zatrzymały ostatnio Everton. Ponadto słyną z naprawdę nieźle zorganizowanej obrony. Dość powiedzieć, że stracili tylko dziesięć bramek i dzięki temu wyprzedzają Młoty w ligowej tabeli.

Ostatnie kolejki udowadniają nam po co jest Watford. Silva odmienił grę Szerszeni o 180 stopni i natychmiastowo przełożyło się to na ich wyniki. Trzy ostatnie mecze to aż siedem punktów, a przecież Portugalczyk musiał stawiać czoła Arsenalowi oraz solidnemu WBA i Swansea. Wszystko to sprawia, że wspięli się na czwarte miejsce w tabeli. Wyżej niż Liverpool, Everton, Arsenal oraz ich jutrzejszy rywal – Chelsea. The Blues mają naprawdę nieliche kłopoty. W środę zremisowali wygrany mecz z AS Romą, w lidze ulegli ostatniemu i po prostu beznadziejnemu Crystal Palace, a szatnię trawią wewnętrzne kłopoty. Narzeka Musonda, kontuzjowany jest Drinkwater, Kante i Moses. Dwie kolejne porażki ligowe sprawiły również, że notowania Conte dramatycznie spadają. Jeśli Londyńczycy stracą punkty na Stamford Bridge, zacznie się robić doprawdy nieciekawie. Chelsea ma jednak tyle szczęścia, że Watford wygrał z nimi zaledwie raz. W 1999 roku.

Manchester City jest już po prostu maszyną. Ekipa Guardioli demoluje absolutnie każdego. Fakt faktem – wiktorie potrafią być skromne (2:1 z Napoli), ale nie powinno rozliczać się zwycięzców. Obywatele wygrywają mecz za meczem. W ostatnich pięciu spotkaniach strzelili aż dwadzieścia cztery bramki, a ich rywalami był Liverpool, Chelsea oraz Watford. To co gra drużyna Katalończyka, jest prawdziwą piłkarską eksplozją. W tej układance nie ma ani jednego zepsutego elementu. Działa nawet formacja obronna. Burnley z pewnością postara się pokrzyżować ich plany, zważywszy na fakt, że większość punktów zdobywają właśnie w delegacjach, ale może się to po prostu okazać niemożliwe do realizacji. Wszak The Clarets punkty na stadionie Manchesteru City zdobyli ostatnio w 1998 roku. Obie ekipy grały jeszcze w League One.

Dwa duże kluby spotykają się w chwili, gdy każdy z nich dopadła zniżka formy. Patrząc na dyspozycję Evertonu, można spytać: jakiej formy? 16. miejsce w tabeli, seria czterech meczów bez zwycięstwa we wszystkich rozgrywkach, rażąca niemoc strzelecka, porażki w ostatnich meczach domowych z Burnley i Lyonem. W drużynie The Toffees nic nie wygląda dobrze. Nie dziwi więc fakt, że Ronald Koeman prawdopodobnie zawalczy o swoje być albo nie być w niedzielnym meczu z Arsenalem. Choć Kanonierzy zajmują zdecydowanie wyższe miejsce w tabeli – szóste – to nastroje na Emirates nie są o wiele lepsze – wszak nie wygrali oni jeszcze meczu na wyjeździe w lidze. W ostatni weekend w słabym stylu dali sobie wyrwać punkty w potyczce z Watfordem, wyglądając przy tym na drużynę, której się po prostu nie chce za bardzo grać. Ktoś tu musi się przełamać. Ten mecz będzie szalenie ważny, a remis nie zadowoli nikogo. Przegrana Evertonu oznaczać może rychłe zwolnienie Koemana, porażka Arsenalu natomiast powie nam ni mniej, ni więcej, że szykuje się kolejny sezon Kanonierów bez mistrzostwa Anglii.

A na koniec – hicior na Wembley! Tottenham podejmie Liverpool. Minęły już dawno czasy, kiedy każdy liczący się klub łoił Koguty kilkoma bramkami zarówno na White Hart Lane, jak i na swoim stadionie. W obecnej chwili to Tottenham jest na uprzywilejowanej pozycji i konsekwentnie ciuła punkty – dość powiedzieć, że ostatni mecz przegrali aż dwa miesiące temu. Daje im to jak dotąd bardzo dobre trzecie miejsce w lidze. Remis z Realem Madryt na Bernabeu również musiał podbudować podopiecznych Pochettino. A chłopcy Kloppa po serii niepowodzeń w końcu zagrali swojego rock and rolla i zmiażdżyli Maribor, pakując im siedem bramek. Ten mecz był bardzo ważny dla The Reds w kontekście odbudowania ich pewności siebie i skuteczności pod bramką, której brakowało im między innymi tydzień temu w Derbach Anglii. Jedno jest pewne – jeśli oba zespoły zagrają na 100%, możemy się spodziewać gradu goli na Wembley.

 

By | 2017-10-20T17:46:13+00:00 Październik 20th, 2017|Bez kategorii|0 komentarzy

About the Author:

Mało znam się na piłce. Ale umiem naciskać klawisze żeby wyskakiwały zabawne wyrazy. Egzegeza na przykład.

Zostaw komentarz