Bo do tanga trzeba dwojga…

Wiele ich różni. Z jednej strony Sergio Aguero, doświadczony Argentyńczyk mający za sobą wiele udanych sezonów na Wyspach, co rok strzelający wiele ważnych bramek, mający jednak zwyżki i zniżki formy oraz sporo przebytych kontuzji. Z drugiej natomiast mamy Gabriela Jesusa, przebojowego niczym jego narodowa brazylijska samba młodego wilka, który dopiero stara się wejść na salony piłkarskiego świata. Młodzieńczy zapał kontra doświadczenie i wyrafinowanie wyjadacza. Czy takie zderzenie stylów i osobowości jest w stanie się połączyć w coś, co wyniosłoby Manchester City na ten najwyższy poziom?

Na wielu studiach i wszelakich kursach o zarządzaniu można usłyszeć utartą regułkę, że dwa plus dwa równa się pięć. Nie chodzi tu jednak o błąd w równaniu matematycznym, a o korzyści, którą niesie ze sobą współpraca jednostek. W pierwszym sezonie w Manchesterze City można było odnieść wrażenie, że Pep Guardiola nie chadzał na takie zajęcia – mając pod swoimi skrzydłami Sergio Aguero i Gabriela Jesusa (a także Kelechiego Iheanacho, jednak nie o nim jest ten tekst) uparcie grał systemem 4-1-4-1 z Sane i Sterlingiem na skrzydłach oraz tylko jednym napastnikiem, w którym to systemie o wiele lepiej czuł się zawsze chętny do współpracy z kolegami Brazylijczyk, i którego Guardiola wyraźnie wówczas faworyzował, co nie spotkało się z przychylnością Sergio Aguero. Doszło do tego, że Argentyńczyk kwitował zagrania Jesusa kwaśnymi minami, co natychmiast podchwyciły media i zaczęły się prześcigać w plotkach o rychłym odejściu „dziesiątki” City.

To był jednak czas, kiedy u Aguero trafił się akurat regres formy, natomiast wejście Jesusa w Premier League pamięta każdy z nas. Nie było więc mowy o zdziwieniu, kiedy ledwie dziewiętnastoletni Brazylijczyk wygryzł ze składu przyszłego najlepszego strzelca w historii klubu – na tamten moment dawał po prostu o wiele więcej drużynie. Pep Guardiola miał jednak niemałą zagwozdkę. Za byłego gracza Palmeiras wydano 28 milionów funtów, formę miał (i nadal ma) zaskakująco dobrą, więc nie zasłużył na siedzenie na ławce. Z drugiej strony nie robi się z nadal świetnego Sergio Aguero rezerwowego tak po prostu.

Przyszły wakacje, nadeszły upragnione dla Guardioli transfery, mógł więc znacząco zmienić styl gry tak, by pomieścić swoje obydwie strzelby na boisku. Kupno Walkera, Mendy’ego i Danilo pozwala Katalończykowi na przejście do systemu 3-5-2, gdzie to ci dwaj pierwsi (i Danilo jako ewentualne wsparcie z ławki) mają stanowić o sile po bokach boiska, Fernandinho lub Yaya Toure zajmują się kasowaniem akcji rywali, przed jednym z nich swoje miejsce w środku boiska dostają dwaj magicy – David Silva i Kevin de Bruyne, a na szpicy straszyć ma nowo powstały argentyńsko-brazylijski duet. Zarówno presezon, jak i inauguracyjne spotkanie z Brighton pokazują, że prawdopodobnie tak będzie wyglądać galowe ustawienie Obywateli w tym sezonie. Oczywiście Guardiola nie byłby sobą, gdyby ciągle nie rotował składem – przed nim gra aż na czterech frontach, a tacy piłkarze, jak Sane, Sterling, Bernando Silva czy Gundogan na pewno nie zadowolą się rolą rezerwowych. Wróćmy jednak do naszych bohaterów.

W spotkaniach presezonu Guardiola zaczął wprowadzać wyżej wymienione 3-5-2. Przyniosło to zaskakująco dobre skutki (4:1 z Realem Madryt to rezultat warty wspomnienia, nawet pomimo niskiej wagi spotkania), ale dla trenera najważniejsze było to, że w sparingach zarówno Aguero, jak i Jesus strzelali bramki i nie przeszkadzali sobie nawzajem. Nie było przepychanek czy niezdrowej rywalizacji – widać było kolektyw i szczerą chęć współpracy. Pokazał to również mecz z Brighton, w którym Aguero nie dość, że sam strzelił bramkę, to również starał się podawać młodszemu koledze – w jednej z akcji powinno się skończyć to golem, lecz Brazylijczyk spudłował w dogodnej sytuacji.

Posiadanie w swoim składzie tylu gwiazd to zarówno błogosławieństwo, jak i przekleństwo. Pep Guardiola doskonale o tym wie. Niełatwo jest zapanować nad ego wszystkich swoich podopiecznych i sprawić, by współpraca między nimi układała się jak należy. Jeśli jednak Katalończyk da czas i możliwości na zgranie się ze sobą południowoamerykańskiej mieszanki, to może się okazać, że po boiskach Premier League będzie szalał duet, jakiego angielskie boiska dawno nie widziały. Każdego z nich osobno stać na strzelenie minimum 20 bramek w sezonie. A czy okaże się, że faktycznie dwa plus dwa daje pięć?

By | 2017-08-16T11:29:16+00:00 Sierpień 16th, 2017|Manchester City|0 komentarzy

About the Author:

Jedyny fan City w promieniu stu kilometrów. I to dłużej niż od roku!

Zostaw komentarz