Po kolejce #1: Debiut za debiutem

26. sezon Premier League rozpoczął się na dobre. Pierwsza kolejka przyniosła mnóstwo goli, emocji i zaskakujących rozstrzygnięć. Aż trudno znaleźć odpowiedni sposób, żeby zebrać to wszystko w całość, niemniej jednak spróbujmy podsumować wydarzenia pierwszej serii spotkań.

Początek nowego sezonu, to oczywiście mnóstwo debiutów. Nowi zawodnicy trafili na Wyspy, by napisać swoją historię, ale zanim do nich przejdziemy, po prostu trzeba skupić się na drużynie – kolektywie. Zespół Huddersfield w imponującym stylu przywitał się z Premier League. Wyjazd na Selhurst Park, niezależnie od tego w jakiej formie jest Crystal Palace, nie jest raczej meczem, przed którym menedżerowie spokojnie przygotowują swoją drużynę. To trudny teren, na którym niejednokrotnie polegli silniejsi rywale. Piłkarze Davida Wagnera natomiast przyjechali, pograli, postrzelali i tyle ich widzieli. A raczej widzą, bo Terierzy, po efektownym zwycięstwie 3:0, okupują pozycję wicelidera tabeli.

W ekipie beniaminka wyróżniało się wielu zawodników głodnych gry w Premier League, ale to sprowadzony latem snajper, Steve Mounie, wpisał się dwukrotnie na listę strzelców. Powinien jednak skompletować hat-tricka. Po błędzie Scotta Danna, reprezentant Beninu pędził samotnie na bramkę rywali, ale zbyt długo zwlekał ze strzałem i dogonił go Timothy Fosu-Mensah, który zaliczył fenomenalną interwencję w obronie. Choć widać było, że momentami Mounie był zbyt wolny w podejmowaniu decyzji, to ma świetny dar do znajdowania sobie miejsca w polu karnym rywali i zdobywania goli. Poprzedni sezon w Ligue 1 zakończył z 14 trafieniami na koncie, jednym mniej od Kyliana Mbappe. Benińczyk może okazać się snajperem, który zagwarantuje swojej drużynie sporą liczbę bramek w sezonie. Brak skutecznego napastnika był wiele razy jednym z kluczowych problemów beniaminków, które nie potrafiły utrzymać się w Premier League. W drużynie Huddersfield wyróżnić należy także Aarona Mooya, który skończył ten mecz z asystą. Świetnie spisał się także golkiper gości, Jonas Lossl. Duńczyk zanotował kilka świetnych interwencji i zapobiegł utracie gola. O Crystal Palace, z szacunku do Premier League, nie ma co pisać. Może tylko to, że Ruben Loftus-Cheek zaliczył całkiem dobre spotkanie i to, że znamy kilku trenerów, którzy lepiej zaczęli swoją przygodę w lidze niż Frank de Boer. Taka inauguracja w wykonaniu Huddersfield dała sporo radości Sir Patrickowi Stewartowi:

**

Inni debiutanci – Brighton, już na starcie gościli konkretnego rywala. Manchester City nie dał beniaminkowi najmniejszych szans. W grze gospodarzy widać było sporo niedokładności, złych przyjęć, nerwowości. Trzeba wspomnieć, że to też nie była ich optymalna wyjściowa 11-tka, ale dwie bramki strzelili sobie sami. Najpierw głupia strata w środku boiska i szybka kontra zakończona przez Sergio Aguero, a chwilę później samobójcze trafienie Lewisa Dunka. Dla niego nie było to najlepsze powitanie z Premier League. Trafił na karty jej historii jako 7. zawodnik, który w swoim pierwszym meczu trafia do własnej bramki. Sergio Aguero jest natomiast bliski wyrównania rekordu 9 kolejnych spotkań wyjazdowych z golem na koncie. Argentyńczyk trafiał w 7 ostatnich meczach. Debiutów pozazdrościł innym David Silva i postanowił zmienić swoją fryzurę. Już bez długich włosów na głowie, ale wciąż z tym samym przeglądem boiska i niesamowitą techniką. Może nawet lepszą, bo Hiszpan bez przerwy imponuje. Choć chodzą słuchy, że zmiana wizerunku podyktowana była oddaniem hołdu klubowej legendzie:

**

Słodko-gorzki debiut zaliczył natomiast Alvaro Morata. Bohater rekordowego transferu Chelsea rozpoczął mecz z Burnley na ławce rezerwowych i przyglądał się jak dziesięciu jego kolegów, po czerwonej kartce dla Cahilla, nie jest w stanie postawić się gościom. 3 bramki do przerwy i weź tu wchodź ratować sytuację. Morata wszedł, strzelił gola, zaliczył asystę, ale komplet punktów pojechał na Turf Moore. Hiszpan wie jak dobrze wprowadzić się do nowej ligi. Strzelał on bowiem w swoich debiutach w Primera Division, Serie A i teraz w Premier League. Bohaterem spotkania został jednak Sam Vokes, który dwukrotnie pokonał Thibaut Courtois. Walijczyk stał się tym samym pierwszym graczem w historii Burnley, który trafiał w 4 kolejnych spotkaniach Premier League. Jeśli cofniemy się nieco dalej do poprzedniego sezonu, Vokes zdobył 7 goli w ostatnich 6 meczach. Jest to o tyle imponujące, że poprzednio zdobycie 5 bramek zajęło mu 58 spotkań. Drużyna gości po tym zwycięstwie wyrównała wynik wyjazdowych triumfów z poprzedniego sezonu. Tak, wygrali tylko raz. Świetny mecz Burnley, elektryzująca pogoń Chelsea, ale bywały też takie momenty. Koniecznie z dźwiękiem:

Antonio Conte ma nad czym myśleć. Zarząd nie dokonuje takich ruchów transferowych jakich by sobie życzył, kadra jest wąska, a do tego jego piłkarze zebrali 3 czerwone kartki w 2 ostatnich meczach. Włoch niedawno apelował, by nie powtórzyć fatalnego sezonu 2015/16 w wykonaniu Jose Mourinho. Jak na razie powtarza go prawie idealnie.

**

Alexandre Lacazette – ten to dopiero miał debiut. 94 sekundy w Premier League i gol. Drugi kontakt z piłką (pierwszym było rozpoczęcie od środka), pierwszy strzał i bramka. Nie miał okresu przejściowego, od razu został wrzucony w ligowe tryby i poznał jej najlepszą stronę. Thriller na Emirates Stadium, Arsenal wygrywa z Leicester 4:3. 3 punkty daje talizman Wengera – Olivier Giroud. Dla Francuza był to 50. gol na stadionie Kanonierów. Na obronę Arsenalu, kiedy nie ma w niej Shkodrana Mustafiego, jest jeden sposób. Wrzucić piłkę w pole karne. I tyle. Nieważne czy będzie to Jamie Vardy czy Shinji Okazaki, coś z tego będzie. A jeszcze jak dostarczy ją ktoś taki jak Marc Albrighton, to kłopoty są murowane.

**

Niezwykle skutecznie zamurowali się piłkarze na St. Mary’s Stadium. W roli szkoleniowca Świętych debiutował Mauricio Pellegrino, który po meczu ze Swansea musi przeprowadzić sporo treningów strzeleckich. 29 strzałów, tylko dwa w światło bramki. Gospodarze przeważali, ale nie potrafili udokumentować tego golem. Niech ten kiepski mecz uratuje magiczny moment w wykonaniu Tammy’ego Abrahama. Świetna technika. Niestety strzał został zablokowany, ale sposób w jaki wypracował sobie sytuację budzi podziw.

**

Niewiele lepiej było na Goodison Park, gdzie po równie nudnym spotkaniu, Everton pokonał 1:0 Stoke City. W zasadzie można by było pominąć ten mecz, gdyby nie powrót i bramka Wayne’a Rooneya. Taki naciągany debiut, bowiem od ostatniego trafienia dla Evertonu minęło ledwie 4869 dni, ale powrót do macierzystego klubu po tylu latach to ogromna sprawa. Był to 199 gol Anglika w Premier League. Przy 101 asystach daje to wkład w okrągłe 300 bramek w lidze. Przed nim pod tym względem tylko Alan Shearer – 260 goli i 64 asysty. Lecz nie tylko gol był w tym meczu ważny. Rooney wydawał jakby odświeżony, dawał wiele swojej drużynie nie tylko doświadczeniem, ale też swoją walką. Fizycznie wyglądał, choć wiem jak to brzmi, bardzo dobrze. Anglik przebiegł niecałe 11 kilometrów. Tylko Morgan Schneiderlin osiągnął wyższy wynik. Powrót do Evertonu mógł odciążyć psychicznie Wayne’a Rooneya. A to tylko wyjdzie z korzyścią dla całej ligi. Bramka Rooneya dla niektórych wydawała się większym zaskoczeniem niż szalone wyniki 4:3, 3:3, czy prowadzenie Burnley na Stamford Bridge 3:0.

**

W jedynym starciu pomiędzy brytyjskimi menedżerami, West Brom pokonał na własnym stadionie Bournemouth 1:0. Nie będzie tu żadnego zaskoczenia. Zwycięska bramka padła po dośrodkowaniu z rzutu wolnego. W poprzednim sezonie aż 48,8% (!) goli West Bromu było skutkiem dobrze wykonanego stałego fragmentu gry. To najlepszy wynik w lidze. W sezonie 2016/17, 4 obrońców Tony’ego Pulisa było odpowiedzialnych za 15 z 43 zdobytych bramek – ponad 1/3. Teraz, kiedy na start sezonu nie zdążyli wyleczyć się Gareth McAuley i Jonny Evans… nic się zmieniło. Zastąpił ich w świetny sposób kolejny z debiutantów w Premier League – Ahmed Hegazi. Egipcjanin zdobył gola i był prawdziwą skałą w obronie West Bromu. Pierwsze zwycięstwo już jest. Jeszcze 37 punktów i można spokojnie spuścić z tonu.

**

Na Vicarage Road kibice byli świadkami szalonego spotkania. Wynik zmieniał się prawie tak szybko, jak trenerzy Watfordu. Marco Silva ma jednak popracować z Szerszeniami nieco dłużej i zaczął od całkiem niezłego meczu z Liverpoolem. 3:3 po bramce Miguela Britosa w końcówce spotkania, choć ze spalonego, pozwoliło gospodarzom na wyszarpnięcie jednego punktu. Inny debiutant w tym spotkaniu, Mohamed Salah, zaliczył dwie niezwykle różne połowy. O pierwszej chciałby jak najszybciej zapomnieć i zapomniał na szczęście dla The Reds już w przerwie. Druga odsłona to koncert gry Egipcjanina. Najpierw wywalczył rzut karny, a dwie minuty później dał prowadzenie swojemu zespołowi na 3:2. Jednak to, o czym najwięcej dyskutuje się po tym spotkaniu, to nieudolność drużyny Jurgena Kloppa w obronie przy stałych fragmentach gry. Statyczne, beznadziejne krycie strefowe przy rzutach rożnych, poskutkowało dwoma trafieniami gospodarzy. Bramka na 2:1 dla Watfordu padła po prostym wznowieniu gry rzutem z autu. Kilka podań, trochę zamieszania i Abdoulaye Doucoure stanął przed doskonałą szansą, którą bezlitośnie wykorzystał. Wszystkie 3 gole padły po uderzeniach wewnątrz pola bramkowego. Odkąd drużynę objął Jurgen Klopp, Liverpool stracił już 27 bramek po stałych fragmentach gry, wykluczając rzuty karne. Tylko Crystal Palace i Watford są w tym elemencie gorsi z 28 golami. Dla przykładu, Chelsea w tym okresie straciła w ten sposób 13 z 69 bramek, a Manchester United 18 z 56. Czy jednak potencjalny transfer Virgila van Dijka rozwiąże ten problem? Raczej jeden zawodnik tego nie zmieni, to większy kłopot, a dyskusja na ten temat między Jamiem Carragherem a Jamiem Redknappem w telewizji była ostra.

**

Niedzielne mecze zaczęły się od dość ospałego spotkania Newcastle z Tottenhamem. Wicemistrzowie Anglii długo nie mogli sforsować obrony gospodarzy, grali wolno i nudno. I być może nie udałoby by im się zdobyć gola, gdyby nie głupota Jonjo Shelveya, kapitana Srok, który sam jeden wie, dlaczego na początku drugiej połowy celowo stanął na nodze leżącego Dele Alliego. Tym bardziej, że zrobił to 5 metrów od patrzącego na to wszystko sędziego. Poważny kandydat do miana idiotyzmu sezonu. Niemniej jednak Newcastle musiało grać w 10, a to sprawiło, że więcej miejsca miał Christian Eriksen, który swoją drogą nie potrzebuje go tak wiele, żeby błyszczeć. Najlepszy gracz Kogutów w tym spotkaniu zanotował dwie świetne asysty i goście mogli spokojnie kontynuować grę z dwubramkową zaliczką. Mogło być tych trafień więcej, ale liczyć na Harry’ego Kane’a w sierpniu, to jak inwestować w Amber Gold. Anglik zmarnował dwie sytuacje sam na sam i dał pożywkę dla tych, którzy lubią takie statystyki. Pewnie i tak zanotuje ponad 20 goli w lidze, no ale w sierpniu coś mu nie idzie.

**

Na sam koniec pierwszej kolejki doszło do spotkania, którego rezultat był prawie rozstrzygnięty przed pierwszym gwizdkiem. Manchester United, który w historii Premier League wygrał najwięcej spotkań pierwszej kolejki (16), mierzył się z West Hamem, który przegrał ich najwięcej (10). Kontuzje ciągną się za drużyną Slavena Bilica już od dawna i Chorwat wciąż nie może wystawić takiego składu, jaki by chciał, ale tak kiepskiego stylu gry nie da się ciągle tłumaczyć tym samym. West Ham nie zrobił nic żeby zagrozić Manchesterowi United. Nie pomógł im nawet specjalny przedmeczowy rytuał:

A kto grał najlepiej? Oczywiście debiutanci w barwach Czerwonych Diabłów, którzy jednak znają Premier League doskonale. Romelu Lukaku zakończył ten mecz z dubletem, ale to postawa Nemanji Matica wprawiła wszystkich w zachwyt. Serb był wszędzie, kasował akcje rywali, wyprowadzał piłkę z tłoku i świetnie ją rozprowadzał. Dużo mówiło się o tym, że sprowadzenie go na Old Trafford odciąży Paula Pogbę i pozwoli mu skupić się na bardziej ofensywnej grze. Czy tak było? Tak, choć Francuz wciąż pracował w wielu aspektach gry. Oto wszystkie kontakty z piłką tych dwóch pomocników.

Są one nałożone na siebie, ale mapa dla obydwu piłkarzy jest w zasadzie identyczna. Angażowali się w grę na całym boisku, a ich współpraca wyglądała bardzo dobrze. Wydaje się, że Nemanja Matic spadł Jose Mourinho z nieba w najbardziej odpowiednim dla niego momencie. Portugalczyk nie ukrywał zadowolenia z wyniku, ale przede wszystkim z tego, że jego piłkarze wreszcie potrafili zabić to spotkanie, strzelając na 2:0. Wiele takich spotkań w poprzednim sezonie kończyło się remisem w końcówce. Nie tym razem. Na sam koniec fenomenalna interwencja Erica Bailly’ego. To była mocna kolejka.

By | 2017-08-14T22:28:15+00:00 Sierpień 14th, 2017|Bez kategorii, Slider|0 komentarzy

About the Author:

Oddycham Premier League, odżywiam się Ekstraklasą. Suplementacja: tenis ziemny i muzyka elektroniczna. Lubię patrzeć w te sektory boiska, w których nie znajduje się piłka.

Zostaw komentarz