O tym, jak pojechałem na Anfield i nie usłyszałem YNWA

Słowo futbol zazwyczaj kojarzy się ludziom z dwoma miejscami. Pierwsze to Brazylia i tu chyba nie trzeba wiele wyjaśniać. Maracana, Joga Bonito, Pele czy też Ronaldinho. Krótko mówiąc, piękno piłki w najczystszym wydaniu. Drugie z kolei to Anglia. Ta kolebka najpopularniejszego sportu na świecie już od lat uchodzi za swoistą świątynię futbolu. Ale czy rzeczywiście jest to miejsce aż tak mocno przesiąknięte piłką nożną?

Miałem ostatnio okazję osobiście się o tym przekonać, wybierając się do miasta Beatlesów na spotkanie Liverpoolu z Burnley. Nie było to może wymarzone Britannia Stadium w chłodny, deszczowy wieczór, ale jako kibic The Reds nie mogłem być rozczarowany. Tym bardziej, że gośćmi byli właśnie The Clarets – dla mnie jedna z najbardziej „angielskich” ekip w Premier League. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały więc na to, że tego mitycznego wyspiarskiego klimatu doświadczę aż nadto. Pełen optymizmu i dziecięcej wręcz radości, wsiadłem więc w samolot i wyruszyłem w kierunku lotniska im. Johna Lennona.

Pierwsze kroki w Liverpoolu i od razu lekkie zdziwienie. Nie dość, że w ogóle nie pada, to jeszcze ludzie jacyś tacy podejrzanie mili. Ochrona lotniska z uśmiechami od ucha do ucha, kierowca autobusu życzący spokojnej nocy, gdy wysiadałem z pojazdu, zwykły przechodzień bardzo serdecznie tłumaczący mi drogę do hostelu. Gdzie się podziała ta stereotypowa gburowatość Brytyjczyków?

Mecz na Anfield był w niedzielę. Ja w mieście zameldowałem się dopiero po godzinie 23. w sobotę. Trzeba więc było przeczekać jeszcze tę jedną noc, co nie było takie łatwe, zważając na to, że warunki w hostelu do idealnych nie należały, a ja sam odliczałem już kolejno minuty do pierwszego gwizdka.

No i przyszła w końcu ta niedziela. Matchday! Podekscytowany jak Balotelli na myśl o imprezie sylwestrowej, wybiegłem już z samego rana na ulice miasta, aby uświadczyć atmosfery towarzyszącej temu wydarzeniu. I dokładnie wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że moje wyobrażenie o Anglii jako o stolicy futbolu, mogło być odrobinę wygórowane. Miasto nie żyło meczem tak jak ja, a oznak świadczących o tym, że dzisiaj gra Liverpool, było stosunkowo niewiele. Żadnych flag zawieszonych na słupach, żadnych gromadek fanów w barwach klubu. Być może wynikało to z mojego położenia, usytuowanego niedaleko doków, ale bardziej prawdopodobne, że dla mieszkańców była to po prostu niedziela jak co dzień.

Oczywiście z każdą kolejną minutą w mieście pojawiało się coraz więcej czerwieni. Sam postanowiłem więc szybko przywdziać klubowe barwy i ruszyć w kierunku Anfield. Gdy tak szedłem spokojnym krokiem w stronę przystanku autobusowego, zaczepiła mnie pewna staruszka. Na oko miała spokojnie ponad 80 lat. Oczekiwałem więc, że poprosi mnie o to, aby pomóc jej przejść przez ulicę czy po prostu zapyta o drogę. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, gdy ta urocza kobieta, widząc że mam na sobie koszulkę Liverpoolu, zagaiła mnie najzwyczajniej w świecie o dzisiejszy mecz. Mało tego, sprawiała ona wrażenie, jakby o tym meczu wiedziała więcej ode mnie. No dobra, może przesadzam, ale uwierzcie, ona naprawdę była w tym temacie nieźle obeznana. Zaczęła rozprawiać nad zdrowiem Lovrena (w Anglii jest on widocznie bardziej ceniony niż w Polsce) i odrzekła z nutką niepokoju, że musimy w końcu zapunktować z gorszym rywalem. Po minucie odeszła spokojnym krokiem, a mi kolejne trzy minuty zajęło zbieranie szczęki z ziemi. Zupełnie, jakbym to ja miał te 80 lat i rozmawiał z młodą damą.

Gdy już się jakoś pozbierałem, dotarłem na przystanek (a raczej mały dworzec autobusowy) i tu w końcu zapachniało meczem. Kilka długich kolejek fanów czekających, aż podjadą po nich busy. Te z kolei zjawiają się masowo i 3/4 z nich jedzie w jednym kierunku, w kierunku Anfield. Odbywa się tu multum rozmów, wszystkie oczywiście poruszają tematy piłkarskie. Jedna z nich zaintrygowała mnie wyjątkowo.

Klasyczna meczowa eskapada: dwóch ojców z synami. Starszyzna dyskutuje o nowym stadionie Tottenhamu, o dziwo w samych superlatywach. Młody (mniej-więcej 7-8 lat) wyraźnie chce się do tej dyskusji podłączyć. Pyta więc:

– Tato, a czy to będzie lepszy stadion niż Anfield?

Tato w sekundę zaczerwienił się tak, że jego twarz praktycznie zlewała się z szalikiem Liverpoolu. I ciężko stwierdzić, czy było to spowodowane zawstydzeniem na oczach kolegi, czy też może złością na własnego syna. Postanowił łagodnie wyjść z opresji:

– Ależ skądże, synek! Przecież wiadomo, że Anfield jest i będzie najlepsze.

Widać było jednak spory zawód na jego twarzy. Chyba potraktował to jako osobistą porażkę w wychowaniu syna.

Po kilkunastu minutach dojechaliśmy w końcu pod stadion. Pierwsza rzecz, którą napotkałem to olbrzymie długa kolejka. „Czyżby rozpaczliwa próba kupienia biletu na mecz?” – pomyślałem. Nic z tych rzeczy. Jeśli chcesz kupić bilet w dniu meczu, musisz poszukać pod stadionem gościa krzyczącego „tickets, tickets!” i być od razu przygotowanym na to, że taki konik skroi cię na jakieś 200 funtów (w najlepszym wypadku). Wracając jednak do kolejki, nie było tam biletów. Nie było tam nawet niczego związanego z klubem. Ten tłum ludzi, cierpliwie przesuwających się w rzędzie, zacierał już rączki na myśl zamówieniu tam fish&chips. Skonsumowanie rybki przed pierwszym gwizdkiem jest już chyba u niektórych tradycją.

Pod samym stadionem przy bramkach wpuszczających na trybuny kolejek już nie było. Wszystko skumulowało się jednak w oficjalnym sklepie klubowym. Już samo dostanie się tam to nie lada wyzwanie, a jeśli jeszcze chcesz się tam poruszać, no to graniczy to raczej z cudem. Stojąc przy dziale z koszulkami klubowymi, chciałem się dostać do działu z czapkami. Są to działy oddalone o może jakieś 10 metrów. Mi natomiast ta wyprawa zajęła niemal minutę (z zegarkiem w ręku). Istny szał zakupowy.

Mecz zbliżał się nieubłaganie, ja natomiast stałem jeszcze pod stadionem. Czekałem na kobietę, która miała mi przekazać kartę, na którą nabity jest bilet (sposób nabywania biletów na takie mecze to materiał na inny artykuł). I wtedy to uświadczyłem złośliwości rzeczy martwych, w czystej postaci. Najpierw padł internet w telefonie (komunikowaliśmy się przez messenger). Godzina rozpoczęcia tuż tuż, a znajomej ani śladu. Próbowałem się więc do niej dodzwonić. Próbowałem, bo z zasięgiem, a konkretniej z siecią, też coś szwankowało. Minuty mijały, a moje wejście na Anfield diametralnie się oddalało. W końcu, na kwadrans przed pierwszym gwizdkiem, udało się! Dość przypadkowo się spotykamy, a mi spada kamień z serca. Przeszczęśliwy, rozglądam się już za swoim sektorem, posiadaczka karty patrzy natomiast w swój portfel. Potem szybki look na mnie i znowu na portfel. Lekko zmieszany, pytam o co chodzi. W odpowiedzi słyszę, że owa karta została została u niej w domu…

Czym prędzej pognała więc ona do domu po kartę. Z tym, że w tym samym niemal momencie słychać już było ze stadionu, jak spiker przedstawia składy. Zakładam, że nie ma na świecie osoby, która mogłaby sobie wyobrazić jakie emocje mną targały. Wszystko to idealnie zgrywało się z pogodą, gdyż chwilę wcześniej zaczęło padać. Nie mam pojęcia, ile tam stałem i czekałem. Dla mnie była to chyba jakaś godzina. Jakby tego było mało, internet w telefonie mi wrócił. Na jakieś 5 sekund. Tylko po to, żeby mi zakomunikować, że Liverpool już przegrywa z Burnley. Wyśmienicie!

Po jakimś czasie wróciła znajoma, tym razem już z kartą. Pognałem więc szybko na stadion i w około 30. minucie zameldowałem się na trybunach. Tam momentalnie zapomniałem o całym zajściu. Zająłem pierwsze wolne miejsce i rozpocząłem delektowanie się meczem.

Widoczność placu gry przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Z miejsca, na którym siedziałem, widać było absolutnie wszystko, łącznie z grymasami twarzy poszczególnych zawodników. Gorzej już jednak było z samą atmosferą na trybunach. Nie oczekiwałem wiele, spodziewałem się bowiem piknikowego klimatu. I dokładnie to otrzymałem. Właściwie, to kibice gospodarzy akcentują głośniej swoją obecność wyłącznie w momentach, gdy:

  • odśpiewywany jest hymn*
  • The Reds strzelą bramkę
  • dokonywana jest zmiana
  • kończy się spotkanie**

* tak mi się wydaje 😉

** dotyczy wyłącznie korzystnego rezultatu

Wyłączając te przypadki, na stadionie panuje cisza i to w takim stopniu, że można nawet usłyszeć krzyczącego Kloppa. Ma to jednak swoje zalety, ponieważ prawdziwym smaczkiem są rozmowy między kibicami i ich uwagi.

Ben Woodburn może się tu pochwalić dobrą opinią, w końcu to swój chłopak. Gdy w 60. minucie meldował się na boisku, zastępując Coutinho, wszelkie brawa skierowane były właśnie dla niego (trudno bowiem było nagradzać za coś ten koszmarny występ Brazylijczyka). Jest jednak w Anglii kwestia, której nie przeskoczą nawet największe pupile i wychowankowie klubu. A jest to kwestia waleczności. Nie wybacza się tu łagodniejszej i zachowawczej gry, toteż gdy Woodburn w jednym ze starć cofnął nogę, unikając starcia, został szybko skwitowany przez fanów: „What a fucking soft pussy!”, „Fight for it you prick!”. Lee Cattermole byłby tu Bogiem, Woodburn natomiast musi się jeszcze wykazać.

Zgodnie z oczekiwaniami wypadli również kibice gości. Trzy tysiące fanów Burnley dopingowało swoich ulubieńców tak, jak dopingować się powinno. A że siedziałem dość niedaleko ich sektora, to mogłem posłuchać kilku niezłych przyśpiewek, jak chociażby tej:

„How shit must you be, we’re winning away” (przy stanie 0:1)

Równo z ostatnim gwizdkiem sędziego na trybunach zapanowała umiarkowana radość, choć chyba trafniejsze będzie określenie „ulga”. Kibice gromkimi brawami podziękowali piłkarzom za występ i…rozeszli się do domów. Żadnej celebracji, żadnych śpiewów czy wiwatowania. Wszyscy czym prędzej opuścili stadion. Próżno było również szukać jakiegokolwiek świętowania zwycięstwa na mieście. Uznam jednak, że było to spowodowane mało prestiżowym rywalem i niewdzięczną porą, jaką była niedziela wieczór.

Jeszcze pod stadionem poprosiłem jednego z kibiców o zrobienie mi zdjęcia. Ten, słysząc, że nie mam typowego dla tych okolic akcentu (lub po prostu usłyszał, że kaleczę jego język), zapytał skąd jestem. Odparłem, że z Polski. W odpowiedzi usłyszałem:

– Aa, Polska. Tak tak, Dżerzi Dudek. Nasz bohater. No ale stamtąd jest też ten cholerny Tomaszewski, który nas zatrzymał na Wembley. A niech go szlag trafi!

Jak widać, Anglicy mają niezłą pamięć.

Następny dzień stał pod znakiem hitu w FA Cup. Liczyłem na to, że nad rzeką Mersey nie zignorują pojedynku Chelsea z United. I w istocie, mecz ten cieszył się dość sporym zainteresowaniem. O potencjalnych składach i absencji wszystkich napastników Czerwonych Diabłów dyskutowali nawet taksówkarze podczas przerwy.

Gdy już wybiła godzina rozpoczęcia meczu, wyruszyłem w poszukiwaniu jakiegoś pubu, gdzie ten mecz mógłbym obejrzeć. Ku mojemu zdziwieniu, nie było to jednak takie proste. Zazwyczaj albo gdzieś nie było transmisji, albo nie było tam ludzi. W końcu jednak znalazłem miejsce, które mnie usatysfakcjonowało. Kibice nie zapełniali co prawda każdego wolnego zakątka pomieszczenia, ale trochę ich przybyło. Udało się zatem obejrzeć to widowisko i pogadać z miejscowymi przy Carlsbergu.

Jeden gość wyjątkowo emocjonował się meczem. Przy każdej sytuacji Chelsea wstawał z miejsca, mocno ściskając kciuki. Widząc takie reakcje, spytałem z lekkim niedowierzaniem:

– Kibicujesz Chelsea?

– Chelsea? A gdzie tam! Nie znoszę ich. Po prostu ich rywalem jest United.

O nic więcej nie musiałem pytać. Zrobiło mi się wręcz głupio, że nie wpadłem na to sam. W końcu oglądałem mecz w mieście, w którym Czerwone Diabły nie miały jakiejkolwiek racji bytu.

Oczywiście największe ożywienie spowodowała czerwona kartka dla Herrery. I podzieliła ona o dziwo pub na dwa obozy. Jedni bez cienia wątpliwości poparli decyzję sędziego, inni z bólem serca przyznawali, że była to kartka nieco naciągana. Nie spowodowało to jednak żadnych kłótni. Wszyscy byli bowiem zachwyceni, gdy tylko na ekranie pojawiła się lamentująca twarz Mourinho. Przegrywające United, to wszystko co było im tego wieczoru potrzebne do szczęścia.

Tym przyjemnym akcentem właściwie kończyłem już swój pobyt w Liverpoolu. Liverpoolu, który mimo wszystko jest zawładnięty piłką nożną. Nie widać tego może tak dobitnie w postaci klubowych barw na ulicach czy fanatycznego kibicowania na stadionie, ale jest to spowodowane tym, że tu się po prostu żyje tym sportem na co dzień i stał się on sprawą tak normalną, jak płacenie podatków czy chodzenie do szkoły. Można więc śmiało stwierdzić, że Anglia, na ten swój sposób, jest świątynią futbolu i z pewnością jeszcze nie raz tu wrócę. Chociażby po to, aby w końcu usłyszeć „You’ll never walk alone” 🙂

By | 2017-03-21T16:15:10+00:00 Marzec 21st, 2017|Liverpool, NAD MUREM, Slider|0 komentarzy

About the Author:

Wielbiciel filozofii "kick&rush", cichy adorator Tony'ego Pulisa i miłośnik zimnych, deszczowych wieczorów w Stoke.

Zostaw komentarz