Damien Duff i jego niebieskie łzy

Plastikowy klub bez historii, rosyjskie pieniądze, najemnicy grający dla kilku zer na koncie. To tylko jedne z wielu określeń, które padają w odniesieniu do Chelsea. Niejednokrotnie zdarzało się, że po odejściu z niebieskiej części Londynu zawodnicy rozkwitali, a ich kariery nabierały rozpędu. Człowiek, który na Stamford Bridge spędził zaledwie trzy sezony ma inne zdanie. Swoje uczucia do byłego klubu wyraził niejako na łamach FourFourTwo. Mowa oczywiście o Damienie Duffie.

To był jeden z tych skrzydłowych, których ceniono tylko na Wyspach. Szybki, dynamiczny, efektywny (nie zawsze efektowny), twardy i silny. Cecha szczególna? Piekielnie precyzyjne i ostre dośrodkowania. Do tego ten delikatnie wykształcony zmysł kreatywności, nie objawiający się w finezyjnych zagraniach czy sztuczkach technicznych, jak to ma miejsce w przypadku piłkarzy chociażby z półwyspu Iberyjskiego. Nic dziwnego, że na początku 21. wieku zainteresowała się nim Chelsea. To była już ta Chelsea, której świeżo upieczonym właścicielem był Roman Abramowicz. Zainteresowała przez duże „Z” – niespełna 25 milionów w tamtym okresie było ogromną kwotą, a tyle włodarze The Blues zdecydowali się zapłacić Blackburn Rovers za Irlandczyka.

Czy można więc stwierdzić, że oczekiwania były wobec Damiena spore? I tak, i nie. Trzeba uświadomić sobie, że był to pierwszy „nabór” do Chelsea, czyli okres transferów za spore kwoty, transferów mających zapewnić londyńskiemu klubowi tytuły. W tym samym okienku co Duff, do Chelsea trafili tacy piłkarze jak Hernan Crespo, Juan Sebastian Veron, Claude Makelele czy Adrian Mutu, każdy za kwotę oscylującą w granicach 20 milionów euro. Co nie zmienia faktu, że Duff był spośród wymienionych (trzeba przyznać, że dość znanych) nazwisk najdroższy. To tylko podkreśla, jak bardzo ceniono go na Wyspach.

Irlandczyk spędził na Stamford Bridge zaledwie trzy sezony. Zaledwie, ponieważ był jedną z kluczowych postaci w obu zwycięskich kampaniach Premier League, czyli sezonach 2004/05 oraz 2005/06. Jego rajdy, dośrodkowania oraz twardy wyspiarski charakter idealnie wpasowywały się w koncepcję drużyny Jose Mourinho. Patrząc na dzisiejszą Chelsea, tą miażdżącą rywali pod batutą Antonio Conte, jesteśmy czasem bliscy powiedzenia – to jest maszyna. Wtedy, ponad 10 lat temu, tak samo mówiono o Niebieskich. Właśnie za sprawą takich zawodników jak Duff, Gudjohnsen, Lampard czy Drogba. Wszystko układało się świetnie dla Irlandczyka w zachodnim Londynie. A jednak odszedł.

Odszedł z własnej woli. Nikt mu w klubie nie powiedział, że chcą go sprzedać, że jest już niepotrzebny, że nie ma dla niego miejsca w składzie – każdy zdawał sobie sprawę ile taki zawodnik wciąż ma do zaoferowania. Chelsea była dla Duffa, a Duff dla Chelsea. Po tylu latach, Damien Duff wyznaje: szczerze płakał, gdy odchodził z The Blues. Nie wie dlaczego to zrobił, czuł się tam szczęśliwy, a gdy pojawiła się oferta z Newcastle, to właśnie on podjął decyzję o transferze. Aby uświadomić skalę swojego błędu, dodaje, że nigdy wcześniej ani później nie płakał przez futbol. Ani odejście z Newcastle, ani z Blackburn, a nawet zakończenie profesjonalnej kariery nie wywołało w nim takich emocji.

Pisałem już w kontekście Gylfiego Sigurdssona o piłkarzach i ich miejscu we wszechświecie. Wydaje się, że takim naturalnym piłkarskim domem był dla Duffa właśnie Londyn. Po podpisaniu kontraktu z Newcastle w 2006 roku, już nigdy nie zbliżył się do swojego poziomu z tych trzech sezonów w Chelsea. Nic dziwnego, że z rozrzewnieniem wspomina ten czas i swoją decyzję. Może jednak londyński klub nie jest tak plastikowy, bezwyrazowy jak próbują nam to wmówić zagorzali przeciwnicy rosyjskiego oligarchy? Kto wie, gdyby pozostał w szeregach The Blues to może dziś wymienialibyśmy go jednym tchem obok tak zasłużonych zawodników jak Drogba, Carvalho czy Ashley Cole?

Nie było w jego grze wielkiej finezji. Żadnych wyszukanych zwodów czy sztuczek technicznych rodem z serii gier FIFA. Ot, najprostszy balans ciałem, szybkość, celne dośrodkowania, wszystko to doprawione mocnym i precyzyjnym uderzeniem. Wydaje się, że w dzisiejszym, bardziej technicznym futbolu, tacy skrzydłowi stopniowo wymierają. Próżno szukać w topowych zespołach tak „ograniczonych” (na nasze czasy) pomocników. Wtedy było inaczej. Damien Duff, John Arne Riise, Jesper Grønkjær, Leon Osman, Stewart Downing, Morten Gamst Pedersen i wielu innych bocznych pomocników, którzy we współczesnym futbolu nie mieliby czego szukać w zespołach z TOP 6, a którzy wówczas stanowili o ich sile. Trochę żal, że Premier League traci swoją osławioną fizyczność i prostotę na rzecz techniki. A może to po prostu rozwój?

Nie tylko Duff płakał gdy odchodził z Chelsea. Zakładam, że części fanów The Blues (w tym i mi) zakręciła się łezka w oku, gdy twardy Irlandczyk pakował walizki i przenosił się na St James’ Park. Duff, Robben, Joe Cole. Jakże różnie mogło się to wszystko potoczyć gdyby nie kontuzje i transfery. Jedno jest pewne – The Blues mieli wówczas jeden z najbardziej morderczych skrzydeł w Anglii. Jeśli nie całej Europie.

By | 2017-03-05T10:38:48+00:00 Marzec 4th, 2017|Chelsea|0 komentarzy

About the Author:

Lubię strzałki i wykresy. Student, amatorski kopacz, wierny kibic Chelsea. Marzy się praca analityka, druga twarz to romantyk futbolu.

Zostaw komentarz