Siadaj na ławie, Aguero

Przyjście Gabriela Jesusa do Manchesteru City zmieniło więcej, niż mogłoby się wydawać. Wszyscy dobrze wiemy, jak znakomite wejście do zespołu miał Brazylijczyk – kto by się jednak spodziewał, że tak szybko wywalczy sobie miejsce w składzie kosztem samego Sergio Aguero?

Obywatele przez ostatnie lata mieli wielu niezłych napastników: Edin Dzeko, Alvaro Negredo, Wilfried Bony czy Stevan Jovetić – żaden jednak nie był w stanie wygryźć Argentyńczyka ze składu. A patrząc choćby na wyczyny Bośniaka w Romie, możemy stwierdzić, że nadal jest świetnym graczem. Dlaczego akurat Gabriel Jesus, ledwie 19-letni piłkarz, posadził Kuna Aguero na ławce rezerwowych? Nie dokonał tego nawet Kelechi Iheanacho, który przecież jest w podobnym wieku co Brazylijczyk i który również potrafi strzelać ważne gole. Przyjście Jesusa miało również spory wpływ na pozycję Nigeryjczyka. Z żelaznego jokera stał się kimś, kto rzadko się łapie choćby do osiemnastki meczowej.

Odpowiedź z pozoru jest prosta – Pep Guardiola i jego pomysł na grę Manchesteru City idealnie komponują się z charakterystyką gry Brazylijczyka. Spójrzmy na Sergio Aguero. Kun nie jest typem piłkarza, który nadaje się do gry kombinacyjnej. Choć jego niewielka postura na to nie wskazuje, jest to typowa dziewiątka. Żyje z dokładnych podań w pole karne, wie gdzie i kiedy dołożyć nogę, potrafi szybko nawinąć obrońcę. Pewnych rzeczy jednak nie przeskoczy. Guardiola, chcąc poznać swoich nowych podopiecznych i próbując różnych wariantów gry, konsekwentnie wpajał Argentyńczykowi, by ten cofał się na 20-30 metr przed bramką przeciwnika i pomagał w rozegraniu piłki. Szybko się okazało, że choć napastnik z niego świetny, to w rozgrywaniu mierny z niego specjalista. Nawet jeśli udało mu się poklepać z Silvą czy de Bruyne, to akcje te rzadko przynosiły powodzenie. Dlaczego? Ponieważ Aguero nie było w polu karnym!

To wciąż jeden z nawyków pozostałych z czasów Manuela Pellegriniego – “dajcie mu piłkę w szesnastkę, on zrobi resztę”. Czasy świetnych uderzeń z dystansu Toure czy Kolarova minęły lata temu. Pep Guardiola słusznie próbuje przekonać drużynę, że przestali być “one-man team”, bo mają wielu znakomitych piłkarzy w składzie, jednak nawet on zdaje sobie sprawę z tego, że jest to długotrwały proces.  Doprowadziło to do tego, że po świetnym początku sezonu zięć Diego Maradony przygasł, co nałożyło się z jednoczesnym kryzysem całej drużyny. Oliwy do ognia dodało też zawieszenie po faulu na Luizie w meczu z Chelsea. City miało spory problem, bo oprócz Iheanacho nie było żadnego wartościowego zastępcy w składzie.

I wtedy zjawia się on, cały na niebiesko. Jesus to dokładnie ten brakujący kawałek układanki, który spędzał sen z powiek Guardioli. Świetnie strzela, asystuje i co najważniejsze dla trenera, doskonale współpracuje z kolegami. Pod wodzą Hiszpana nikt Claudio Bravo nie gra za nazwisko, a patrząc obiektywnie, Gabriel dawał więcej jakości drużynie, czy to się podobało Sergio, czy też nie. To nie był przypadek, że Kun siedział na ławce przez kilka meczów z rzędu ze skwaszoną miną. To nie była kontuzja ani przemęczenie – Jesus był górą.

Problem w tym, że tak szybko, jak zaczęła się przygoda “wonderkida” z Premier League, tak szybko się zatrzymała. Złamana kość śródstopia powoduje, że Gabriel przy najbardziej optymistycznym wariancie wróci w kwietniu. A hiszpański trener znowu ma zgryz. Nadchodzą ważne mecze w lidze, a także dwumecz z Monaco w Lidze Mistrzów. Pep Guardiola musi znów wykrzesać iskrę z wciąż świetnego Aguero, musi przywrócić mu wiarę we własne umiejętności i dać mu taką rolę na boisku, by znów cieszył nas świetnymi golami. Bądź co bądź to wciąż napastnik, który ma najlepszy współczynnik bramka/liczba minut w całej historii Premier League.

By | 2017-02-17T13:43:32+00:00 Luty 17th, 2017|Manchester City|0 komentarzy

About the Author:

Jedyny fan City w promieniu stu kilometrów. I to dłużej niż od roku!

Zostaw komentarz