Islandczyk skazany na przeciętność

Wierzycie w przeznaczenie? W to, że nasz los jest z góry nakreślony przez Demiurga, Stworzyciela, jakkolwiek go nazwiecie? Rozumiem, nie każdy może się z tym zgadzać. Może teoria, że wszystko (w tym i każdy z nas) ma swoje miejsce we Wszechświecie, do którego należy, w którym najlepiej się czuje, które to miejsce nas przyciąga jak światło ćmy? Jeśli nie jesteście przekonani, przyjrzyjcie się ostatnim kilku sezonom w wykonaniu Gylfiego Sigurdssona.

Z wyspy na wyspę. Odizolowaną Islandię opuścił w wieku zaledwie 16 lat, kiedy jego piłkarski talent objawił się na tyle mocno, że zainteresowali się nim scouci Reading. Przenosiny na kolejną wyspę mogły oznaczać już wtedy wielką karierę, zważywszy na fakt, że gdy Islandczyk awansował do pierwszej drużyny, The Royals występowali już w Premier League. Jak się okazało, Gylfi jest jednym z tych zawodników, których szczyt formy i najlepsze występy oscylują około 25-30 roku życia, a nie wieku nastoletniego.

Jak również pokazał czas, Sigurdsson jest jednym z tych zawodników (i menedżerów), którym chwała i laury w topowych klubach nie będą dane. Gdy prześledzimy jego karierę – która, notabene, zbyt zróżnicowana nie jest – mamy jasny obraz tego, gdzie pomocnik najlepiej się czuje. Hoffenheim, gdzie pierwszy raz błysnął, nigdy nie było czymś więcej, niż średniakiem Bundesligi (i obecne sukcesy Nagelsmanna tego nie zmieniają). Ten błysk zaowocował wypożyczeniem do Swansea. W pół sezonu jego statystyki zamknęły się w 7 bramkach i 5 asystach. Imponujące, jak na szerzej nieznanego Islandczyka z Bundesligi.

Było to na tyle imponujące, że po ofensywnego pomocnika zgłosił się Tottenham, już wówczas starający się pukać do bram raju zwanego „TOP 4 Premier League”, budujący ekipę na miarę Ligi Mistrzów. Wydawałoby się, że kariera Gylfiego nabrała niesamowitego rozpędu i ma szansę już wkrótce być jednym z najlepszych pomocników ligi. Może i narażę się na lincz, stawiając go obok takich nazwisk jak Hazard, De Bruyne czy Silva, ale obecnie, 5 lat po tym transferze, Sigurdsson jest w czołówce pomocników angielskiej ekstraklasy.

Tyle, że to nie dzięki Tottenhamowi zdobył takie umiejętności i zapracował sobie na takie (w oczach wielu) miano. Transfer do Spurs okazał się porażką. 83 występy (większość z ławki), 13 bramek, 9 asyst. Po dwóch latach, potrzebująca jakości w środku pola Swansea znów sięgnęła po Islandczyka. 10 milionów funtów brzmi jak wyprzedaż, jeśli przypomnimy sobie ostatnie doniesienia prosto od Huw Jenkinsa – obecnego prezesa Łabędzi – według których klub odrzucił w ostatnim okienku ogromne oferty za pomocnika.

Gylfi jest nieoceniony dla walijskiego klubu, zarówno w tym tragicznym do tej pory sezonie, jak i poprzednich. Porównałbym go do Franka Lamparda. Kontroluje tempo rozgrywania akcji, czasem znika, tylko po to aby dostawić świetnie ułożoną stopę i zdobyć kolejną bramkę, bądź zanotować genialne dośrodkowanie ze stałego fragmentu gry. Szybkość i siła nie są jego zaletami, ale właśnie zmysł do zdobywania bramek oraz świetne uderzenie ze stojącej piłki. Z 33 bramkami, stał się on już teraz najlepszym strzelcem w najwyższej klasie rozgrywkowej dla Swansea.

Dlaczego grając w średniakach takich jak Swansea czy Hoffenheim, Sigurdsson daje jasny sygnał „jestem piłkarzem zbyt dobrym na te kluby”, aby po transferze do mocniejszego klubu (jakim było Spurs) zniknąć? Jego obecny szkoleniowiec twierdzi, iż Sigurdsson jest lepszy niż „niektórzy podstawowi piłkarze klubów, w których pracowałem”. Pozwolę sobie przypomnieć o tym, że Clement pracował z takimi piłkarzami jak Verratti, Modrić, Kroos czy Alcantara i Vidal. Dlaczego taki zawodnik najlepiej radzi sobie w przeciętnym klubie z Liberty Stadium?

Były znakomity piłkarz i trener, Graeme Souness, posunął się do określenia Gylfiego jako zawodnika mogącego odgrywać pierwsze skrzypce w każdym z klubów górnej połowy tabeli Premier League. W podobnym tonie wypowiada się Mauricio Pochettino, który żałuje sprzedaży Islandczyka, gdy spojrzy jak rozwinął żagle przez ostatnie dwa sezony. Dla obu jegomościów przyczyna niepowodzenia Sigurdssona na White Hart Lane jest tajemnicą, nierozwikłaną zagadką.

Wydaje mi się, że to kurtuazja. Tyle zalet, co i wad w grze pomocnika Swansea. Niesamowite zdolności w ataku i zmysł strzelecki, równoważą się ze znikomą aktywnością w obronie i umiejętnością pracy defensywnej. Gylfi nigdy nie walczy ciężko o piłkę, jest wyłączony z zadań defensywnych, często odpuszcza – w tej kwestii porównałbym go do Hazarda w Chelsea. W Swansea, gdzie jest niejako gwiazdą, może sobie pozwolić na komfort odpuszczania zadań w destrukcji. Ponadto, większość piłek kierowanych jest do niego, lubi być pod grą, a w topowym klubie, gdzie jest wielu klasowych zawodników, futbolówka jest rozdzielana bardziej równomiernie. Słabo się czuje przy linii bocznej, o czym sam mówił w jednym z wywiadów, a taktyka drużyny Villasa-Boasa wymuszała na nim elastyczność boiskową.

Zestawiając jego boiskowe jakości i ich braki, wychodzi jednoznacznie na to, że Sigurdssonowi potrzebna jest drużyna, gdzie on będzie tym „jedynym”, tym liderem w środku boiska. To ten, który ma więcej swobody, a odwdzięczy się bramkami i asystami. Kolejny transfer do topowego klubu byłby trochę na siłę. Islandczyk wydaje się szczęśliwy w Swansea, a Łabędzie są wniebowzięte, że posiadają zawodnika takiej jakości, w tak przeciętnej ostatnio drużynie. Gylfi odnalazł swoje miejsce – a może cały czas wiedział gdzie ono jest – we wszechświecie i niemądrze byłoby to naruszać. Jak śpiewała niegdyś Aldona Orłowska, to przeznaczenie. W tym przypadku, przeznaczeniem Islandczyka jest średniak z Premier League i nie warto z wyrokami losu walczyć.

By | 2017-02-18T11:31:52+00:00 Luty 16th, 2017|Bez kategorii, Swansea City|3 komentarze

About the Author:

Znany również jako Jacek Gmoch. Lubię strzałki i wykresy. Swansea&Chelsea.

3 komentarze

  1. KellyCMI 21 lutego 2017 w 15:58 - Odpowiedz

    Nie przesądzałbym o tym, że Gylfi nie nadaje się do poważniejszego klubu na podstawie tylko jednej próby, choć uważam, że diagnoza niepowodzenia jest słuszna. Dodałbym jeszcze to, że Christian Eriksen, który przyszedł sezon później, w każdym z elementów piłkarskiego rzemiosła wydaje mi się być odrobinę lepszy od Islandczyka i to przyjście Duńczyka mogło zakończyć karierę Sigurdssona w Spurs.Myślę, że gdyby wsadzić Gylfiego do Arsenalu, to dobrze by się odnalazł w wengerowskim stylu (choć daleki byłbym od twierdzenia, że Arsenal poszedłby w górę jakościowo).
    Przy okazji tego tekstu zacząłem się zastanawiać jak postrzegać piłkarską jakość Cesca Fabregasa – filar Arsenalu, później zjazd w Barcelonie z którego nie potrafi wrócić nawet w The Blues. Chętnie bym przeczytał podobny tekst o tym zawodniku – może fachowego oko autora da się na mówić na podzielenie się spostrzeżeniami? Wiernemu kibicowi CFC chyba nie wypada odmówić 😉

    • Tomasz Peno 21 lutego 2017 w 16:47 - Odpowiedz

      Cóż. Rozważam czysto teoretycznie. Gylfi to niesamowicie inteligentny facet, ale również ambitny. Jakości ma dużo, ale czy wystarczająco na topowy klub? Z drugiej strony wspomniałeś o Arsenalu, gdzie na jego pozycji gra Ozil, którego wady są odzwierciedleniem piłkarskich skaz Sigurdssona, tyle że w jeszcze większym stopniu. Może i tam by się Islandczyk odnalazł, ale to już po odejściu Wengera – Niemiec jest jego pupilkiem i wątpię, że posadziłby go kosztem Gylfiego. Tak, przyjście Eriksena znacznie utrudniło zadanie Sigurdssonowi, z racji tego, że Duńczyk jest podobnym do niego zawodnikiem, jednakże bardziej wpasowującym się w pomysł Villasa-Boasa – dobrze się czuje zarówno przy linii, jak i dalej od bramki przeciwnika.
      Fabregas jest ciekawym przykładem zawodnika, który był na szczycie i nie zanotował spektakularnego upadku, lecz powolny zjazd w dół, który jest… właściwie ciężko go uargumentować, bo umiejętności Cesca wcale nie uległy regresowi. Może się nim zajmę 🙂

      • KellyCMI 22 lutego 2017 w 08:56 - Odpowiedz

        Gwoli ścisłości – nie twierdzę, że Sigurdsson wygryzłby ze składu Ozila. Choć tego nie wykluczam – forma Gylfiego jest dużo stabilniejsza niż Ozila, co mogłoby przesądzić o tym który z nich częściej wskakiwałby do pierwszej jedenastki.
        Zacząłem również zastanawiać nad argumentem, że Sigurdsson nienajlepiej radzi sobie w defensywie. Może też dlatego jest zwolniony z takich zadań. Przychodzą mi na myśl zawodnicy jak wspomniany przez Ciebie Hazard, ale również Wilian, Mata kilku zawodników Liverpoolu, gdzie teoretycznie wszyscy są odpowiedzialni za bronienie dostępu do własnej bramki, ale ilu z nich dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków, a przynajmniej lepiej niż Gylfi? Oczywiście teraz ja teoretyzuję, bo musielibyśmy postawić Sigurdssona w takiej sytuacji i sprawdzić. Ale ile to już oglądaliśmy zaangażowanego Matę czy Wiliana, których głowy (szczególnie po stracie piłki) zagotowywały się i przynosiło to więcej szkód niż pożytku?

Zostaw komentarz