„Mamma mia, what a goal”, czyli Włoch w Premier League

Wciąż żywy stereotyp o Włochu, który najchętniej nie wyjeżdża z kraju, jest leniem, a od matki wyprowadza się w okolicach czterdziestego roku życia, z całą pewnością nie dotyczy piłkarzy z Półwyspu Apenińskiego. Ci z rodzimej Serie A wyjeżdżają nad wyraz chętnie, a koniec końców cumują w Premier League.

A na początku były srebrne lisy…

Gdy w 1996 roku rozpoczynał się wielki projekt pod nazwą „Middlesbrough w Europie” największą gwiazdą przedsięwzięcia wcale nie wydawał się legendarny Brazylijczyk Juninho, a świeży tryumfator Ligi Mistrzów w barwach Juventusu – Fabrizio Ravanelli. Za bramkostrzelnego zawodnika Bryan Robson wyłożył wielką wówczas kwotę siedmiu milionów funtów. Trzeba jednak przyznać, że „Srebrny Lis” spłacił się natychmiastowo. W ligowym debiucie przeciwko Liverpoolowi strzelił hat-tricka, stając się pierwszym Włochem, który zdobył gola w angielskiej ekstraklasie. Następne spotkania snajper Middlesbrough przepracował na tyle solidnie, że zdobył siedemnaście bramek, co jednak nie wystarczyło na utrzymanie Boro w lidze. Po sezonie odszedł do Marsylii. Do Anglii wrócił jako piłkarz Derby County. Z Baranami również spadł do Championship, ale na tym nie zakończyła się jego przygoda z Wyspami. W sezonie 2003/04 reprezentował jeszcze barwy szkockiego Dundee.

…i przyszli szkoleniowcy 

1996 był na tyle urodzajnym rokiem dla włoskiego futbolu, że zachłanny wzrok przyciągnął nie tylko Fabrizio Ravanelli. Tego samego lata dwóch innych graczy z Półwyspu Apenińskiego wzmocniło tę samą ekipę – Chelsea. Londyński zespół sięgnął po świetnego napastnika – Gianluce Vialli oraz solidnego Roberto Di Matteo. Choć wydawać się mogło, że gracze ci w końcu wywalczą sobie miejsce w podstawowej jedenastce, wszak były gracz Juventusu został rekordowym transferem The Blues, to tak się nie stało. Nie pomogło nawet strzelenie czterech bramek Barnsley. Nieco lepiej wiodło się Di Matteo, któremu potrafił zaufać Ruud Gullit. W końcu jednak pomocnik stracił pierwszy plac, aż do roku 1998.

Stery w Chelsea objął nikt inny jak Gianluca Vialli, od tamtej pory pełniący rolę grającego menadżera. Pod jego wodzą stołeczny klub zdobył FA Cup, Puchar Zdobywców Pucharów oraz Puchar Ligi. Z klubu odszedł w 2000 roku, niedługo po tym jak „stracił szatnię”. Były król strzelców Serie A trafił do Watfordu, gdzie jednak nie potrenował zbyt długo. Po roku rozwiązano z nim kontrakt.

W międzyczasie jego stary znajomy święcił kolejne tryumfy jako piłkarz – w sezonie 1999/00 udało im się ponownie wygrać Puchar Anglii. Sytuacja jednak diametralnie zmieniała się, a Chelsea coraz mocniej odstawała w lidze i Europie. Żaden z kolejnych szkoleniowców nie potrafił nawiązać do sukcesów Vialliego. Ostatecznie pomocnik przeszedł na emeryturę w 2002 roku, rozgrywając przeszło 150 spotkań dla The Blues.

Nikt jednak nie spodziewał się, że facet, który nigdy nie przegrał na Old Trafford, wróci na Stamford Bridge tak szybko. W 2008 objął ekipę MK Dons, którą doprowadził do półfinału baraży League One. Jego podopieczni odpadli dopiero po rzutach karnych, a praca menadżera zrobiła takie wrażenie, że w następnym sezonie trafił do WBA, z celem przywrócenia drużyny do Premier League. Zadanie zostało wykonane w 100%, bo kolejne rozgrywki The Baggies zaczynali w najwyższej klasie rozgrywkowej. Ostatecznie jednak Włoch został zwolniony w lutym 2011 roku, ale zatrudnienie znalazł błyskawicznie. Pomocną dłoń wyciągnął do niego dawny klub – Chelsea. Początkowo był on jedynie asystentem Villasa-Boasa, ale po zwolnieniu Portugalczyka, stał się pierwszoplanową postacią na Stamford Bridge. Najpierw wywalczył Puchar Anglii, a następnie sięgnął z The Blues po najważniejsze trofeum w Europie. 19 maja 2012 roku pokonał Bayern Monachium i zdobył Puchar Ligi Mistrzów, co zagwarantowało im miejsce w kolejnej edycji, wbrew ich ligowej pozycji. Niedługo później skończył się piękny sen Włocha. Po zaledwie ośmiu miesiącach swojego pierwszego pełnego sezonu został zwolniony. Przyczyną były fatalne wyniki londyńczyków. Zła passa była kontynuowana również w Aston Villi. Di Matteo nie tylko nie spełniał marzeń o powrocie do elity, ale nie potrafił nawet zapewnić bezpieczeństwa w Championship. Ostatecznie został zapamiętany jako najbardziej przypadkowy, a może i najsłabszy trener, jaki kiedykolwiek wygrał Ligę Mistrzów.

Następnie wyłonili się szaleńcy…

Zaledwie rok po transferach Di Matteo, Vialliego i Ravanelliego, do Anglii przybył zawodnik, który elektryzował publiczność Sheffield United niemal tak bardzo, jak Eric Cantona Leeds United. Popularne Sówki sięgnęły po gracza Celticu – Paolo Di Canio. Kibice na Wyspach szybko mieli okazję przekonać się dlaczego. W pierwszym sezonie zdobył dla klubu 14 bramek, ale już na początku kolejnego sezonu, we wrześniu 1998 roku poszarpał sędziego Paula Alcocka. Komisja ligi zawiesiła go na jedenaście spotkań. Koniec kariery Di Canio? Nic bardziej mylnego.

W 1999 sięgnął po niego Harry Redknapp i za zaledwie 1.5 miliona funtów wytransferował do West Hamu. Tam kariera Włocha zyskała niewyobrażalnego kopa. Najpierw doprowadził Młoty do piątego miejsca w tabeli, następnie strzelił gola sezonu 99/00, wybranego także golem dekady, a w grudniu 2000 zdobył się na jeden z największych gestów fair play w historii futbolu. W 2001 roku odmówił Alexowi Fergusonowi i podpisał kolejny kontrakt z londyńską ekipą. Wydawało się, że Włoch będzie trwał wiecznie…gdyby nie jego zachowanie. Jeszcze za kadencji Redknappa odmówił zejścia z placu gry, pokłócił się z Frankiem Lampardem o wykonywanie rzutu karnego, a w 2003 publicznie znieważył innego szkoleniowca Młotów – Glenna Roedera, co poskutkowało zawieszeniem na większą część sezonu. Wrócił na ostatnie chwile rozgrywek, ale nie zdołał uratować klubu przed spadkiem z ligi.

Trafił do Charlton Athletic, gdzie jednak nie zabawił długo, grając jedynie w sezonie 2003/04. Zdobył dla nich cztery bramki i wyjechał do Włoch, będąc jednocześnie najbardziej bramkostrzelnym Włochem w historii Premier League. Zdobył w niej 67 goli.

Na Wyspy wrócił stosunkowo szybko, bo w 2011 został szkoleniowcem Swindon Town. W pierwszym sezonie pod skrzydłami charyzmatycznego Włocha, awansowali do finału baraży o League One. Zadowolony nie mógł być jedynie Leon Clarke, którego Di Canio pobił w tunelu prowadzącym do szatni. Kolejny sezon przyniósł im awans do trzeciej ligi, ale i finansowe problemy. Był one na tyle silne, że szkoleniowiec chciał na własny koszt utrzymać w klubie kluczowych piłkarzy, takich jak Matt Ritchie. Nie powiodło się, a Włoch odszedł w 2013 do Sunderlandu. Tam jednak wsławił się ze swojej gorszej strony. Coraz częściej pokazywał swe faszystowskie poglądy, kłócił się z zawodnikami i musiał rozsprzedawać najważniejszych graczy. Ze Stadium of Light wyleciał z hukiem głośniejszym niż wystrzał z lufy Tygrysa.

O tym zawodniku napisano niemal wszystko. Rzucał lotkami od darta w juniorów Manchesteru City, nie trafił na pustą bramkę w barwach Liverpoolu, wysadził fajerwerkami swoją domową łazienkę, miał problem z założeniem znacznika na treningu, a kwota, jaką łącznie zapłaciły za niego angielskie kluby oscyluje w graniach 50 milionów euro. Mario Balotelli był jednak królem Anglii. Strzelił w lidze 21 bramek, ale nade wszystko zaliczył jedną asystę. Prawdopodobnie najważniejszą w jego zwariowanej karierze.

…wraz z magikami

Gdy najlepszy asystent Serie A z sezonu 1992/93 trafiał do Premier League sceptyków było zarówno tylu, ilu zwolenników transferu Włocha. Trzeba jednak przyznać, że Gianfranco Zola zaskoczył wszystkich, gdy zdobył 200. włoskie trafienie w Premier League. Co więcej, Mały Magik zrobił to głową, mając przecież niespełna 1,7m wzrostu. Nie był to jednak pierwszy raz, gdy wychowanek Nuorese oczarował Wyspy.

Już pierwszy sezon był niezwykły. Ruud Gullit kupił go za sporą wówczas kwotę czterech i pół miliona funtów. Zola jednak niemal natychmiast zaczął szaleć, bawiąc się z obrońcami Manchesteru United jak z małymi dziećmi, bombardując bramkę Liverpoolu z dystansu oraz oczarowując graczy Wimbledonu. Swoimi znakomitymi zagraniami doprowadził do Pucharu Anglii Chelsea, a samego siebie dla statuetki dla najlepszego gracza sezonu. Po raz pierwszy w historii był to gracz The Blues.

Gdy wydawało się, że kolejny sezon zostanie przekreślony przez kontuzje, Zola niesłychanie szybko doszedł do siebie prowadząc swój klub do trzech zwycięstw w pucharach. W Premier League strzelił swojego pierwszego hat-tricka w karierze, poniewierając zespół Derby County.

W sezonie 1999/2000 walnie przyczynił się do dobrej postawy Chelsea w Lidze Mistrzów, gdzie odpadli dopiero w ćwierćfinale, pokonani przez Barcelonę. Co więcej, ponownie sięgnęli po Puchar Anglii. Zola jednak zdawał sobie sprawę, że nadchodzą problemy. Do klubu trafili Jimmy Floyd Hasselbaink i Eiður Guðjohnsen i Włoch zdobył zaledwie dziewięć bramek w następnym sezonie. Nie wiodło mu się również pod skrzydłami Claudio Ranieriego, który preferował duet Holendra i Islandczyka, a co więcej, dążył do zupełnego odmłodzenia składu pozbywając się z niego Gustavo Poyeta czy Dennisa Wise.

Sezon 2002/03 był ostatnim dla Włocha. Udało mu się w nim zdobyć szesnaście bramek i zostać ogłoszonym graczem roku w Chelsea. Swojego ostatniego gola strzelił w starciu z Evertonem, we wspaniałym stylu lobując golkipera drużyny z Liverpoolu. Zola odszedł w glorii chwały, którą uświetnił Order Imperium Brytyjskiego nadany mu w 2004 roku.

W 2008 przeżyliśmy jednak niemały szok, kiedy Mały Magik został ogłoszony nowym trenerem West Hamu United, rywala Chelsea. Kibice The Blues jednak nie mieli mu tego za złe i za każdym razem gdy Włoch przybywał na Stamford Bridge, witano go brawami. Gorzej było z fanami z Upton Park. Zola nie zrobił tam oszałamiającej kariery, ale pozwolił rozpocząć ją innym – spod jego skrzydeł wyfrunęli Junior Stanislas, James Tomkins oraz Jack Collins.

W 2012 trafił do Watfordu, ale tam również nie wszystko potoczyło się zgodnie z jego myślą. Doprowadził Szerszenie do baraży o Premier League, ale przegrał z Crystal Palace. Po tym wydarzeniu zrezygnował z dalszej pracy. Teraz znowu wrócił i objął stery Birmingham City. Niestety, jego dotychczasowa praca mocno rozczarowuje.

O ile Zola był prawdziwym magikiem, to kolejnego gracza z mistycyzmem łączy jedynie podobne nazwisko do legendarnego Houdiniego. Carlo Cudicini był wiecznym rezerwowym. W 2000 przeniósł się do Chelsea, w której występował dawniej, jeszcze na zasadzie wypożyczenia. Wcześniej nie przebił się w Lazio, Milanie oraz Castel di Sangro. Niespodziewanie jednak w Londynie grał bardzo dobrze. Na początku wygrał rywalizację z Edem de Goey, a w sezonie 2001/02 był wybrany graczem roku w The Blues. Wydawało się, że może być na szczycie. Wszystko jednak pokrzyżowały kolejne transfery golkiperów. Próbowano z Bosnichem, Ambrosio, a nade wszystko Petrem Cechem. Cudicini zbierał jednak występy w pucharowych starciach i mniej ważnych ligowych potyczkach. Sytuacja skomplikowała się zupełnie gdy Chelsea kupiła Henrique Hilário, spychając tym samym Carlo na pozycję numer trzy. Włoch zdecydował się opuścić Stamford Bridge i przenieść na White Hart Lane.

Tam jednak wiodło mu się jeszcze gorzej. Przegrywał rywalizację zarówno z Gomesem, jak i leciwym Bradem Friedelem. Ponadto uległ poważnemu wypadkowi motocyklowemu i do treningów wrócił dopiero po kilku miesiącach przerwy. Wciąż jednak nie dostawał szans i w 2012 przeniósł się do Los Angeles Galaxy. Chyba nikt inny, jak właśnie Cudicini, wie najlepiej, co może czuć Sergio Romero i Willy Caballero.

Teraz czas na rekordzistów

Gdy w upalne lato 2014 roku Southampton ogłosiło transfer Graziano Pellè…nie wydarzyło się kompletnie nic. Włoski snajper był tak mało medialnym zawodnikiem, że nawet w jego ojczystym kraju zapomniano o jego istnieniu. Niepowodzenia w ekipach pokroju Lecce, Sampdorii oraz Parmy były na tyle wyraźne, że nie potrafiły ich nawet zatuszować seryjne trafienia w lidze holenderskiej. A tu nagle Święci wykładają na niego jedenaście milionów euro. Okazuje się, że był to świetny biznes, bo po dwóch latach i 23 ligowych trafieniach Graziano Pellè przeniósł się do Chin za bagatela 15 milionów euro, stając się tym samym najdroższym wówczas piłkarzem sprowadzonym do Azji z Anglii.

Miejsce byłego reprezentanta kraju powierzono Manolo Gabbiadiniemu, który trafił na St. Mary’s Stadium za kwotę blisko 20 milionów euro. I choć wydawało się, że transfer ten nie może się udać – wszak w Napoli nie potrafił wskoczyć w miejsce kontuzjowanego Arka Milika, to 25-latek wejście do ligi miał brawurowe. W debiucie z West Hamem strzelił gola, powodując tym samym, że licznik włoskich bramek bije już czterechsetny raz.

 

By | 2017-02-10T19:00:31+00:00 Luty 10th, 2017|Chelsea, EXCLUSIVE, Slider, Southampton|0 komentarzy

About the Author:

Mało znam się na piłce. Ale umiem naciskać klawisze żeby wyskakiwały zabawne wyrazy. Egzegeza na przykład.

Zostaw komentarz