Nowa potęga menedżerska w Premier League?

Po letnim okienku transferowym zdania kibiców i ekspertów były jednoznaczne – Hull po sezonie leci na łeb na szyję do Championship, zajmując najpewniej ostatnie miejsce w tabeli. Brak jakichkolwiek sensownych wzmocnień, plaga kontuzji, zawirowania na stanowisku trenera – w klubie szalało jedno wielkie tornado. Pierwsza część sezonu tylko to potwierdzała – Tygrysy zakotwiczyły na dnie. Aż nadszedł 5 stycznia.

Tego dnia na pozycji trenera Hull mogliśmy zauważyć nowego człowieka – Marco Silvę. Portugalczyk zastąpił Mike’a Phelana, który po całkiem obiecującym początku sezonu szybko obniżył loty. Zarząd Tygrysów postanowił ratować, co się da i zatrudnić Silvę, w którym pokładane są spore nadzieje na utrzymanie zespołu w Premier League. Skąd aż taki kredyt zaufania u tak młodego szkoleniowca? Bądź co bądź Portugalczyk w tym roku kończy ledwie 40 lat, co czyni go najmłodszym, obok Eddiego Howe’a, trenerem w lidze. Przyjrzyjmy się zatem uważniej jego sylwetce.

Kariera piłkarska Marco Silvy nie byłaby dobrym scenariuszem do filmu, mówiąc eufemistycznie. Występujący na pozycji obrońcy Lizbończyk grał niemal wyłącznie w drugiej i trzeciej lidze portugalskiej, udało mu się rozegrać ledwie dwa mecze w Primeira Liga. Zakończył karierę w 2011 roku w Estoril Praia, po czym został trenerem tego klubu. Dopiero od tego momentu Silva zaczął pokazywać, na czym zna się najbardziej. Najpierw wprowadził Estoril do ekstraklasy, a w następnych dwóch sezonach zajął 4 i 5 miejsce w lidze, awansując dwukrotnie do Ligi Europy. Biorąc pod uwagę budżet i niską rangę klubu, który przyszło mu prowadzić – chapeau bas. Jego sukcesy trenerskie nie przeszły bez echa – w 2014 roku trafił do Sportingu Lizbona, choć tam pracował ledwie przed jeden sezon. 3 miejsce w lidze i Puchar Portugalii nie zadowoliły oczekiwań zarządu klubu ze stolicy – Silva został wyrzucony. Tak skończyła się jego przygoda trenerska w ojczyźnie.

Na kolejną ofertę pracy nie musiał czekać długo. Ledwie kilka tygodni później rękę w jego stronę wyciągnął grecki Olympiakos Pireus – i choć Portugalczyk i tym razem zabawił w klubie tylko jeden sezon, to nie można mu było zarzucić niczego. 28 zwycięstw w 30 meczach i aż 30 punktów przewagi nad odwiecznym rywalem, Panathinaikosem Ateny – można powiedzieć: pozamiatane. Po sezonie 2015/2016 Silva sam odszedł z Olympiakosu i przez pół roku pozostawał wolnym strzelcem. Możliwe, że czekał na taką okazję, jak ta. Nowa dla niego, bardzo silna liga i mało komfortowa sytuacja w tabeli – idealne wyzwanie dla młodego i żądnego sukcesów trenera.

Gdy w styczniu odchodził Robert Snodgrass, wszyscy pukali się w głowę i zastanawiali się, po kiego grzyba sprzedawać najlepszego piłkarza drużyny za 10 milionów funtów, skoro w perspektywie jest spadek do Championship, a w konsekwencji utrata dochodów rzędu kilkudziesięciu milionów? Tym razem jednak zarząd przypomniał sobie, że oprócz sprzedawania graczy, można też ich kupować lub wypożyczać – i tak oto pojawili się Niasse, Grosicki i Marković.

Ktoś może powiedzieć – hola hola. Silva jest trenerem Tygrysów dopiero miesiąc, o czym tu pisać? Ano o tym, że przez ten czas Portugalczyk zdołał wygrać cztery mecze – czyli tyle, ile Phelan przez cztery miesiące. Mecze domowe Hull w nowym roku? 2:0 ze Swansea, 3:1 z Bournemouth, 2:1 z Manchesterem United i 2:0 z Liverpoolem. Na trzy mecze z United przegrali tylko jeden. Można Silvie jedynie zarzucić kompromitującą porażkę 1:4 z Fulham w Pucharze Anglii, ale gołym okiem widać, że wyniki poszły mocno do góry. A jak się dowiadujemy od Toma Huddlestone’a, nie tylko wyniki.

Nasz nowy trener jest codziennie na boisku treningowym, ciągle przekazuje nam wskazówki taktyczne. Niezależnie od ustawienia i posiadania piłki każdy z nas dokładnie wie, co powinien robić, a czego nie. Wszystko ma dokładnie wyliczone i zaplanowane – wiemy, kiedy i gdzie każdy z nas ma być. Co najważniejsze, Silva ma pełne zaufanie szatni, co przekłada się na zaangażowanie na boisku. Uważam, że jest świetny w planowaniu i wykorzystywaniu naszych atutów“.

Również Andrew Robertson, lewy obrońca Tygrysów, przychylnie wypowiada się o nowym menedżerze: “Czuję, że się rozwijam pod jego wodzą. Co prawda powiedział nam, że nie będziemy mieli dni wolnych, ale nikt nie robi z tego problemów, ponieważ serio widać efekty naszej ciężkiej pracy. Nowi zawodnicy są głodni gry i chcą udowodnić swoją wartość w zespole, co dodatkowo nas motywuje.

Może się więc okazać, że Hull zbyt pochopnie zostało odesłane na stryczek. Tygrysy tracą tylko punkt do bezpiecznego miejsca, a wobec fatalnej dyspozycji m.in. Leicester czy Crystal Palace z pewnością stać ich na utrzymanie. Czyżby Marco Silva miał sprawić kolejny “wielki mały cud” w swojej przebojowej karierze trenerskiej? Nie ma przecież lepszego miejsca do wyrobienia sobie nazwiska w środowisku niż Premier League.

By | 2017-02-07T17:01:01+00:00 Luty 7th, 2017|Hull City|1 komentarz

About the Author:

Jedyny fan City w promieniu stu kilometrów. I to dłużej niż od roku!

1 komenarz

  1. Wojtek 7 lutego 2017 w 18:46- Odpowiedz

    Kurcze, czytacie mi w myślach. Też po ostatniej wygranej Hull z Liverpoolem sprawdziłem wyniki, i okazało się że nowy menago robi robotę.
    Chciałem zapoznać się bliżej z historią Silvy,a tu proszę, AE już wyskrobało artykuł o nim.
    Treściwie, rzetelnie – tak jak być powinno. Dzięki 😉

Zostaw komentarz