Jack, come back!

13 września 2008 r., 16-letni wówczas Jack Andrew Garry Wilshere zmienia na boisku gwiazdę the Gunners – Robina van Persiego. Sześć minut, które spędził na murawie w starciu z Blackburn Rovers pozwoliło przejść mu do historii. Mając 16 lat i 256 dni został najmłodszym zawodnikiem w dziejach  Arsenalu występującym w Premier League. Pobił tym samym rekord innego wielkiego (wówczas) gracza Kanonierów – Cesca Fabregasa.

Każdy wielki klub w Anglii ma, bądź miał zawodnika, który spędził w nim całą lub większość swojej kariery. Manchester United miał Ryana Giggsa, Paula Scholesa, Liverpool Stevena Gerrarda, Chelsea Franka Lamparda, Johna Terrego, Manchester City… no cóż, może nie wszystkie wielkie kluby. Jack Wilshere ma szansę, by pewnego dnia zostać taką legendą w Arsenalu. Warunki ku temu ma wyśmienite, bo talentu piłkarskiego odmówić mu nie można. Rozwój jego świetnie zapowiadającej się kariery pokrzyżowały jednak liczne kontuzje. Przypadłość, która trapi wielu graczy londyńskiego klubu.

Mimo upływu prawie dziesięciu lat, odkąd regularnie występuje z armatką na piersiach, udało mu się rozegrać ZALEDWIE 160 spotkań. Dla porównania, Alex Iwobi, który od półtorej roku łapie się do składu the Gunners ma na koncie 50 spotkań. Odkąd w wieku szesnastu lat zadebiutował w Arsenalu, przez same kontuzje opuścił 154 mecze. To tak, jakby z powodu urazów nie grał przez 3 pełne sezony. Najgorszy pod tym względem był sezon 2011/2012 kiedy to wypadł z gry na prawie cały rok (300 dni). Opłakana w skutkach była także poprzednia kampania w Premier League, kiedy to ani razu nie powąchał murawy.

kontuzje Wilshere'a

 

Co prawda nie śledzę dość szczegółowo życia towarzyskiego Wilshere’a, ale mogę przypuszczać, że jego najlepszym kumplem jest/był Abou Diaby. Prawdziwy rekordzista, jeżeli chodzi o czas spędzony w poczekalniach do gabinetów lekarskich, nie tylko wśród graczy Arsenalu, ale i całej Premier League.

Liczne kontuzje doprowadziły do sytuacji, która z mojej perspektywy wydawała się wręcz niemożliwa. Dla tego gościa zabrakło miejsca w składzie the Gunners. Jego miejsce zajęli: Ramsey, Xhaka, Elneny. O ile ten ostatni został kupiony raczej jako zapchajdziura, o tyle dwaj pierwsi byli realną konkurencją dla Anglika. Nie można zapomnieć także o Santim Cazorli, który o dziwo był zdrowy na starcie obecnego sezonu. Bogactwo w środku pola było zbyt duże, stąd też Wilshere, by móc liczyć na regularne występy musiał udać się na wypożyczenie. Opcje do przeprowadzki miał dwie: zostać w Anglii i iść do średniaka ligi – Bournemouth, albo zmienić kraj i spróbować podbić Półwysep Apeniński. Wygrała pierwsza koncepcja, która wydaje się być lepszym wyborem, z uwagi na możliwość częstszej obserwacji gracza przez macierzysty klub.

Już dziś można ocenić tę decyzję jak bardzo dobrą. W zespole prowadzonym przez Eddiego Howe’a ma, co jest kluczowe, pewne miejsce w składzie. Jest jednym z najlepszych zawodników „Wisienek” w tym sezonie, o czym świadczyć może fakt, że dwukrotnie był wybierany graczem miesiąca. Na 23 rozegrane kolejki, Wilshere wystąpił w 21 spotkaniach, opuszczając jedynie mecze z Arsenalem. Nie pamiętam sezonu, w których wykorzystałby wszystkie możliwe szanse na grę.

Arsene Wenger, jak i cały Arsenal mogą, i powinni żałować tego, że za łatwo pozwolili mu odejść z klubu. Jest zdecydowanie lepszym zawodnikiem od sprowadzonego w lecie Granita Xhaki, o Ramseyu nawet nie wspominając. Oczywiście nie można porównywać tych graczy w stosunku 1:1, bowiem zadania, które mają przydzielone na boisku różnią się od siebie. Anglik gra jako ósemka, natomiast Szwajcar to bardziej szóstka. Jest jedna statystyka, w której Xhaka jest zdecydowanym liderem – to skala buractwa. Dwie bezpośrednie czerwone kartki, które dostał po bezmyślnych i idiotycznych faulach, znacząco obniżają jego potencjał piłkarski. Talent gość ma ogromny, ale nie umie zapanować nad głową. Mimo, że Wilshere nie raz był bohaterem pozaboiskowych ekscesów, to już będąc na nim, nigdy nie odstawiał takich cyrków. A krnąbrny Jack jest i to bardzo. Wzrost nie przeszkadza mu, by rzucać się do gardła rywalom.

Przy obecnej sytuacji kadrowej Arsenalu, Wilshere byłby jak zbawca, jak Gabriel Jesus w Manchesterze City. W obliczu kontuzji Cazorli, Ramseya, braku mózgu Xhaki oraz Elnenego na PNA, Wenger będzie miał nie lada problem, by w miarę sensownie zestawić środek pola.

Czy Wilshere ma czego szukać jeszcze na the Emirates? Moim zdaniem tak. Jeżeli utrzyma taką dyspozycję do końca sezonu oraz omijać go będą wszelkie urazy, to miejsce w wyjściowej jedenastce the Gunners ma jak w banku. Arsenal potrzebuje takiego gracza, potrzebuje Kanoniera z krwi i kości.

By | 2017-04-13T19:44:16+00:00 Luty 5th, 2017|Arsenal, Bez kategorii, Bournemouth|1 komentarz

About the Author:

Bramki Henrego mógłbym oglądać w nieskończoność. Fan Santiego Cazorli i najlepszego obrońcy globu - Pera Mertesackera. Najnowszy nabytek Angielskiego Espresso.

1 komenarz

  1. Rumunj 7 lutego 2017 w 17:35- Odpowiedz

    City to wyjątek potwierdzający regułę, bo ciężko to określić „wielkim klubem” zestawiając z Liverpoolem, United itp. A sam tekst Wenger powinien powiesić sobie nad biurkiem, żeby już więcej nie robić takich numerów.

Zostaw komentarz