Head2Head: Liverpool – Chelsea

W pierwszym spotkaniu tych drużyn Liverpool wygrał 2:1 po golach Lovrena i Hendersona, na co Chelsea odpowiedziała tylko trafieniem Costy. Obie ekipy się jednak zmieniły – od tego czasu The Blues przeszli na ulubione ustawienie Antonio Conte, czyli 3-4-3, z podstawowego składu zniknął będący w tych rozgrywkach w przeciętnej formie Branislav Ivanović. W drużynie z Anfield natomiast formacja obronna z każdym dniem jest coraz gorsza, transferów brak, a do tego wielką niewiadomą jest gra i forma wracającego z turnieju najskuteczniejszego zawodnika The Reds w tym sezonie. Czas więc zacząć Head2Head, czyli konfrontację poglądów sympatyków Liverpoolu oraz Chelsea.


Zważając na problemy The Reds w ofensywie, odpadnięcie z krajowych pucharów i słabą dyspozycję zespołu – trzeba zapytać, co przyczyniło się do tej styczniowej zadyszki? Czy chodzi tutaj wyłącznie o brak Sadio Mané i czy Senegalczyk, który odpadł parę dni temu ze swoją reprezentacją z Pucharu Narodów Afryki, powinien znaleźć się w kadrze na dzisiejsze spotkanie? Ile skrzydłowy może tak naprawdę dać zespołowi?

Jan Piekutowski, redaktor Angielskiego Espresso: Chciałbym, żeby problemy The Reds kończyły się tylko i wyłącznie na ofensywie. Liverpool ma jednak problemy głównie na tyłach formacji, bo z przodu zawsze coś wpadnie, a to nie Firmino czy Lallana zawalili trzeciego gola ze Swansea. Nie da się jednak ukryć, że brak Mané jest straszliwie widoczny, bo zamiast niego na skrzydle biega Firmino lub Origi, a dla żadnego z nich nie jest to komfortowa pozycja. Odpadnięcie Senegalczyka z Pucharu Narodów Afryki zmienia jednak na dobrą sprawę naprawdę niewiele. Wiemy, że klub wysłał po niego prywatny samolot i niedługo będzie on już w Anglii. Nie zmienia to jednak faktu, że wątpliwa jest jego pełna rehabilitacja i powrót na boisko w meczu z Chelsea. Jeśli Mané zagra, to na pewno nie od pierwszej minuty, bo to strzelanie sobie w kolano.

Jakub Karpiński, redaktor portalu Chelsea24News.pl: Najczęściej wśród ekspertów i kibiców odpowiedzią na to pytanie jest to, że Klopp „zajechał” swoich piłkarzy i pomimo tego, że problem jest z pewnością bardziej złożony, to argument ten przemawia do mnie najbardziej. Zawodnicy The Reds w trakcie meczu wykonują największą ilość sprintów w całej lidze i wygląda na to, że niemiecki szkoleniowiec popełnia błąd narzucając swoim zawodnikom tak katorżniczy plany gry. Gegenpressing jest jednym z relatywnie nowych, bardzo udanych wynalazków w europejskim futbolu, ale nie można z nim przesadzać. Nie bez znaczenia jest też nieobecność Mané i to, że Philippe Coutinho – moim zdaniem mózg i główna postać zespołu – dopiero wrócił do gry po kontuzji i nie prezentuje jeszcze wysokiej dyspozycji. Czy Mané powinien zagrać? Pomiędzy Gabonem i Anglią różnica w strefach czasowych wynosi tylko godzinę, a reprezentant Senegalu w delegacji był przecież w rytmie treningowo-meczowym. Nie ma więc mowy o jetlagu, toteż jeśli jest zdrowy, nie widzę powodów, żeby miał nie pomóc swojej drużynie w tak ważnym spotkaniu.

Wiele mówi się o różnych kandydatach do wzmocnienia defensyw obu zespołów. Z Liverpoolem łączyło się Michaela Keane’a, niektórzy widzieli w zespole The Reds Fonte, który ostatecznie przeszedł do West Hamu. Nikt nie ma wątpliwości, że dodatkowy człowiek w obronie zespołu z Anfield jest potrzebny. Jednak Chelsea ma tercet Azpilicueta – Luiz – Cahill, czyli najlepszą obronę w lidze, a i tak jako kandydaci do stania się nowymi zawodnikami The Blues wymieniani są między innymi Stefan de Vrij czy, już od letniego okienka, Giorgio Chiellini. Czy Chelsea potrzebuje dodatkowych wzmocnień w tym aspekcie, a jakich potrzebuje Liverpool? Wystarczy załatanie dziury, a może potrzeba kogoś z wyższej półki, jak zawodnicy łączeni z zespołem prowadzonym przez Antonio Conte?

JP: Oba kluby potrzebują wzmocnień w defensywie. Chelsea musi opierać się na jednym zestawie wahadłowych i ewentualnym przesunięciu Azpilicuety. Na tym jednak kończą się problemy podopiecznych Conte, bo jeśli wypadnie któryś ze środkowych obrońców, to pozostaje naprawdę solidny duet Terry – Zouma. Oczywiście transfer Chielliniego powodowałby posadzenie kogoś z dwójki Cahill – David Luiz, ale żaden z nich nie zgodzi się na rolę rezerwowego, nawet w „The Blues”. Zakładam jednak, że Włoch sprowadzi jeszcze kogoś do defensywy, ale będzie to uzupełnienie kadry. Inaczej sprawa ma się w Liverpoolu, który rozpaczliwie krzyczy o wzmocnienia, ale żadna z osób zarządzających klubem zdaje się tego nie słyszeć. The Reds weszli w sezon nie posiadając w pełni wykwalifikowanego lewego obrońcy i z zaledwie jednym prawym defensorem. Do tego na środku defensywy sprawa przedstawiała się równie nieciekawie poprzez konflikt Kloppa z Sakho – drugim najlepszym obrońcą Liverpoolu. Pytanie, czy potrzebują oni wzmocnień, jest więc retoryczne. Tutaj trzeba każdego, kto jest lepszy niż Lovren albo Klavan, czyli krótko mówiąc większości zawodników. Od kilku lat trwają starania o Ricardo Rodrigueza, który jest blisko Interu, co wydaje się być śmieszne, zważywszy na fakt, że Mediolańczycy nie są w stanie zaoferować więcej niż Amerykanie z Merseyside. Jeśli jednak nie wypali plan ze Szwajcarem w odwodzie pozostaje Ryan Bertrand – gracz, a jakże by inaczej, Southampton, oraz Aaron Cresswell – sympatyzujący z Liverpoolem od wielu lat. Dziwił mnie też brak zainteresowania wspomnianym José Fonte. 8 milionów to żadne pieniądze, a mistrz Europy prezentuje taki poziom, że jedynie Matip mógłby z nim konkurować. Michael Keane pozostaje póki co w sferze marzeń. Niestety.

JK: Jeśli chodzi o The Reds, to ich obrona wygląda naprawdę mizernie. Wzmocnienia się z pewnością przydadzą, bo piłkarze pokroju Dejana Lovrena i Ragnara Klavana nie zagwarantują solidności w defensywie. Winy nie można jednak w całości zrzucić na personalia, bo Antonio Conte zrobił najlepszą obronę w lidze z wyśmiewanego Davida Luiza i robiącego nieraz komiczne błędy Gary’ego Cahilla. Piłkarze Kloppa grają ekspansywnie i bramki tracili od początku sezonu, ale przez dłuższy czas potrafili zrekompensować to najlepszą skutecznością w lidze. Teraz jej nie ma. Obserwuję ruchy transferowe klubu z Anfield od paru sezonów i mam wrażenie, że pieniądze za Luisa Suáreza zostały po prostu roztrwonione. Większość kupowanych piłkarzy okazuje się za słaba, nie podnosi jakości drużyny. Potrzebny jest im klasowy defensor, który nie tylko wzmocni zespół, ale również będzie umiał dyrygował całym systemem obronnym – tak jak w Chelsea robi to David Luiz. Jeśli chodzi o The Blues, zaplecze jest obrony jest dobre, bo poza wymienioną, żelazną trójką można liczyć na Nathana Aké, który zapracował na przedwczesny powrót z wypożyczenia, Kurta Zoumę i Andreasa Christensena, który latem z pewnością również wróci na Stamford Bridge. Formacja defensywna wygląda więc na kompletną, a poza tym nad wszystkim czuwa John Terry, który wnosi do szatni charyzmę i wpaja odpowiedzialność za reprezentowanie klubowych barw. Uważam, że Conte nie pogardziłby Alessio Romagnolim albo Daniele Ruganim, których zna ze swojego krajowego podwórka. Obaj mają papiery na wspaniałych stoperów. Liverpool? Tu trzeba kogoś doświadczonego i zaprawionego w bojach. Może Gerard Piqué, albo wspomniany Giorgio Chiellini? Wszystko zależy od tego, jaka jest definicja idealnego przywódcy defensywy Jürgena Kloppa.

Na koniec spojrzenie na następne mecze w Premier League, w których zagrają obie ekipy. Liverpool zagra z Tottenhamem, Hull czy Leicester, a Chelsea zmierzy się z Arsenalem, Burnley oraz Swansea. O ile z pierwszymi zespołami na tych listach obie drużyny czeka ostra walka, to tyle spotkania z pozostałymi dwoma mogą być prawdziwie ciekawe, szczególnie, że Swansea pokonała już ostatnio w lidze właśnie dzisiejszego przeciwnika Chelsea i wyjrzała ponad strefę spadkową, a Hull wygrało z Manchesterem United w półfinale Pucharu Ligi Angielskiej. Pewne punkty, czy może jednak emocje do ostatniego gwizdka?

JP: Chelsea nie będzie miała problemów z żadnym z przeciwników. Myślę, że zdobędą co najmniej siedem punktów, a największy opór stawi im rewelacyjna ekipa Burnley. Na Swansea City nie liczę, bo mecz z Liverpoolem, to tylko mecz z Liverpoolem, czyli jedna jaskółka. Łabędzie nadal nie wzmocniły środka defensywy, a Martin Olsson sprawował się bardzo przeciętnie w ostatnim meczu. Co się zaś Arsenalu tyczy, to po prostu nie wierzę w Wengera. Co prawda Welbeck wrócił to dobrej formy i może zastąpić nijakiego Iwobiego, ale czy wystarczy to na ekipę Conte? Wątpię. Jeśli Liverpool wygra z Chelsea, to będzie kontynuował swój marsz również w spotkaniu przeciwko Spurs. Nie stawiam jednak na zwycięstwo drużyny z Anfield. Sądzę po prostu, że mogą powalczyć z Tottenhamem na równym poziomie. Problem stanowić będzie przede wszystkim drużyna Hull City, która z Manchesterem United zagrała naprawdę dobre zawody, choć teraz została rozbita w pył przez Fulham. Tygrysy mają jednak tę niepokojącą nieobliczalność, która może sprawić Liverpoolowi wiele problemów. O Leicester jestem relatywnie spokojny. Mistrzowie Anglii nic w tym sezonie nie grają i szczerze mówiąc myślę, że spadną z angielskiej ekstraklasy.  Pamiętajmy jednak, że The Reds chorują na nieuleczalną przypadłość rozdawania punktów biednym.

JK: Jak to mówią Anglicy, następne dwa mecze dla Liverpoolu to prawdziwe make-or-break. Muszą wygrać je oba, żeby pozostać w walce o tytuł. Chelsea natomiast jeśli przegra, to wciąż będzie miała co najmniej pięć punktów przewagi nad Arsenalem. Patrząc na obecną dyspozycję zespołu prowadzonego przez Jürgena Kloppa, trudno o optymizm. Porażki z Wolverhampton i ze Swansea u siebie to, nie oszukujmy się, skandal. Tymczasem oglądając mecze Chelsea na własnym boisku z teoretycznie słabszym zespołem nie drżę o wynik ani przez chwilę. Taki był mecz pucharowy z Brentford, gdzie goście ani przez chwilę nie zagrozili wynikowi, a The Blues nie musieli nawet wrzucać trzeciego biegu. Piłkarze Conte ewidentnie odstawiali nogę i nie wchodzili w ostre pojedynki, które mogłyby skończyć się kontuzją. Podsumowując, Liverpool ma nóż na gardle i paradoksalnie może to być pozytywem, bo zawodnicy przystąpią do najbliższych kolejek podwójnie zmotywowani. Wiedzą, że nie mogą sobie pozwolić na żadne potknięcie. Chelsea natomiast na pewno pojedzie na Anfield po zwycięstwo, ale nikt w Londynie nie będzie rozpaczał, jeśli spotkanie zakończy się remisem. Uważam, że zdecydowanie ważniejsze będą dla drużyny ze Stamford Bridge derby z Arsenalem, bo to Kanonierzy są na chwilę obecną najgroźniejszym rywalem w walce o tytuł. Nie chcę niczego wykrakać, ale jeśli w najbliższych dwóch meczach ekipa włoskiego trenera zgromadzi sześć punktów, to fani niebieskich będą chyba mogli powoli wstawiać prosecco do lodówek.

Liverpool – Chelsea, 20:55, Canal+ Sport.

By | 2017-04-13T19:45:48+00:00 Styczeń 31st, 2017|Bez kategorii, Chelsea, Liverpool|1 komentarz

About the Author:

Pismak, grafik.

1 komenarz

  1. Borys 31 stycznia 2017 w 15:28- Odpowiedz

    Liverpool gra najpierw z Hull a potem z Tottenhamem.

Zostaw komentarz