5 powodów, dla których warto oglądać 20. kolejkę Premier League

Kolejne dwa dni przerwy i znów Premier League! No i jak tu nie kochać tej ligi? 

Źle się dzieje w państwie Crystal Palace. Dwa punkciki nad strefą spadkową i raczej nie widać jeszcze światełka w tunelu. Efekt nowej miotły jeszcze nie zadziałał, choć ciężko było oczekiwać czegoś w starciu z Arsenalem. Teraz ma być łatwiej, bowiem na Selhurst Park zawita ekipa, która strefę spadkową okupuje od dobrych kilku tygodni. W Swansea również brak większych perspektyw. Brak trenera tylko pogłębia kryzys i jeśli nie zatrudni się tam Alana Pardew (na co są znikome szanse) to ja nie mam pojęcia, kto utrzyma ten zespół w ekstraklasie. W każdym razie, starcie tych dwóch ekip może być paradoksalnie jednym z najciekawszych w tej kolejce. Zarówno jedni, jak i drudzy mają nóż na gardle, tak więc może to być walka dwóch kotów przypartych do ściany.

A już się wydawało, że ekipa Slavena Bilica stanęła na nogi po tym nieszczęsnym kryzysie. Tymczasem, bolesna porażka z równie mocno dołującym Leicester z pewnością podcięła Młotom skrzydła. Spowodowała też jednak chęć rehabilitacja, a najbliższa okazja to z Manchesterem United. Urwanie punktów Zlatanowi i spółce z pewnością przekona nas do tego, że wpadka z Lisami była tylko jednorazowym wybrykiem, a West Ham zbliża się do formy z tamtego sezonu.

United, podobnie jak West Ham, również grzebało się w niemałym kryzysie i również powolutku z niego wychodzi. Gra zaczyna się kleić, Ibra znowu strzela a Pogba zacząć grać choć trochę tak, jak przyzwyczaił nas do tego w Juventusie. Temat “TOP4” na Old Trafford znów zaczął rozbrzmiewać w optymistycznych barwach i w spotkaniu z West Hamem absolutnie każdy oczekuje przedłużenia zwycięskiej passy.

Ultra pesymistycznie jest z kolei w obozie Sunderlandu. Kuriozalna  wręcz porażka z Burnley uświadomiła na dobre kibiców w przekonaniu, że będzie to ciężki sezon. Aż chciałoby się po takiej kompromitacji zapaść pod ziemię, ale nie ma opcji. Na Stadium of Light przyjeżdża Liverpool. The Reds z trudem, ale pokonali City i zacierają już rączki przed kolejnym starciem. David Moyes otwarcie powiedział, że jeśli jego zespół zagra podobnie, jak w niedawnym meczu z beniaminkiem, to skończy się to katastrofą. Jest jednak nadzieja dla Czarnych Kotów. Liverpool może odczuwać skutki uboczne ostatniego spotkania z City, a czasu na regenerację nie było. No, ale nawet zmęczeni Mane czy Lallana wciąż są olbrzymim zagrożeniem dla fatalnej defensywy Moyesa. Trzeba więc wyciągnąć wnioski i zagrać na 200%, jeśli w grę ma tu wchodzić chociaż remis.

Ciekawie może być na The Hawthorns, gdzie West Brom gościć będzie Hull City. Do Tygrysów w końcu uśmiechnęło się szczęście i zdołali uciułać punkcik z Evertonem. Wcześniej tego szczęścia brakowało, więc to dobry omen przed kolejnym meczem. Bo to właśnie szczęście jest najbardziej potrzebne, gdy chce się wygrać z ekipą Tony’ego Pulisa. Tu nie będzie żadnych luk w obronie czy braku zorganizowania. Tu wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Potrzeba więc znów genialnego strzału Snodgrassa czy też nutki farta Dawsona. Może wtedy uda się Phelanowi przechytrzyć Pulisa.

Ekipy Antonio Conte chyba już nic w tym sezonie nie zatrzyma. Kolejna drużyna została przejechana przez niebieski walec i nic dziwnego, że niektórzy wręczają już włoskiemu menedżerowi puchar za wygranie ligi. Ja bym się jednak jeszcze wstrzymał. Chociażby do meczu z Tottenhamem. No bo jeśli nie Koguty w formie, to kto? U siebie, z Allim czy Kane’m w takiej formie, to może się udać. Do składu wraca Walker, więc obrona również wygląda solidnie. Wygranej od razu nie wróżę, ale remis jest bardzo prawdopodobnym scenariuszem. Przynajmniej w to chcą wierzyć Klopp, Wenger i Guardiola.

By | 2017-01-02T13:04:38+00:00 Styczeń 2nd, 2017|Bez kategorii|0 komentarzy

About the Author:

Wielbiciel filozofii "kick&rush", cichy adorator Tony'ego Pulisa i miłośnik zimnych, deszczowych wieczorów w Stoke.

Zostaw komentarz