Świąteczne wariactwo w terminarzu Premier League

Zabójcze tempo, z jakim zmaga się co roku dwadzieścia drużyn z Premier League, stało się już wizytówką ligi. My, kibice, jesteśmy oczywiście tym faktem zachwyceni. Wszędzie przerwa, a tu grają praktycznie non-stop. Nic, tylko rozkoszować się takim stanem rzeczy. Nie wszystkim się to jednak podoba. Sami zawodnicy czy trenerzy sezon w sezon narzekają na liczniejsze urazy i zbyt krótki czas na regenerację. I chyba w końcu musimy wziąć te uwagi na poważnie. Wariactwo związane z terminarzem rozgrywek osiągnęło bowiem w tym roku istne apogeum.

Mniej niż 44 godziny – tyle czasu ma Jurgen Klopp, aby tuż po potyczce z Manchesterem City na Anfield, wpakować swój zespół do autokaru, przejechać 269 kilometrów do Sunderlandu i przygotować się na starcie z Czarnymi Kotami. Z pozoru może to wyglądać jak scenariusz do kolejnej części Mission Impossible, ale taka jest w tym roku rzeczywistość Premier League. Niecałe dwie doby, aby dostać się praktycznie na kraniec kraju i przekazać zawodnikom nowe wytyczne. Niemiecki szkoleniowiec nie krył oczywiście rozczarowania, mówiąc, że taka sytuacja znacząco utrudnia odpowiednie przygotowanie się do meczu na Stadium of Light zarówno z fizycznego jak i psychicznego punktu widzenia. To zdanie podziela również Pep Guardiola, znajdujący się w niemal identycznej sytuacji. Drobna różnica polega jednak na tym, iż Manchester City po wspomnianym już meczu na Anfield, musi po prostu wrócić do domu oddalonego o ok. 50 kilometrów, aby zmierzyć się z Burnley.

Jeśli jednak któryś z wyżej wymienionych menedżerów pragnie narzekać, to musi pamiętać, że zawsze mogło być gorzej. W tym przypadku, można było być menedżerem Southamptonu, któremu w tym roku w okres świąteczny oberwało się najbardziej. Święci między dwoma domowymi spotkaniami mają jedynie dwa dni na odpoczynek między meczem z Tottenhamem 27 grudnia a meczem z West Bromem 31 grudnia oraz jeden dzień przerwy przed meczem z Evertonem 2 stycznia. Claude Puel zapewnia, że jego zespół poradzi sobie z tą sytuacją, choć jest świadomy tego, że łatwo nie będzie: Dla Southamptonu to pierwszy taki rok, w którym trzeba grać co trzy dni. To również nowość dla większości moich zawodników. Dlatego też wszyscy trenowali grę na różnych pozycjach, będzie to teraz niezwykle ważne dla zespołu(…), ten okres będzie niesamowicie ważny dla moich podopiecznych, nie tylko ze względu na odporność fizyczną, ale też ze względu na ich rodziny i fakt, że nie będą oni mieli teraz dużo czasu dla najbliższych. 

Nie wszystkim się jednak tak oberwało od tego napiętego terminarza. Na zupełnie przeciwnym biegunie znajduje się Chelsea. Drużyna ta ma do dyspozycji aż 7 dni wolnego w tym czasie. Na dodatek, The Blues nie muszą się martwić jakimikolwiek wyjazdami, gdyż aż dwukrotnie grają u siebie, a ich jedyny wyjazd jest ukierunkowany na White Hart Lane. Nie opuszczą więc oni nawet granic Londynu i w spokoju będą mogli przygotowywać się do każdego starcia. Lepszego prezentu na święta Conte dostać nie mógł.

times-sport-table-main

Całość można zsumować jednym prostym wnioskiem: Kasa za prawa telewizyjne okazała się być czynnikiem, którego nie zaburzą żadne wypowiedzi menedżerów czy lamenty zawodników. Rozbite Boxing Day oznacza więcej spotkań w tv, ale czy jest się z czego cieszyć? Czy rzeczywiście chodziło o to, aby oglądać zawodników Liverpoolu czy Manchesteru City na oparach? Aby oglądać przetrzebione kontuzjami jedenastki Manchesteru United czy Tottenhamu? Czy może, aby oglądać, jak Hull City czy Everton ledwo wiążą koniec z końcem, aby podołać temu morderczemu wyścigowi?  Chyba nie o to chodziło w tej magii okresu świątecznego w Premier League.

By | 2016-12-29T16:52:11+00:00 Grudzień 29th, 2016|Bez kategorii|0 komentarzy

O autorze:

Wielbiciel filozofii "kick&rush", cichy adorator Tony'ego Pulisa i miłośnik zimnych, deszczowych wieczorów w Stoke.

Dodaj komentarz