5 powodów, dla których warto oglądać 16. kolejkę Premier League

Lubię gdy Premier League gra w środku tygodnia. Lubię to bardziej niż mecze Ligi Mistrzów. No bo co mi po jakieś Barcelony, Reale, czy inne Monaco, skoro zaraz zagra takie Stoke z Burnley takim.

Gdy rozbrzmi pierwszy gwizdek na Dean Court zapnijcie pasy i zasiądźcie głęboko w fotelach. Mistrza Anglii poprzedniej kampanii – Leicester City czeka naprawdę trudna przerwa. Zmierzą się przecież z Bournemouth, ekipą, która w tym sezonie wygrała cztery spotkania u siebie. Co więcej w ostatnich pięciu meczach na swoim stadionie strzelili aż 12 bramek. Nie ma co się dziwić, że do Wisienek strach podchodzić bez dobrej defensywy. W jedynie pięciu meczach podopieczni Eddiego Howe nie znaleźli drogi do bramki. Biorąc pod uwagę, że grać będą z jedną z najgorszych obron tego sezonu – Lisy straciły aż 26 bramek – to zanosi się na kolejną już strzelaninę. Tym razem możliwe iż dwustronną, bo do łask wrócił Jamie Vardy, który nie dość, że strzelił trzy bramki Manchesterowi City, to jeszcze został ósmym zawodnikiem globu w plebiscycie na Złotą Piłkę.

To, że Everton jest kompletnie bez formy i nie potrafi wygrać od pięciu spotkań, to raz. To, że Arsenal jest w gazie, a Alexis Sanchez osiąga swoją życiową dyspozycję, to dwa. To, że The Blues nie wygrali z Kanonierami w ciągu ostatnich dwóch i pół roku, to trzy. Trzy do zera. Przypadek? Nie sądzę, bo doprawdy nie poznaję ekipy Koemana. Facet, który miał wreszcie doszyć Evertonowi jaja i uczynić z nich topową drużynę ligi, sprawił, że od Roberta Martineza nie zmieniło się na Goodison Park właściwie nic, prócz golkipera. I nie żeby to była zmiana na znaczny plus. Holender Stekelenburg obronił co prawda dwa karne w meczu z Manchesterem City, ale jest też odpowiedzialny za utratę dziewiętnastu innych bramek. Nie ma tragedii, ale daleko ekipie z Liverpoolu do rewelacji. Naprawdę jest się czego bać, bo ich dzisiejszy rywal w ostatnich pięciu meczach aż trzynastokrotnie znajdywał drogę do bramki.

Przed trzema kolejkami twarze fanów The Reds świeciły pięknym, szerokim garniturem błyszczących zębów. Liverpool mierzył się przecież z Sunderlandem, Bournemouth oraz West Hamem. Po tych spotkaniach wszystko zmieniło się o 180 stopni. Podopieczni Kloppa zamiast dziewięciu punktów, przywieźli na Anfield zaledwie cztery oczka. Nie tylko nie wygrali z Chelsea rywalizacji o pierwsze miejsce w ligowej tabeli, ale co więcej – spadli na trzecią lokatę. Czy to wina ataku? No nie do końca, bo jeśli się strzela po dwie, trzy bramki w meczu, to spotkanie trzeba wygrać. Teoretycznie. Kłam temu stwierdzeniu stara się zdać defensywa Liverpoolu z Kariusem jako mistrzem ceremonii na czele. The Reds mają dopiero 10. defensywę ligi. Gorszą nawet od ich jutrzejszego rywala – beniaminka z Middlesbrough. Z drugiej jednak strony ekipa Aitora Karanki dysponuje najgorszym atakiem w lidze, nie strzelają nawet jednego gola na mecz, co wygląda naprawdę mało imponująco, patrząc na nazwiska jakimi dysponuje Hiszpan. Czeka nas więc bardzo dziwne spotkanie. Z jednej strony Boro, które nieźle broni, ale nie potrafi strzelać, a z drugiej Liverpool – świetnie atakujący, broniący katastrofalnie.

Diego Costa jest rewelacją tego sezonu, najlepszym graczem ligi i nawet z tym nie dyskutujcie. Hiszpan strzela nie tylko takim topowym ekipom, ale również, a może co ważniejsze, drużynom pokroju West Bromu. Stawiającym podwójne zasieki przed własnym polem karnym, a w bramce mającego naprawdę niezłego fachurę. Pomyślcie tylko, że gracz Chelsea strzelił już dwanaście bramek. Zaledwie jedną mniej niż cała drużyna Middlesbrough. Kiedy o tym pomyślę, to nawet żal mi Sunderlandu, a przede wszystkim Jordana Pickforda, wysyłanego przez niektórych do Liverpoolu, co oczywiście jest niedorzecznością. Czarne Koty mozolnie próbują wygrzebać się z ligowego dna, ale ciężko to zrobić, gdy w jednej kolejce dostaje się trójkę, a w następnej gra z The Blues. Pech tym razem spadł na symbol pecha.

Po pierwszych kolejkach sezonu mało kto spodziewał się, że Manchester United będzie w stanie nie przegrywać od pięciu spotkań z rzędu. Mało kto spodziewał się też, że do łask wróci Mkhitaryan. Wszyscy jednak przewidywali, że Ormianin w końcu znowu wypadnie z gry. Szkoda jedynie, że stało się to kilkadziesiąt minut po zdobyciu decydującej bramki w starciu z Tottenhamem. Były zawodnik Borussii ma naprawdę dużego pecha. Kiedy wreszcie udało mu się wrócić na dobre tory i odbudować swoją pozycję, okazuje się, że problem zaczną sprawiać znów jego nogi. Mourinho kolejny raz traci swojego lidera, przez co znowu uda się do swojej prywatnej Canossy, błagając Juana Matę o przebaczenie. A trzeba wiedzieć, że Hiszpan jest Portugalczykowi do szczęścia potrzebny. Nawet jeśli Czerwone Diabły będą grały z fatalnym w tym sezonie Crystal Palace, to przecież ktoś tę piłkę do Zlatana musi dostarczyć. A Pogba czy inny Fellaini tego nie zrobi.

By | 2016-12-13T11:03:48+00:00 Grudzień 13th, 2016|Bournemouth, Everton, Leicester City|0 komentarzy

O autorze:

Mało znam się na piłce. Ale umiem naciskać klawisze żeby wyskakiwały zabawne wyrazy. Egzegeza na przykład.

Dodaj komentarz