Wyluzuj, Yaya sobie robię

Sześć miesięcy – tyle trzeba było czekać, aby znów ujrzeć Yaya Toure w Premier League. Znacznie mniej zajęło natomiast czekanie na jego bramkę w tych rozgrywkach. Iworyjczyk zdobytym dubletem momentalnie o sobie przypomniał i na nowo wszczął dyskusję na temat sensu tak długiej absencji w składzie. A więc, czy warte zachodu było to całe zamieszanie i czy coś się w ogóle zmieniło?

Zwlekał z tym niemiłosiernie, ale w końcu to zrobił. Yaya Toure chyba poszedł po rozum do głowy i dotarło do niego, że dalsze przepychanki słowne z Pepem Guardiolą nie mają większego sensu. Iworyjczyk odstawił na bok swoją dumę i przeprosił, tak po ludzku. Oczywiście, patrząc na tę całą sytuację, nasuwa nam się proste pytanie: nie można było tak od razu? Chyba każdy, poza Toure i jego agentem, widział, że menedżera City się nie ustawia, to on ustawia innych. Zawsze ustala on w swoich klubach konkretne zasady pracy i każda jednostka, bez wyjątku, musi się im podporządkować. Czasem nachodzi mnie nawet wrażenie, że i sam Vladimir Putin nie miałby z Hiszpanem za wiele do powiedzenia. Yaya Toure postanowił to jednak przetestować, przez co odpoczął sobie trochę od piłki podczas ostatnich weekendów. Wrócił jednak w wielkim stylu i to nie do niego, a do Pepa kierowane jest inne pytanie: warto było?

Oczywiście, najprościej jest teraz mówić, że Guardiola popełnił błąd, że niepotrzebnie odstawiał Toure od składu za byle błahostkę i że powinien kierować się dobrem drużyny, tj. wpuszczać wartościowego piłkarza na boisko, a nie kisić go w rezerwach. Warto jednak wejść na chwilę w skórę Pepa i zerknąć na całą tę sprawę jego oczyma. Jaki mógł być powód konsekwentnego pomijania byłego zawodnika Barcelony przy doborze składu? Czy rzeczywiście chodziło o zwykłe przeprosiny? A może takimi metodami Guardiola chciał po prostu przytemperować nieco temperament Iworyjczyka, jednocześnie ucząc go pokory. Być może to działanie miało na celu uświadomienie zarówno zawodnika, jak i całej kadry, kto tu rządzi i co się dzieje z ludźmi, których ego wykracza poza ogólnie przyjętą normę. No ale wracając do sedna, warto było, panie Guardiola?

I w tym momencie zacytować można ozłoconą już w internecie wypowiedź pewnego pana Zbigniewa. Nie warto było, gdyż Yaya Toure to wciąż ten sam Yaya Toure, drepczący sobie po boisku w meczu z Realem. Normalnie, każdy zdrowo myślący zawodnik, po powrocie po takiej przerwie, w dodatku mając w pamięci takie niesnaski z menedżerem, zagrałby na 150%, dając z siebie absolutnie wszystko, aby udowodnić, że to właśnie on był tym brakującym ogniwem. Tymczasem co robi nasz bohater? Nasz bohater gra tak, jakby miejsce w składzie było mu już dożywotnio zapewnione. Ani myślał kiwnąć palcem w grze obronnej, przez co miał właściwie główny udział przy straconym golu, obserwując sobie spokojnie strzał Wickhama z odległości 30. metrów. Podobnie było praktycznie przy każdej groźniejszej sytuacji Palace w tym spotkaniu. I nie robiłbym z tego tak wielkiego problemu, gdyby Toure grał wtedy jako „10”. Tymczasem on grał jako defensywny pomocnik. Defensywny… Oczywiście można to odwrócić i powiedzieć, że w takim razie włożył on sporo wysiłku, skoro grając na takiej pozycji, strzelił on dwie bramki. Zwróćmy jednak uwagę na to, że to los się do niego uśmiechnął, czy to przy szczęśliwym rykoszecie (bramka numer jeden), czy to fatalnym ustawieniem linii obrony rywala z bramkarzem na czele (bramka numer dwa). Nie zamierzam tu oczywiście całkowicie umniejszyć jego sukcesu. Strzelił te dwie bramki, znajdując się w odpowiednim miejscu i zapewnił drużynie niezwykle ważne zwycięstwo. Całość tej argumentacji powoduje jednak, że na obrazie tego cudownego meczu Iworyjczyka powstaje jedna, ale dość spora rysa i jeśli Guardiola myśli rozsądnie (a z pewnością tak jest), to Yaya Toure zbyt długo w pierwszym składzie nie pogości.

Pozostaje jeszcze kwestia samego charakteru piłkarza. Za wcześnie, by stwierdzać, czy ta przerwa czegoś go nauczyła i czy choć trochę zmalało jego ego. Wiemy natomiast, że na boisku to wciąż ten sam Toure i daleko mu jeszcze do piłkarskiego topu.

By | 2017-04-13T19:55:46+00:00 Listopad 21st, 2016|Manchester City, NAD MUREM|0 komentarzy

About the Author:

Wielbiciel filozofii "kick&rush", cichy adorator Tony'ego Pulisa i miłośnik zimnych, deszczowych wieczorów w Stoke.

Zostaw komentarz