Łabędzi śpiew… Łabędzi?

Każdy z nas, fanów futbolu, choć trochę podziwia Barcelonę. Nie próbujcie przeczyć. Fani Premier League w odniesieniu do stylu gry Dumy Katalonii zwykli pytać: „ale czy potrafiliby to zrobić w zimną, deszczową noc w Stoke?” i pewna drużyna z Walii zdecydowała, że odpowie: „tak, potrafimy to zrobić”. Chcielibyście usłyszeć bajkę o Swansealonie? Może innym razem. Tym razem zamiast bajki, Łabędzie serwują swoim kibicom koszmar. Zarówno zawodnicy, jak i zarząd.

Miło wspominam te czasy, kiedy Brendan Rodgers (tak, ten Brendan Rodgers) do spółki ze swoimi wiernymi żołnierzami (może raczej – artystami) z League One i Championship, podbijał serca fanów angielskiej ekstraklasy. Kiedy Swansea swoim stylem pokazywała, że brytyjska piłka nie musi być toporna, nie da się jej jednoznacznie określić jako „kick and rush”. Zapewne nie tylko ja się zakochałem w posiadaniu piłki, wysokim pressingu, szybkich wymianach podań na jeden kontakt, widowiskowych akcjach. Beniaminek, pierwszy walijski zespół w Premier League, ogrywający Arsenal, Manchester City czy Liverpool? Klub stojący na krawędzi upadku zaledwie dekadę temu? Piękna historia. Swansea zakończyła sezon na 11 miejscu, co zostało uznane za bardzo dobry rezultat.

Niestety, wszystko co piękne, szybko się kończy. Rodgers pokazał, że potrafi z przeciętnych piłkarzy stworzyć świetny kolektyw, poukładać to w solidną całość, co nie uszło uwadze władz Liverpoolu. Irlandczyk wziął ze sobą mózg drużyny – Joe Allena (wtedy jeszcze bez brody), kilkusetstronicowy plan rozwoju klubu, spakował podręczną walizkę i przeniósł się na Merseyside.

LIVERPOOL, ENGLAND - AUGUST 10: (THE SUN OUT, THE SUN ON SUNDAY OUT) (EXCLUSIVE COVERAGE) (PREMIUM PRICING APPLIES - MINIMUM FEE OF GBP150 OR LOCAL EQUVALENT) Brendan Rodgers Manager of Liverpool with his new signing Joe Allen of Liverpool today at Melwood Training Ground on August 10, 2012 in Liverpool, England. (Photo by John Powell/Liverpool FC via Getty Images)
Paniki w klubie nie było. Zdecydowano się na Michaela Laudrupa, byłego wybitnego piłkarza Barcelony, który miał kontynuować dotychczasową strategię klubu. Wtedy też rozbłysła gwiazda Michu – hiszpańskiego napastnika pozyskanego z Celty Vigo. Jego genialna passa strzelecka pozwoliła Swansea chociażby pokonać Arsenal na The Emirates, a niedługo później zdobyć swoje pierwsze trofeum – puchar Ligi, po przekonywującym zwycięstwie 5:0 nad Brentford. Wydawało się, że wszystko jest ustabilizowane, a klub ma pewną przyszłość. 9 miejsce w lidze, poukładana drużyna, sympatyczny i pewny swego menadżer.

I wtedy zarząd, jak to zwykle bywa w klubach, postanowił to zniweczyć. Bezpodstawne zwolnienie Laudrupa, zatrudnienie Garry’ego Monka jako grającego trenera (halo, mamy XXI wiek?) i o ile doświadczony obrońca zadaniu dokończenia sezonu sprostał, o tyle w kolejnym sezonie nie było tak kolorowo i w roli strażaka zatrudniono Francesco Guidolina, który samą aparycją skłaniał człowieka do cięższej pracy, a mniejszej ilości pytań. Generał Guidolin utrzymał Swansea w lidze. O jego kadencji tylko tyle pozytywnego można powiedzieć.

Z drużyny grającej szybki ofensywny futbol, nazywanej w Europie Swansealoną, pozostał jedynie cień. Brak polotu, wzmocnień w ataku, odejście świetnego Andre Ayew i klubowej legendy oraz kapitana, Ashleya Williamsa – nic nie wskazywało na udany sezon dla Łabędzi. W tym przypadku bukmacherzy się nie mylili. Dość powiedzieć, że zwycięstwa na Liberty Stadium w lidze nie widziano od… maja. Znów zwolnienie, kolejny trener. Amerykanin, Bradley. Znów bez efektów.
Z pewnością duży wpływ na ten stan rzeczy ma zarząd i dyrektorzy sportowi. Po odejściu Gomisa i Edera (nie mylicie się, zdobywca bramki w finale Euro był zawodnikiem The Swans) w klubie nie było żadnego nominalnego napastnika, a dziury zapchano przeciętnym Llorente i Borją Bastonem, który na razie bardziej przypomina szklankę niż piłkarza. W środku pola trzeba pochwalić włodarzy za utrzymanie Sigurdssona i zakontraktowanie Leroya Fera, którzy spisują się nieźle… ale nieźle to za mało, aby wyciągnąć Swansea z marazmu, który ich dręczy od prawie roku. Odejście najlepszego obrońcy i kapitana powinno w teorii poruszyć trybiki zarządu i zmotywować do sprowadzenia klasowego stopera. W zamian Guidolin oraz Bradley dostali 22-letniego Alfiego Mawsona wyciągniętego z Championship i Mike’a van der Hoorna, który w Ajaxie nie był nawet pierwszym wyborem De Boera w ubiegłym sezonie.

Z pewnością odpowiedni szkoleniowiec z pomysłem jest jednym z czynników budujących dobrą drużynę, aczkolwiek z tak wąską i ograniczoną piłkarsko kadrą (Kingsley, Routledge, Montero, Cork czy Naughton) ciężko jest stworzyć coś solidnego. Dość powiedzieć, że Swansea w tym sezonie wychodziła już 3 różnymi formacjami i systemami gry. 1 zwycięstwo, 21 bramek straconych (mimo dobrej dyspozycji Łukasza Fabiańskiego), stosunkowo ciężki terminarz w październiku i listopadzie. Efektem tego wszystkiego jest 19 miejsce w lidze, od ostatniego Sunderlandu Łabędzie są lepsze jedynie bramką. Jeśli nic się nie zmieni, sezon 2016/17 może być dla drużyny z Liberty Stadium powrotem do Championship. Oby to nie był łabędzi śpiew Swansea w Premier League, bo drużyna, która wychowała Joe „walijskiego Pirlo” Allena, wypromowała Scotta Sinclaira czy Wilfrieda Bony’ego, może nam mieć jeszcze wiele do zaoferowania.

By | 2016-11-12T22:49:11+00:00 Listopad 7th, 2016|Bez kategorii, Swansea City|0 komentarzy

About the Author:

Lubię strzałki i wykresy. Student, amatorski kopacz, wierny kibic Chelsea. Marzy się praca analityka, druga twarz to romantyk futbolu.

Zostaw komentarz