Szklana pułapka, czyli koniec Sturridge’a na Anfield?

Sezon 2016/2017 zaczął wkraczać we właściwą fazę. Po burzliwym początku zaczęła krystalizować się czołówka i, ku uciesze kibiców z Anfield, w tym momencie jednym z najmocniejszych, o ile nie najmocniejszym zawodnikiem w stawce, są The Reds. Tylko kto przed sezonem spodziewał się, że Daniel Sturridge będzie pełnił tak marginalną rolę w sukcesach swojego zespołu?

Kiedy wiosną tego roku napastnik reprezentacji Anglii w końcu permanentnie, tu stawiam znak zapytania (lub nie, nie ma co zapeszać), wyleczył się i złapał niezłą formę, wydawało się, że znów będzie grotem ofensywnej formacji Liverpoolu. Dobra passa pod koniec sezonu zaowocowała pięcioma bramkami i asystą w sześciu kolejnych meczach. Sturridge znów czarował, jak za najlepszych lat u boku Luisa Suareza. Ponadto, Daniel z dobrej strony pokazał się w przegranym przez The Reds finale Ligi Europy, a jego bramka z pewnością była najładniejszym trafieniem całego spotkania. Dobrym występem udowodnił, że odzyskał pewność siebie i udźwignął presję, w przeciwieństwie do chociażby Coutinho, który zniknął na 90 minut na stadionie w Bazylei. Euro we Francji Sturridge również może zapisać sobie na plus. Chociaż Roy Hodgson wyżej cenił sobie umiejętności Kane’a, czy Vardy’ego, to Stu nie zawiódł w najważniejszym momencie i wykorzystał daną mu szansę, zapewniając Anglii punkty w meczu przeciwko Walii.

europa-league-final-liverpool-v-sevilla

Po w pełni przepracowanym okresie przygotowawczym i specjalnym cyklu treningowym od Jürgena Kloppa i jego specjalisty od przygotowania fizycznego Andreasa Kornmayera, Sturridge miał być gotowy na powrót do czołówki snajperów Premier League. Niestety, w międzyczasie okazało się, że Niemiec zweryfikował swoje plany na swój własny Liverpool i Anglik niekoniecznie się w nich znajduje, a na pewno nie jest ich ważną częścią. Stanowi to kompletne odejście od podejścia Brendana Rodgersa, który wszelkie niepowodzenia tłumaczył brakiem Sturridge’a w składzie. Jako kibicowi The Reds trudno mi nie przyznać racji Kloppowi, mimo że Stu to mój ulubieniec.

Już za panowania Rodgersa zewsząd dochodziły głosy, że opieranie zespołu o zawodnika tak podatnego na kontuzje i do tego nieco chimerycznego jest karkołomnym planem. Może Sturridge nie jest już tykającą bombą dla menedżera The Reds, ale taktyka wdrożona przez nowego szkoleniowca kompletnie przewartościowała rolę napastnika w drużynie. Rozwiązanie z tercetem Coutinho – Firmino – Mane z przodu sieje popłoch w szykach defensyw kolejnych rywali, a współpraca między nieustannie wymieniającymi się pozycjami zawodnikami układa się znakomicie. Liverpool Kloppa, oprócz rekordów w przebiegniętym dystansie, przekracza także kolejne bariery związane z ilością wykonanych podań. Dopóki na szpicy pojawia się Firmino, wszystko wygląda świetnie. Kiedy jednak Sturridge zajmuje jego miejsce, zespół zaczyna grać gorzej. Przetrzymujący piłkę i uwielbiający dryblować napastnik staje się powoli niepasującym trybem maszyny i nie bez powodu Klopp zaczął odstawiać go na boczny tor.

Z drugiej strony jednak, Niemiec cały czas daje odczuć Anglikowi, że jest on integralnym elementem zespołu. O ile w lidze Sturridge, poza genialną asystą przeciwko Leicester, zawodził, to w pucharach, kiedy Klopp wystawiał eksperymentalną jedenastkę, Stu spisywał się bardzo dobrze. Mimo często nieudanych występów Anglik wciąż pokazuje, że ma w sobie to coś, boską cząstkę, która pozwala mu zaczarować defensywę rywali, mimo słabego występu w przekroju całego spotkania. Dwoma bramkami w środowym meczu przeciwko Tottenhamowi udowodnił, że wciąż potrafi być groźny. Niestety, kolejny raz udało mu się to u boku słabszych kolegów…

I w tym, moim zdaniem, należy szukać pomysłu Kloppa na Sturridge’a. Z najważniejszego gracza ataku Anglik stanie się pewnie jokerem, który będzie w stanie przesądzić o losach spotkania. Niekonwencjonalny styl gry i wątpliwy stan zdrowia powinny idealnie pasować do tej roli. W tym wszystkim szkoda mi tylko Daniela. Sam chciałbym oglądać go jak najczęściej w pierwszym składzie i cieszyć się z kolejnych tanecznych celebracji po strzelonych przez niego golach. Dobro zespołu jest jednak najważniejsze, a w tym momencie Liverpool prezentuje się lepiej bez niego. Tylko, że szkoda marnować zawodnika takiego kalibru na ławkę. Chociaż z drugiej strony dobrze jest widzieć w końcu taką rywalizację o skład i głębokość kadry w klubie z Anfield…

Kto wie, może niedługo Stu zamknie mi japę i znów będzie strzelał seriami jako pierwszy napastnik Liverpoolu. Nie ukrywam, że byłbym bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy.

By | 2016-11-12T22:49:22+00:00 Październik 29th, 2016|Bez kategorii, Liverpool, Slider, SZWABSKIM OKIEM|1 komentarz

About the Author:

Lokalne wcielenie Petera Croucha. Podatny na kontuzje niczym Daniel Sturridge postrach orlikowych bramkarzy. Wiecznie zaspany przez NBA i zajęty co weekend przez Premier League student, zapatrzony w Stevena Gerrarda, tego grubego Ronaldo, Kevina Garnetta, Allena Iversona i Joe Allena, przede wszystkim Joe Allena.

1 komenarz

  1. Robert Kowalewski 6 listopada 2016 w 07:41 - Odpowiedz

    Fajne panie Shulz.Widze , ze pan mlody a juz ciekawie pisze .Jest ok.

Zostaw komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi