Sielanka w Manchesterze czyli co wiemy po 9. kolejce

Mało bramek, sporo emocji – zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że liga angielska serwuje nam od czasu do czasu tego typu kolejki. Wyrównane spotkania i zacięte ich końcówki niejako wynagrodziły nam posuchę strzelecką. Sporą rekompensatą jest również układ sił w tabeli, gdyż walka o mistrzostwo nabiera rumieńców i wygląda na to, że mamy kilku chętnych do tytułu. Co działo się w miniony weekend?

Sobota nie rozpieszczała nas, jeśli chodzi o bramki. Ten, kto postanowił spędzić ją na oglądaniu trzech możliwych spotkań, musiał czuć się rozczarowany. Ja poszedłem jeszcze krok dalej i obok bezradnego Arsenalu, na drugim nośniku odpaliłem sobie West Ham. Meczem sezonu tego nazwać nie można, ale z pewnością mogliśmy się po tym wiele dowiedzieć. Informacja numer jeden: West Ham wraca na właściwe tory. Zaza nieźle wkomponował się do zespołu, obrona zaczęła grać należycie (choć pamiętajmy, że to był tylko Sunderland), no i są ważne 3 punkty. Istotny jest również sposób ich zdobycia. Myślę, że gdyby mecz zakończył się identycznym rezultatem, ale po bramce z pierwszej połowy, to nie miałoby to takiego efektu. A tak, mamy wyszarpane zwycięstwo w doliczonym czasie i to jeszcze po ładnym strzale. To z pewnością podniesie morale zespołu. No ale jest też informacja numer dwa: Sunderland może się już powoli żegnać z ligą. Doprawdy, nie widzę jakiegokolwiek argumentu przemawiającego za Czarnymi Kotami, poza wspominaniem, że przecież co roku tak jest. Ich obecny i zarazem jedyny pomysł na grę to wypuszczenie piłki w siną dal w nadziei, że dopadnie do niej Defoe i ten sam Defoe przedrybluje trzech obrońców i strzeli bramkę. Jeśli Defoe nie zostanie zimą wymieniony na Suareza, to nie widzę Sunderlandu w Premier League w następnym sezonie.

Nieco lepiej sytuacja wygląda na Riverside Stadium. Tamtejsze Middlesbrough, po kilku rozczarowujących spotkaniach, w końcu pokazało się z dobrej strony. Chociaż chwila, występ, w którym zachowujesz z Arsenalem czyste konto, a w dodatku wyglądasz lepiej od niego, zasługuje na coś więcej niż “dobrej strony”. Podopieczni Aitora Karanki pokazali się więc z rewelacyjnej strony i wreszcie mają podstawy do tego, aby wierzyć w utrzymanie. Na szczególne uznanie zasługuje tu przede wszystkim Adama Traore. Były zawodnik Aston Villi, poza zawrotnym bieganiem, był po prostu piekielnie groźny i o mały włos w pojedynkę nie wygrał tego meczu. Ale trzeba tu też jasno powiedzieć, to Arsenal w dużej mierze był odpowiedzialny za taki stan rzeczy i to Arsenal może być sobie winny tej utraty punktów. Nie można sobie pozwolić na tak leniwą i niefrasobliwą grę. Tym bardziej, że po pogromie w Lidze Mistrzów Kanonierzy powinni wyjść na murawę nabuzowani.

Dokładnie tak nabuzowani, jak Leicester. W końcu oglądaliśmy bowiem te Lisy, które skradły nam rok temu serca swoim cudownym mistrzostwem. To była w końcu ta drużyna z pazurem i zadziornością i to taką drużynę chcemy oglądać co tydzień w Premier League. Na bok odeszło wyrachowanie i pokora. I chyba to jest recepta na ligowe punkty. Zapomnieć o tym, że broni się tytułu i znowu cieszyć się każdą akcją, jednocześnie zachowując boiskową agresję. Warte uwagi jest tu również posadzenie w spotkaniu z Crystal Palace Jamiego Vardy’ego na ławce. Na murawę wyszli trzej pozostali napastnicy: Okazaki, Slimani i Musa i wszyscy trzej dali wszelkie podstawy ku temu, aby to miejsce w składzie utrzymać. Czyżby więc odrodzenie się Leicester miało się odbyć bez najlepszego strzelca poprzedniego sezonu?

Byli The Reds, to teraz przyszła kolej na The Toffees. Burnely znowu uporało się z klubem z Liverpoolu i śmiało można już mówić o swoistym patencie The Clarets na to miasto. Teraz już, co prawda, nie poszło tak gładko, ba, przyszło w bólach, ale przyszło i niezwykle ważne trzy punkty są już zapisane na koncie podopiecznych Dyche’a. Spora w tym zasługa Toma Heatona, który bronił tego dnia jak w transie. Nawet występ Cecha z Boro się przy tym chowa. Numerem jeden na Turf Moor może być jednak teraz tylko Scott Arfield. Asysta i przede wszystkim bramka w takich okolicznościach i w tej minucie już uczyniła go wielkim dla tego klubu. Tak, jak wspominałem przy West Hamie – zwycięstwo w takich okolicznościach jest warte każdych pieniędzy i na pewno zaowocuje w przyszłości.

Na zupełnie przeciwnym biegunie znajduje się teraz morale graczy Manchesteru United. Po tym gwałcie na Stamford Bridge, musi ono być jakieś sześć stóp pod ziemią. Chociaż, zaraz, zaraz… gdy się spojrzy na twarze graczy United po ostatnim gwizdku, to można odnieść zupełnie inne wrażenie. Spokój, uśmiechy, pogawędki. Panowała tam atmosfera, jakby właśnie zakończył się mecz charytatywny. Tymczasem, tu zakończył się ligowy pogrom, po którym jedna z drużyn powinna być bardziej wściekła, aniżeli radosna. Jeden jedyny Mata zachował twarz i ze sportową złością opuścił murawę. Czy tak na porażkę powinni reagować goście walczący o mistrzostwo?

To, co działo się po meczu to jedno, ale trzeba zwrócić również uwagę na to, co działo się podczas tego spotkania. Grzechem byłoby bowiem nie wspomnieć o wyśmienitej formie The Blues. Ulubiony system Conte z trzeba obrońcami po raz kolejny zdał egzamin. Kto by pomyślał przed sezonem, że to Alonso i Moses będą kluczowymi elementami układanki. A jednak, obaj grają wyśmienicie, a do nowych ról dostosowali się niemal natychmiast. No i błyszczy nam Eden Hazard. Nie pierwszy i raczej nie ostatni raz w tym sezonie oglądaliśmy go w takim wydaniu. Mu również służy to ustawienie i istnieje spora szansa na to, że będzie to najlepszy sezon w wykonaniu Belga. Chelsea wydaje się być bowiem obecnie nie do zatrzymania.

Bez zatrzymywania leci również nasza ukochana liga. Dziś i jutro w ramach przystawki dostaniemy rozgrywki pucharowe i m.in. Liverpool – Tottenham czy derby Manchesteru. Składy będą pewnie okrojone, ale spokojnie. W końcu to tylko przystawka przed kolejną kolejką już w sobotę.

By | 2016-11-12T22:49:27+00:00 Październik 25th, 2016|Bez kategorii|0 komentarzy

About the Author:

Wielbiciel filozofii "kick&rush", cichy adorator Tony'ego Pulisa i miłośnik zimnych, deszczowych wieczorów w Stoke.

Zostaw komentarz