Zapomniany magik z Brazylii

Nie od dziś wiadomo, że brazylijska piłka od ładnych paru lat zalicza regres. Nie licząc Pucharów Konfederacji, Canarinhos osiągnęli ostatni duży sukces 9 lat temu, wygrywając Copa America. Z pewnością nikt nie zapomniał o tzw. „7 UP”, czyli blamażu z Niemcami na swojej ziemi.

Ronaldo, Ronaldinho, Roberto Carlos – czasy wielkich indywidualności minęły w Brazylii. Jedyny obecnie piłkarz z absolutnego topu to oczywiście Neymar, ale sama obecność młodego gwiazdora Barcelony z pewnością nie jest lekiem na całe zło. Wielkie talenty idą do Europy i nagle giną gdzieś w gąszczu innych uzdolnionych graczy. Ich rozkwit trwa maksymalnie kilka sezonów, a później zaczyna się równia pochyła. Nawet Ronaldinho, tak uwielbiany przez niemal wszystkich czarodziej, był na szczycie tylko kilka lat. Nie dlatego, że był słaby. Powód jest prosty – brazylijski styl życia. Imprezy, alkohol, opuszczanie treningów – chleb powszedni dla wiecznie uśmiechniętego wariata. Ale ten tekst nie jest poświęcony jemu.

Nasz bohater zaczynał grę w młodzieżówce Santosu, nad którą sprawował pieczę sam Pelé. Po przebiciu się piłkarza do seniorskiego składu, Santos zdobył pierwsze od ponad 20 lat mistrzostwo kraju. Brazylijczyk znany był z nieprawdopodobnie wręcz dobrego dryblingu, szybkości i dynamiki. Jego ulubioną sztuczką było przerzucanie piłki nad rywalem, gdy ten biegł „na raz” w jego stronę. Jego talent zauważył Real Madryt, który wykupił go za 25 milionów euro. 11 lat temu ta cena jeszcze robiła spore wrażenie. Tak zaczęła się jego przygoda z Europą – szkoda, że tak krótka.

Dacie wiarę, że Robinho ma dopiero 32 lata? Jest ledwie rok starszy od Cristiano Ronaldo. Kiedy ostatnio słyszeliście o jakichś wyczynach Brazylijczyka? Dacie wiarę, że Robinho rozegrał 99 spotkań dla reprezentacji, strzelając w nich 28 goli? A kiedy ktoś ostatnio widział go w składzie Canarinhos?

W ostatnich latach daje się zauważyć pewien trend, wedle którego piłkarze z Brazylii bardzo wcześnie wchodzą na szczyt, ale też szybko z niego schodzą. Tak było właśnie z Robinho, Alexandre Pato, Adriano; nawet Kakę możemy wliczyć do tego grona, choć zdobywca Złotej Piłki z 2007 roku grał w Europie do 32 roku życia. Nie da się jednak ukryć, że sympatyczny Brazylijczyk po transferze do Realu Madryt przestał być tym samym geniuszem, jakim z pewnością był w Milanie. Patrząc na dzisiejszą Premier League – Philippe Coutinho czy Willian na razie trzymają się dzielnie i oby zostało tak jak najdłużej.

Wracając jednak do Robinho. Real Madryt korzystał z jego usług przez dwa i pół sezonu, sprzedając go z nawiązką (34 miliony euro) do Manchesteru City ostatniego dnia okienka transferowego. Był to wtedy początek rewolucji klubu z Etihad, który przechodził gwałtowną reorganizację. Brazylijczyk dał angielskiej piłce mnóstwo kurtuazji i aż szkoda że na Wyspach zagościł tylko przez półtora roku, grając tak naprawdę tylko jeden świetny sezon, w którym w 42 meczach strzelił 15 goli i zanotował 9 asyst. Gdy myślę o Robinho w City, mam w głowie trzy ulubione momenty: wyrównujący gol na 2:2 z Blackburn w doliczonym czasie drugiej połowy, hattrick ze Stoke (dwie asysty Sturridge’a) i genialna bramka podcinką z Arsenalem. To nie był świetny sezon Obywateli, bo zajęli wtedy ledwie 10 miejsce – ale z pewnością mieli wtedy pociechę z filigranowego Brazylijczyka. Przyszły nowe rozgrywki, przyszła też kontuzja kostki, która wykluczyła z gry Robinho na długie miesiące – gdy wrócił na boisko, nie był już taki jak wcześniej. Nie strzelił do stycznia ani jednej bramki, Obywatele podjęli więc decyzję o wypożyczeniu go do klubu, który znał jak własną kieszeń – do Santosu. Nigdy więcej nie zagrał w Premier League.

Dwa niezłe sezony w Milanie było szczytem tego, co mógł z siebie wykrzesać – później zaczął się już upadek. Klub z San Siro podążył śladem City i też wypożyczył go do Santosu – co skończyło się tak samo jak na Wyspach, czyli natychmiastową sprzedażą Robinho tuż po zakończeniu przygody w Brazylii. W Chinach zagrzał miejsce tylko przez kilka miesięcy, po czym wrócił do ojczyzny, tym razem do Atletico Mineiro – i tam możemy go aktualnie oglądać. Strzela tam bramki i asystuje, ale smutny jest to upadek piłkarza, który zapowiadał się na wielką gwiazdę. Gdzie szukać przyczyn? Może to przez tę nieszczęsną kontuzję, może przez indywidualne podejście Robinho do piłki, a może po prostu Brazylijczycy już tak mają?

Jeżeli pamiętacie wyczyny Robinho – świetnie, bo taki talent nie zdarzał się często. Jeśli nie – jak najszybciej nadróbcie zaległości, usiądźcie wygodnie i obserwujcie maestrię.

By | 2017-04-13T19:58:47+00:00 Październik 23rd, 2016|Bez kategorii, Manchester City, Slider|1 komentarz

About the Author:

Jedyny fan City w promieniu stu kilometrów. I to dłużej niż od roku!

1 komenarz

  1. Karol 25 października 2016 w 17:30 - Odpowiedz

    do graczy z topu zaliczyłbym również Marcelo czy Williana 😉 w swoich klubach to absolutnie wyróżniający się piłkarze. Marcelo to nawet top3 na świecie na swojej pozycji

Zostaw komentarz