Hit rodem z Ekstraklasy, czyli co wiemy po 8. kolejce

A miało być tak pięknie…i do pewnego momentu było. Sobota wynagrodziła nam w pełni te dwa cholernie ciężkie tygodnie czekania. Kilka kapitalnych spotkań tylko wyostrzyło apetyty na poniedziałkową Bitwę o Anglię, no ale cóż. Po niedzieli i tym poniedziałkowym hicie chyba każdy odczuwa ogromny niedosyt. Zamiast krwi i łez było wyrachowanie i spokój, a zamiast bramek – interwencje bramkarskie, choć i tych było tyle, co kot napłakał. Na szczęście nie samym Liverpoolem i Manchesterem żyje człowiek. Co działo się w 8. kolejce Premier League?

Wszystko zaczęło nam się od starcia byłego mistrza Anglii z tym obecnym. The Blues nie błyszczeli ostatnio formą, podobnie zresztą jak The Foxes. Oczekiwać można było zatem wyrównanego pojedynku. Nic z tych rzeczy! Pogrom zaczął świetny w tym sezonie Costa, poprawił nierówny Hazard i na koniec dobił odradzający się Moses. A wszystko to wyglądało tak lekko i przyjemnie, gdyż Leicester nie stawiło absolutnie żadnego oporu. W pierwszej połowie podopieczni Ranieriego po prostu nie istnieli, a i w drugiej połowie może z trzech zawodników wyszło na murawę. Wyglądało to tragicznie i już śmiało można mówić, że sezon 2016/2017 dostarczy nam nowego mistrza Anglii. A o postawie Leicester przeczytacie u nas szerzej jeszcze w tym tygodniu.

arsenal-2

Pogromem miało się też zakończyć spotkanie Arsenalu ze Swansea. I rzeczywiście, pogrom by był, gdyby Theo Walcott był choć odrobinę lepiej dysponowany. Jeśli ktoś jest zdziwiony faktem,że można mieć jakiekolwiek pretensje do strzelca dwóch bramek, to już spieszę z wyjaśnieniem. Owszem, Walcott dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. To, jak fachowo zmarnował on jednak „setki”, przekracza wszelkie „heskey’owe” normy. Podobnie zresztą, jak w przypadku graczy Swansea. Nie pozostali oni dłużni Anglikowi i również nie wykorzystali swoich szans, choć mieli mecz „na widelcu” po tym, jak Xhaka ujrzał zasłużoną czerwoną kartkę. Widać było jednak wiele pozytywów, co podkreślał nawet Bradley w pomeczowej wypowiedzi. Debiut Amerykanina na Wyspach przegrany, ale dający kibicom The Swans nadzieję na dobry sezon.

Kanonierom udało się dowieźć te trzy punkty do końca i, jak się okazało, były to punkty cenniejsze o przeskoczenie Tottenhamu w tabeli. Ci bowiem otarli się o pierwszą ligową ligową porażkę i tylko przytomne zachowanie Dele Alli’ego pozwoliło tego uniknąć. Koguty biły głową w mur, ale tego dnia mało kto byłby w stanie sprostać Fosterowi. Może sprawę załatwiłby Son, ale ten niespodziewanie wylądował na ławce. Pochettino postanowił nieco poeksperymentować i poniósł tego konsekwencje. Muszę jednak przyznać, że miało to też swoje plusy. Mogliśmy się dzięki temu dowiedzieć, że Janssenowi całkiem nieźle idzie kreowanie i gra nieco z tyłu, natomiast Alli spokojnie może grać na szpicy, jeśli tylko popracuje nad wykończeniem. Wachlarz możliwości Poche rośnie i z pewnością zaowocuje to w przyszłości.

Poza Tottenhamem punkty straciło także City, choć tu okoliczności były dużo bardziej dramatyczne. Zaczęło się standardowo od kolosalnej przewagi Obywateli i mimo niezłej postawy defensywnej rywali, wszyscy głowili się, kiedy nastąpi przełamanie. Miało nadejść w idealnym momencie – tuż przed przerwą. Wtedy to jednak na dobre rozpoczęło się „Stekelenburg show”. Zatrzymał de Bruyne, zatrzymał Aguero i tylko przed Nolito i jego strzałem z najbliższej odległości musiał uznać wyższość. Wystarczyło to jednak na zdobycie cennego punktu. Warto też podkreślić, jak wielki wkład w taki przebieg i rezultat meczu miała dwójka stoperów The Toffees. Skrajnie bezmyślny Jagielka i skrajnie bezbłędny Williams praktycznie w 90% wpłynęli na to, co działo się na Etihad. Czy z taką zabójczą mieszanką Everton jest w stanie powalczyć o coś więcej w tym sezonie?

stanislas

Podobne pytanie zadawali sobie kibice Bournemouth po tym, co zobaczyli w minioną sobotę. Taki pogrom nie mógł się przyśnić nawet największym optymistom. Wyśmienicie zagrał każdy gracz w czerwono-czarnych strojach, bez wyjątku, ale z wyborem najlepszego nie ma żadnego problemu. Junior Stanislas już w tamtym sezonie pokazał co potrafi, godnie zastępując Gradela, ale w tym wzbił się na kolejny poziom. Obecnie gra z taką pewnością siebie, że nawet Son mógłby mu tego pozazdrościć. Wychodzi mu praktycznie wszystko i nie pozostaje nic innego, jak życzyć mu jak najdłuższego utrzymania się takiego stanu rzeczy. A Hull? Cóż, najwyraźniej wraca na swoje miejsce. Skończyła się ta sielanka z początku sezonu i trzeba będzie teraz zacisnąć zęby w walce o utrzymanie.

Czyste konto West Hamu? Tego to dawno nie grali. A jednak kibice tej drużyny doczekali się w końcu zwycięstwa, choć nie przyszło ono lekko i przyjemnie. Przyszło ono w czasach, gdy nie błyszczy Payet, nie strzela Antonio i gdy Benteke, wzorując się na Aguero, koszmarnie na tym wychodzi. Zwycięstwo to przyszło w czasach, gdy do składu wraca Cresswell i ten mecz pokazał, jak ważnym ogniwem jest Anglik. Świetna gra zwieńczona świetną asystą i…no właśnie. I czym? Symulacją? Brutalnym faulem? Ani jednym, ani drugim. Obie te rzeczy zostały jednak przez arbitra odnotowane, co poskutkowało dwiema żółtymi kartkami, a w konsekwencji czerwienią. West Ham zapewne odwoła się od tej decyzji i zapewne zawieszenie zostanie anulowane, ale niesmak po powrocie lewego obrońcy pozostanie.

mou-klopp

Poniedziałek miał być idealnym zwieńczeniem tej kolejki Premier League. To miał być Mecz przez duże „M”. Oczekiwania były ogromne. Wystarczyło chociażby zerknąć na nasz fanpage wypełniony materiałami z tego pojedynku. Jak było, chyba każdy wie. Dno i kilometr mułu. Przemilczmy więc przebieg tego widowiska. O wiele ciekawiej było w pomeczowych wypowiedziach. Kibiców Liverpoolu standardowo do czerwoności rozgrzał Mourinho mówiący, że jego zawodnicy mieli ten mecz pod pełną kontrolą. Ja, o dziwo, muszę Portugalczykowi przyznać rację. Postawił na taką, a nie inną taktykę i zgarnął zamierzony punkt. United mieli oczywiście o wiele mniejsze posiadanie i mniej sytuacji, ale co z tego? Mecz kontrolowali, ponieważ byli przygotowani na wszystko i, wyłączając dwie/trzy sytuacje, trzymali The Reds w garści, całkowicie ich obezwładniając. No ale Mourinho to Mourinho i nie byłby sobą, gdyby nie poszedł krok dalej. Po owej kontroli zaczął mówić, że Czerwone Diabły kontrolowały również mecz pod kątem emocjonalnym i znacząco wpłynęły na atmosferę na stadionie, oraz, że stworzyły klimat, który odpowiadał im. Gość jest po prostu niemożliwy.

Pozostał więc ogromny niedosyt, ale spokojnie. Tym razem nie musimy już tak długo czekać na weekendową ucztę. Zostało ledwie pięć dni, w dodatku poprzedzone Ligą Mistrzów. Chyba jakoś damy radę.

By | 2016-11-12T22:49:33+00:00 Październik 18th, 2016|Bez kategorii|0 komentarzy

About the Author:

Wielbiciel filozofii „kick&rush”, cichy adorator Tony’ego Pulisa i miłośnik zimnych, deszczowych wieczorów w Stoke.

Zostaw komentarz