Czas rozpocząć życie po Wengerze. Alterliga, cz. 1

Nowy cykl opowiadań na naszej stronie, w którym wraz z autorem będziecie mogli popuścić wodze fantazji, wsiąść do wehikułu czasu i przenieść się do przyszłości, w której Premier League ani trochę nie przypomina tej obecnej… Zaczynamy!

W okolicach Emirates Stadium można było wyczuć delikatne wstrząsy. Kibice na trybunach popadali ze skrajności w skrajność: jedni wiwatowali, inni płakali, pojawiły się nawet pierwsze omdlenia. Widzów meczu z Southampton, otwierającego pierwszą kolejkę sezonu 2021/2022 oczywiście komplet. Jednak niewielu interesowało to, co stanie się przez te dziewięćdziesiąt minut na murawie, a przed spotkaniem. Oto wielki Arsene Wenger, po ćwierćwieczu pracy z zespołem Arsenalu, odchodził z klubu w glorii i chwale, mimo tego, że prowadzona przez niego drużyna nie zdobyła żadnego tytułu mistrzowskiego od kilkunastu lat. Francuz na kartach angielskiego futbolu zapisał się jednak tym, że pięć razy z rzędu zdobył Puchar Anglii, choć przeciwnicy nie byli zbyt wymagający. Newcastle United, Tottenham, który po nagłym wycofaniu się właściciela, Daniela Levy’ego był zmuszony do sprzedaży najlepszych zawodników i od paru lat ledwo, ledwo wywalczał utrzymanie w elicie, wracające do łask po kilku sezonach przerwy Portsmouth, Celtic, gdyż w ramach reformy od sezonu 2019/2020 utworzono wspólną ligę brytyjską, a nieśmiertelny menedżer klubu z Glasgow, Brendan Rodgers, wywalczył, aby drużyna ta zaczynała zmagania od najwyższego poziomu rozgrywek w Anglii. Ba, charyzmatyczny Irlandczyk spełnił obietnicę sprzed czterech lat – jego drużyna, której prawdziwą gwiazdą był, choć już trzydziestoletni, Joe Allen, jeden z najlepszych piłkarzy świata, który dał Stoke dwukrotne Mistrzostwo Anglii w ostatnich paru latach, a potem powrócił za rekordowe 150 milionów funtów pod skrzydła swojego ukochanego menedżera, zajmowała wysokie lokaty w Premier League. Kanonierzy do tego walczyli w finałach FA Cup jeszcze z Hull oraz West Hamem, gdzie przed sezonem 2016/2017 oczekiwania wobec zespołu były jeszcze większe, bo przecież podopieczni Slavena Bilicia ukończyli wcześniejszą kampanię na siódmym miejscu i grali w europejskich pucharach. Tymczasem drużyna Młotów kompletnie się zhańbiła, odpadając jeszcze w przedbiegach, a do tego – co gorsza – osiemnaste miejsce w tabeli, które – jak wykazało późniejsze śledztwo – nie było przypadkowe, gdyż Biliciowi zachciało się obstawiać mecze na niekorzyść swojego pracodawcy.

To były jednak jedyne osiągnięcia siwowłosego staruszka w ostatnich kilku latach. Trzecie i czwarte miejsca, eliminacja z Champions League po 1/8 finału – na nic więcej nie było stać tego zespołu już od kilku kampanii. Była to jednak jakaś gwarancja stabilizacji. A jak miał się spisywać zespół pod wodzą nowego menedżera, Eddiego Howe’a, który po czterech latach spędzonych jako selekcjoner reprezentacji Anglii, zresztą z bardzo dobrymi wynikami, zechciał wrócić do piłki klubowej?

Pierwszy gwizdek pana Michaela Olivera. Arsenal rozpoczyna. Od razu próbuje szturmować bramkę drużyny Świętych, lecz całej sile ofensywnej podopiecznych Wengera – Reusowi, Ozilowi, Walcottowi i Sanchezowi przychodzi to z niebywałym trudem. Niezmordowany kapitan Southamptonu, Jose Fonte, co rusz wydaje polecenia innym członkom bloku defensywnego. W końcu Arsenal kontruje po złym wyrzucie piłki z autu przez Gallaghera. Fonte musi stanąć do pojedynku sam na sam z Sanchezem. Przysypia jednak nieco i resztkami pozostałych mu w wieku niespełna trzydziestu ośmiu lat sił próbuje dogonić dynamicznego Chilijczyka. Dystans pomiędzy obydwoma panami z każdym kolejnym pokonanym metrem boiska zwiększa się. Obrońca decyduje się więc na wykonanie rozpaczliwego wślizgu. Adrenalina wypełnia całe jego ciało. Nie zauważa, że Sanchez był już w sytuacji sam na sam, do tego w polu karnym. Ups.

Poszkodowany sam wykonał rzut karny, nie dając najmniejszych szans Christianowi Waltonowi. Southampton schodzi z boiska w dziesiątkę i dwubramkową stratą do rywala, gdyż przed przerwą atomowym strzałem zza pola karnego popisuje się niezawodny Granit Xhaka. Fonte czeka już na kolegów pod szatnią. Jest prawdopodobnie najbardziej wkurwionym człowiekiem w obszarze kilkudziesięciu kilometrów. Motywuje wszystkich, każe się im obudzić. Przejmuje rolę szkoleniowca. Czuje się odpowiedzialny za to, co się dzieje na boisku, mimo, że od piętnastej minuty nie gra i już dziś nie zagra. Po przeciwnej stronie zupełnie inaczej. Spokojny, wyluzowany Eddie Howe, rudowłosy człowiek o zawsze śmiejącym się spojrzeniu. Nie krzyczy, nie wkurza się. Nie ma na co. Jego zespół rozegrał perfekcyjną pierwszą połowę, podczas której każdy: od Cecha, przez Mustafiego i Reusa aż po Sancheza nie dał mu żadnego powodu do zmartwień.

Poruszająca wręcz momentami motywacja Fonte niewiele zdziałała. Druga połowa wyglądała tak samo, jak pierwsza. Dwa gole Sancheza, dzięki którym skompletował hat-tricka jeszcze bardziej załamały zespół The Saints. Obrona nie istniała. Zresztą, można tak powiedzieć o każdej formacji dzisiejszego przeciwnika Kanonierów. Ostatecznie zakończyło się gładkim 5:0, a trafienie dołożył jeszcze Mesut Ozil. Po ostatnim gwizdku siedzący już na wygodnym fotelu loży honorowej, w towarzystwie różnych rzucanych z trybun kwiatów, które po powrocie do domu miał zamiar wsadzić do tego ciulowego wazonu, który otrzymał na dwudziestolecie pracy w Arsenalu, Arsene Wenger lekko się uśmiechnął. “To będzie dobry rok” – pomyślał, przymknął oczy i delektował się radością kibiców, oznajmianą przez 60 432 gardeł obecnych na Emirates Stadium.

By | 2016-11-12T22:49:44+00:00 Październik 9th, 2016|Bez kategorii|1 komentarz

O autorze:

Pismak. Grafik.

1 komenarz

  1. Patryk 9 października 2016 w 23:07- Odpowiedz

    Bramkarz – 39 lat, ofensywny kwartet po 32 lata. Nic dziwnego, że Arsenal nic nie zwojował przez ostatnie lata 😛

Dodaj komentarz