Guardiola też człowiek, czyli co wiemy po 7. kolejce

Zaledwie dwa dni trwała ta kolejka Premier League. Brak piątku czy poniedziałku został jednak w pełni wynagrodzony kilkoma kapitalnymi meczami. City zatrzymane, Stoke I West Ham punktują, czyli standardowo liga raczy nas tym, z czego słynie – wyrównanym poziomem. Czego dowiedzieliśmy się po tym weekendzie?

Wspomniany już West Ham zakończył wreszcie serię porażek, zatrzymując się na czterech z rzędu. Póki co tylko remis z beniaminkiem, ale od czegoś trzeba było zacząć. Ten punkcik może być punktem zwrotnym, choć gra wciąż pozostawia wiele do życzenia. No ale jak w grze nie idzie, to pojawia się Pan Payet i znowu robi coś, po czym wszyscy zbieramy szczęki z ziemi. Widać, że Francuza męczy już ta nieporadność kolegów i powoli bierze to wszystko na swoje barki. Z Middlesbrough kilkukrotnie połasił się o indywidualną akcję no i raz mu się udało. Tylko czy będzie on w stanie wiecznie ratować tyłki pozostałym?

W przeciwieństwie do obrony Młotów, na Stamford Bridge widać pewien progres w tym aspekcie. Antonio Conte zdecydował się na zmianę ustawienia z trójką obrońców. Jak to wyszło? Na pewno lepiej, niż z Ivanoviciem, ale „lepiej” to wciąż za mało, aby myśleć o tytule mistrzowskim. Chwali się jednak, że włoski szkoleniowiec nie boi się eksperymentować i szuka tego złotego środka, cierpliwie budując swoją drużynę. Zresztą, wystarczy, że złoży odpowiednio tę obronę, bo atak spisuje się bardzo dobrze. No może poza Hazardem, który postanowił znowu pobawić się z nami w chowanego.

865c0c0b4ab0e063e5caa3387c1a8741

A jeśli już mowa o eksperymentach i próbowaniu nowych rzeczy, to Mourinho może się na ten temat wypowiedzieć. Po raz kolejny potwierdziła się teza, że bez Rooneya Manchester United potrafi grać w piłkę. Pierwsza połowa to majstersztyk w ich wykonaniu i aż dziw bierze, gdy zobaczy się, że po 45 minutach na tablicy widniał wynik 0-0. Lee Grant był tego popołudnia jakimś kosmitą i nawet, gdy Martial kapitalnym strzałem zdobył w końcu bramkę, to ja się dziwiłem, czemu goalkeeper Stoke tego nie obronił. Tego dnia mogliby mu strzelać Ronaldo, Messi czy nawet sam Ronaldinho, a efekt byłby taki sam, jak w przypadku sytuacji Ibrahimovicia. Czyżby przyszłość Jacka Butlanda w klubie była zagrożona?

Starcie United ze Stoke zakończyło się podziałem punktów, podobnie jak starcie Watfordu z Bournemouth. Z tym, że przy tym drugim, w moim odczuciu, mówimy o meczu sezonu. Kapitalne zawody zafundowano nam na Vicarage Road. Tu było po prostu wszystko, od zwrotów akcji, po piękne bramki. Beniaminkowie poprzedniego sezonu grali tak, jakby to był finał Ligi Mistrzów, tylko, że zamiast piłkarskich szachów, dostaliśmy otwartą i ofensywną grę. Zaczął Wilson, wyrównał Deeney (swoją drogą, była to jego 99. bramka w klubie), a później bohaterami zostali już menedżerowie. Najpierw Mazzarri wpuścił na boisko Successa, a następie Howe odpowiedział wprowadzeniem Kinga. Obaj panowie potrzebowali łącznie 7. minut, aby z wyniku 1-1 zrobić 2-2. Spotkanie bez rozstrzygnięcia, żadna z ekip nie może czuć się specjalnie rozczarowana. Takich spotkań chcemy co tydzień!

watford-v-afc-bournemouth-premier-league

O dziwo mniej emocjonująco, choć również nieziemsko, było na White Hart Lane, gdzie Pep Guardiola po raz pierwszy zaznał goryczy porażki na Wyspach. Pochettino idealnie rozpracował rywala i widać to było od początku do końca na boisku. Brak Harry’ego Kane’a wyszedł tu nawet na dobre, ponieważ defensywa City zwyczajnie nie nadążała za dynamiczną trójką z przodu. Brak nominalnego napastnika powodował, że Son, Lamela i Alli co chwila wymieniali się pozycjami, tworząc chaos w szeregach obronnych rywali. Trzeba jednak przyznać, że w tym spotkaniu sam Koreańczyk mógłby tak zamotać obrońcami Obywateli. Emanuje od niego niebywała pewność siebie i na chwilę obecną facet jest pewny, że może wszystko, co działa na niego tylko i wyłącznie pozytywnie. Aż szkoda, że Lamela okazał się takim egoistą, biorąc piłkę do rzutu karnego, bo Son prawdopodobnie cieszyłby się z kolejnej bramki. No ale jest na tym świecie sprawiedliwość, a takie zachowanie Argentyńczyka zostało szybko ukarane fatalnym strzałem z „11” metrów.

Tottenham dokonał więc tego, co nie udało się sześciu poprzednim zespołom. Manchester City zakończył swoją wyśmienitą passę, choć fotel lidera zachował. Najważniejsze jednak, że wiemy, iż Guardiola jest człowiekiem i można go pokonać. Zresztą, sama jego reakcja pomeczowa pokazała nam ludzkie cechy. Hiszpan pogratulował rywalom i odparł bez skrupułów, że wygrał po prostu zespół lepszy. Klasa.

Zadziwiająco sporo problemów napotkali w ten weekend zawodnicy Liverpoolu i Arsenalu. Pierwsi przypomnieli sobie, że są jednak Robin Hoodem ligi i nie wypada im co tydzień lać słabszych po 5-1. Pierwsza połowa była w wykonaniu The Reds tragiczna, w drugiej natomiast zadziałał na zawodników kubeł zimnej wody od Kloopa, co zresztą potwierdzili chociażby Henderson czy Milner. Arsenal, z kolei, dość nietypowo nie rozszarpał słabszego rywala, a męczył się z nim do ostatniej minuty. Po raz kolejny wyraźny był brak skutecznego napastnika, który potrafiłby wykończyć chociaż jedną z tych wielu akcji. Udało się to rzutem na taśmę Kościelnemu. Samej bramce towarzyszyło wiele kontrowersji, ale do tego tematu wrócimy niebawem.

Najbliższy weekend zapowiada się…koszmarnie. Kolejna przerwa reprezentacyjna to cios prosto w serce dla każdego fana Premier League. Na nic zdadzą się tu pocieszenia, ale spróbuję. 8.kolejka Premier League dostarczy nam Spotkania przez duże „S”. 17. październik, godzina 21.00, derby Anglii. Na coś takiego chyba warto czekać te dwa tygodnie.

By | 2016-11-12T22:49:51+00:00 Październik 4th, 2016|Bez kategorii|0 komentarzy

About the Author:

Wielbiciel filozofii "kick&rush", cichy adorator Tony'ego Pulisa i miłośnik zimnych, deszczowych wieczorów w Stoke.

Zostaw komentarz