Dlaczego Roberto di Matteo nigdy nie był dobrym menedżerem

Roberto di Matteo to postać, która fanom Chelsea będzie momentalnie przypominać 19 maja 2012 roku. To wówczas The Blues podnieśli pierwsze i jak dotąd ostatnie trofeum za zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Pomimo tego sukcesu, Włoch nie może poszczycić się innymi punktami ze swojego CV, coraz bardziej zjeżdżając w rankingu menedżerów.  

Na wstępie (głównie dla fanów Chelsea) – nie deprecjonuje tego, co Di Matteo zrobił dla klubu z Londynu, staram się tylko udowodnić, jak wiele zależało od szczęścia i dlaczego ten sukces głównie przypisuję piłkarzom. Jeśli nie lubicie twardych faktów, które pogrążają Włocha i nieco subiektywnych opinii, śmiało możecie nie czytać dalej.

Di Matteo w 2012 roku osiągnął jak dotąd w swojej karierze pierwszy i ostatni szczyt w swojej karierze. Jak pokazuje jego kariera po przygodzie w Chelsea, wydaję się, że słowo „ostatni” będzie dość długo aktualne. Włocha śmiało można nazwać najgorszym zwycięzcą Ligi Mistrzów w historii, którego triumf pokazuje często losowość tego turnieju. Dlaczego?

Sam styl wygrania Champions League przez Chelsea wydaję się być całkowicie przypadkowy. Oczywiście – wygrane dwumecze z Napoli i Benfiką należy uznać za zasłużone, jednak dwa kolejne starcia już niezbyt. Pep Guardiola, który prowadził wówczas Barcelone – przeciwnika Chelsea w półfinale, przyznał w swojej autobiografii, że nigdy nie zagrali równie dobrego spotkania, jak w rewanżu na Camp Nou w kwietniu 2012 roku. Śmiem przyznać, że 99 na 100 takich pojedynków zakończyłoby się klęską przeciwnika. W owym czasie dokonał się scenariusz tego jednego spotkania. W całym dwumeczu ekipa Guardioli oddała 36 strzałów, z czego połowa była celna. Bawarczycy w finale poszli o krok dalej – nękali Petra Cecha 26 razy, z czego 8 razy celnie. To również było spotkanie totalnie zdominowane przez rywali Chelsea. Większość snuje teorie, jakoby drużyna z Londynu w tamtym okresie dobrze broniła. To wyświechtana bzdura. Podane wyżej statystyki (głównie strzały celne) jasno pokazują, że nie. Jeśli u Diego Simeone widzimy świetne rozmieszczenie graczy, zamykanie przestrzeni, to u Di Matteo na próżno szukać tego w spotkaniach z najlepszymi. Przypadek – tak najlepiej można określić powody zwycięstwa The Blues z dwoma wyżej wymienionymi potentatami. Innych argumentów po prostu brakuje.

dimatteocfc

Drugim argumentem, dzięki którym można zmniejszyć zasługi di Matteo za ten sukces są sami piłkarze. Angielscy dziennikarze opisujący finał Ligi Mistrzów twierdzili, że w pewnym momencie Włoch zdecydował, że na boisku wejdzie Paulo Ferreira. W normalnie zarządzanym zespole zmiana doszłaby do skutku, jednak wtedy tej roszadzie zaprotestował kapitan zespołu John Terry, który, co ciekawe, siedział na trybunach blisko ławki szkoleniowej Chelsea. O tym, że piłkarze sami rozwiązywali problemy w składzie wspomina także Didier Drogba –

[Podczas rewanżu z Barceloną] gracze naprawdę chcieli wziąć odpowiedzialność za wynik po wyrzuceniu z boiska Terry’ego. Menedżer powiedział Ivanoviciowi, aby ten zajął pozycję środkowego obrońcy, ale Jose Bosingwa powiedział: „Nie, nie, ja zagram na środku!” – wspomina Drogba.

Co nastąpiło po błogim zwycięstwie w Lidze Mistrzów? Di Matteo podpisał nową umowę, zaledwie dwuletnią i rozpoczął pracę na pełen etat. Na wstępie dostał ogromnego pstryczka w nos od Atleti w Superpucharze Europy, gdzie hat-trickiem popisał się Radamel Falcao. Następnie przyszły także porażki w lidze, po dobrym nomen-omen początku rozgrywek, oraz w Champions League. To tam doznał katastrofalnej klęski z Juventusem w Turynie, co do końca przesądziło o odpadnięciu Chelsea z rozgrywek już w fazie grupowej. Włoch doprowadził do sytuacji, w której to po raz pierwszy obrońca tytułu w kolejnej edycji odpadł na tak wczesnym etapie rozgrywek. Drużyna była wręcz zajechana, brak rotacji oraz zły okres przygotowawczy dały się we znaki już w listopadzie. Kolejnego dnia po feralnym spotkaniu we Włoszech Roberto wyleciał z pracy. Seria pięciu spotkań bez wygranej najwidoczniej przelała czarę goryczy Abramowicza, który nigdy nie był fanem Włocha, co potwierdza fakt, że Rosjanin dość długo romansował z Guardiolą po wygranej w Champions League. Dopiero odmowa Hiszpana zdecydowała o pełnoetatowym kontrakcie dla Di Matteo.

Co dalej? Di Matteo dość długo odrzucał oferty z różnych klubów. Wielu się zastanawiało, dlaczego nie chciał podejmować kolejnej pracy. Powód był dość jeden i bardzo oczywisty – pieniądze. Gdyby rozpoczął pracę w jakimkolwiek innym zespole, straciłby równowartość pensji, jaką wypłacał mu Abramowicz do zakończenia umowy z Chelsea. Przez półtorej roku Włoch doił klubową kasę, nie robiąc przy tym zupełnie nic. Jak podawały media, do Di Matteo zgłosiło się nawet PSG, które szukało następcy Carlo Ancelottiego.

dimmateoschalke

W październiku 2014 roku podjął pracę w Schalke. W 33 spotkaniach zdołał zwyciężyć zaledwie 14 razy, zdobywając ledwo 1,5 punktu na mecz w Bundeslidze. Okazał się to wynik na tyle karygodny, że w maju postanowiono szybko zrezygnować z usług byłego zwycięzcy Ligi Mistrzów. W ostatnich tygodniach Schalke za panowania włoskiego menedżera grało już bardzo słabo, zwłaszcza w meczach wyjazdowych, Czarę goryczy przelała porażka 0:2 z Hamburgerem SV w ostatniej kolejce niemieckiej ekstraklasy. Za kadencji Di Matteo w zespole z Veltins-Arena mnożyły się kontuzje i pojawiły się sporne sytuacje – Kevin-Prince Boateng oraz Sidney Sam zostali odsunięci od treningów, ponieważ w ocenie trenera i dyrektora sportowego Horsta Heldta nie przykładali się do zajęć.

Po roku bezrobocia Di Matteo otrzymał propozycję od Aston Villi, spadkowicza Premier League. Włoch latem otrzymał sporo pieniędzy na transfery, wydając 50 milionów funtów na nowych graczy. Pomimo tego nie potrafił zbudować zespołu, który będzie konkurencyjny w walce o awans do Premier League. Drużyna Włocha nie potrafi zwyciężyć w spotkaniu ligowym oraz pucharowym już od ośmiu spotkań. Podobne serie zdarzały mu się w West Bromie (jedna wygrana w dziesięciu ostatnich spotkaniach przed zwolnieniem z The Hawthorns). To spowodowało, że nowy właściciel, Tony Xia jest coraz bardziej zaniepokojony sytuacją zespołu. Oprócz słabych wyników w lidze, gdzie The Villans znajdują się kilka punktów od strefy spadkowej, ekipa byłego bossa Chelsea odpadła już także z EFL Cup z czwartoligowym Luton Town.

Jedną z największych ironii losu dla fanów Chelsea jest to, że zwycięstwo w Lidze Mistrzów nadeszło właśnie za sterami tego sympatycznego Włocha. Wcześniej nie potrafili tego dokonać o wiele bardziej klasowi menedżerowie jak Mourinho czy Ancelotti. Przypomnijmy, że zwycięstwa w Lidze Mistrzów nie ma także Diego Simeone, obecnie uznawany za jednego z najlepszych menedżerów na świecie. Wracając do przeszłości, podobną droga mógł podążyć Avram Grant, gdyby nie fatalny poślizg Terry’ego. Chelsea za rządami Izraelczyka jednak wyglądała dużo lepiej, a rozgrywki ligowe zakończyła na drugiej lokacie z kilkoma punktami straty do mistrza z czerwonej części Manchesteru. Di Matteo w sezonie kiedy wygrał Ligę Mistrzów zaprowadził drużynę w lidze dopiero na szóstą lokatę. O fatalnym stylu gry w porównaniu do ekipy Granta już nie wspominając.

Kończąc wywód – Di Matteo dla pewnie większości kibiców Chelsea pozostanie legendą. Jednak to wcale nie powinno tuszować faktu, że menedżerem – co już udowodnił nie raz – jest po prostu fatalnym.

By | 2016-11-12T22:49:54+00:00 Wrzesień 29th, 2016|Chelsea, Slider|1 komentarz

About the Author:

1 komenarz

  1. KolleR 1 października 2016 w 16:21 - Odpowiedz

    modle się o dzień kiedy ten pseudotrener wyleci na zbity ryj z Aston Villi

Zostaw komentarz