Przedwczesne koronacje, czyli co wiemy po 6. kolejce

Miało być zaciekle i emocjonująco. Było jednostronnie i nudnawo. No przynajmniej w połowie przypadków. Hity pod tym względem może i zawiodły, ale równowaga została zachowana, a tygodniowa porcja świeżych emocji i przepysznych bramek prosto z Premier League ostatecznie się zgadzała. Co się zatem wydarzyło w tej 6. kolejce i co po niej wiemy?

Sobota stała pod znakiem derbów Londynu. Zaczęło się jednak od równie ciekawie zapowiadającego się starcia Manchesteru United z Leicester. Nie wiem, co bardziej mnie w tym wydarzeniu zszokowało: decyzja Mourinho o posadzeniu Rooneya na ławce czy to, jak Czerwone Diabły potrafią bez niego grać. Piłka chodziła szybciej, zawodnicy poruszali się żwawiej, a akcje miały w końcu jakiś ład. Paradoksalnie, trzy z czterech bramek padły nie po tych świetnych akcjach, a po rzutach rożnych, ale nie ma to raczej znaczenia. Znaczenie ma rozgromienie obrońcy tytułu, choć nie tylko. Być może równie istotna była bramka Pogby. Widać było ogromną ulgę na jego twarzy, gdy w końcu udało mu się wpakować piłkę do siatki i z pewnością wpłynie to pozytywnie na jego grę. A jeśli dodamy do tego więcej swobody w nowym, bezRooneyowym systemie, to możemy zacząć się powoli bać francuskiej bestii.

A już z pewnością należy się obawiać Sona Heung-mina. Ponownie zagościł w pierwszym składzie i ponownie pozamiatał. Kolejne dwie bramki, tym razem z Middlesbrough potwierdziły jego wybitną formę. Pokazały też, jaką pewnością siebie on emanuje. Przy drugim trafieniu zachował się tak, jakby miał już na koncie co najmniej hat-tricka, a w całym sezonie był kluczową postacią. Son natomiast jeszcze do niedawna był głębokim rezerwowym. Niesamowite, jak szybko zdołał on odbudować się psychicznie. Ale skoro już chwalimy Koreańczyka, to należy również pochwalić cały zespół. Tottenham nie poszedł może w trend tej kolejki i nie rozgromił rywala, ale zrobił dokładnie to, co cechuje mistrzów – pojechał na obcy teren, zrobił swoje, a mecz dodał do zakładki “do zapomnienia”. Koguty skromnie, acz konsekwentnie zgarniają kolejne punkty i bardzo prawdopodobne, że ponownie ukończą sezon w top4. Wszystko zależy jednak od tego, jak pogodzą ligę z LM.

during the Barclays Premier League match between Tottenham Hotspur and Crystal Palace at White Hart Lane on September 20, 2015 in London, United Kingdom.

W poprzednim sezonie zaczęli od pięciu pewnych zwycięstw. Po tych pięciu kolejkach już koronowano ich na mistrzów Anglii. Dopadł ich jednak kryzys i ostatecznie skończyli na czwartym miejscu. Teraz historia zdaje się powtarzać. Minęło sześć kolejek, a City z kompletem oczek. Chciałbym zatem stłumić tę ekscytację zespołem Guardioli i ponownym, przedwczesnym, wręczaniu im pucharu. Chciałbym, ale ciężko by mi to szło, skoro sam daję się ponieść temu, co widzę. Oczywiście daleko mi do tych, którzy uznali temat mistrza Anglii za zamknięty, ale doprawdy ciężko sobie teraz wyobrazić, aby Manchester City skończył ten sezon na miejscu innym niż pierwsze. Być może bez Kevina de Bruyne (który wypadnie na miesiąc z powodu kontuzji) to zabójcze tempo opadnie i drużyna zgubi parę punktów, ale raczej się na to nie zanosi. Skoro bez Aguero dali sobie świetnie radę, to bez rudzielca również powinni utrzymać wyśmienitą formę. A przekonamy się o tym już w najbliższą niedzielę, gdy Obywatele zmierzą się z Tottenhamem. To spotkanie powinno nam odpowiedzieć na kilka pytań.

Imponuje City, zaimponował też Liverpool. Podopieczni Jurgena Kloppa nie zwolnili tempa i po ograniu Leicester i Chelsea, nie dali choćby cienia szansy Hull City. Powolutku oglądamy już to, nad czym tak pracował niemiecki szkoleniowiec na Anfield. The Reds do złudzenia przypominają teraz “kloppowską” Borussię i wręcz mordują rywali pressingiem. Curtis Davies w pomeczowej wypowiedzi opisał to w taki oto sposób: Chwycili nas za gardło od samego początku i nie zamierzali puścić nawet na moment. Określenie trafne w 100%, gdyż Liverpoolczycy biegali jak szaleni przez pełne 90 minut. Dało im to pewne zwycięstwo, ale czy da top4? Czy w świecie angielskiego terminarza napiętego do granic możliwości można sobie pozwolić na tak zabójcze tempo co kolejkę? Teraz jeszcze tak, ale w grudniu nie widzę już takiej możliwości. Konieczne będzie przystopowanie i zapewne wtedy dowiemy się, na co stać w tym sezonie Liverpool.

W czerwonej części Merseyside jest więc póki co świetnie. A jak się sprawy mają w części niebieskiej? Jeszcze do niedawna było podobnie. Trafiła się jednak wpadka z Bournemouth, które, nie oszukujmy się, było ostatnimi czasy w dość przeciętnej formie. Co to oznacza dla Evertonu? Na chwilę obecną jeszcze nic. Nie ma co psuć dobrych nastrojów po jednym spotkaniu. Można się jednak zastanowić czy był to wyłącznie wypadek przy pracy, czy może obudziły się demony z poprzednich lat? Na razie zakładamy to pierwsze. Nie można tego jednak powiedzieć o wszystkich zawodnikach The Toffees. Ross Barkley nie grzeszy formą już od dobrych kilku spotkań i na miejscu Koemana poważnie zastanowiłbym się nad posadzeniem Anglika na ławce. Z Rooneyem wypaliło, więc może i tutaj da to pozytywny skutek?

promo287424867

West Ham powolutku poprawia się w grze obronnej. Tym razem Młoty straciły tylko trzy bramki, a nie cztery jak to miało miejsce w meczach z West Bromem i Watfordem. Well done lads!

Rozczarował nieco szlagier tej kolejki. Długie okresy wyrównanej walki zbliżały się nieuchronnie do upragnionego przez nas wszystkich bezbramkowego remisu. Ktoś postanowił jednak pogwałcić ten tradycyjny, legendarny wręcz wynik. Joe Allen zepsuł całą zabawę, zdobywając swoją pierwszą bramkę dla Stoke. Szkody postanowił zniwelować Salomon Rondon, ale 1-1 to nie jest rezultat, jakiego oczekiwaliśmy my, kibice. A miało być tak pięknie z Shawcrossem i Dawsonem w Fantasy Premier League…

W nieco mniej elektryzującym szlagierze Chelsea, bądź co bądź, niespodziewanie dostała istny łomot od Arsenalu. Kanonierzy byli lepsi w absolutnie każdym aspekcie gry (z obroną na czele) i udowodnili, że potrafią wygrywać nie tylko z ligowymi średniakami. Apetyty wśród kibiców na Emirates wyostrzone, szczególnie, gdy spojrzy się na terminarz. Burnley, Swansea, Boro, Sunderland i dopiero potem teoretycznie trudniejszy rywal w postaci Tottenhamu. Nie można oczywiście dopisać Arsenalowi kompletu punktów za te spotkania, ale trzeba przyznać, że przed tym zespołem długa prosta, na której można się ładnie rozpędzić. Z takim układem i z taką formą poszczególnych zawodników (Sanchez!!!) można odłożyć na bok żarciki o czwartym miejscu i trzeba uznać Kanonierów za realnych kandydatów do zgarnięcia mistrzostwa. Oczywiście mowa tu o mistrzostwie jesieni. W grudniu czeka nas bowiem zapewne kolejny odcinek serialu “Szpital na Emirates”.

Do grudnia jednak jeszcze daleko. Skupmy się na tym, co teraz, bo już w piątek wraca Premier League i standardowo jest na co czekać.

By | 2016-11-12T22:49:57+00:00 Wrzesień 27th, 2016|Bez kategorii|0 komentarzy

O autorze:

Wielbiciel filozofii "kick&rush", cichy adorator Tony'ego Pulisa i miłośnik zimnych, deszczowych wieczorów w Stoke.

Dodaj komentarz