Zabrać bogatym i oddać biednym, czyli co wiemy po 5. kolejce

Rajd po mistrzostwo, walka o utrzymanie, wszystko zaczyna się już na dobre. Drużyny powoli tracą możliwość usprawiedliwiania się trudnymi początkami. Trzeba punktować, bowiem z każdą kolejną kolejką będzie robiło się coraz goręcej. Czego dowiedzieliśmy się po piątej kolejce?

A zaczęło się już w piątek, do czego wciąż ciężko mi się przyzwyczaić. Dodatkowo przystawka, która miała wprowadzić nas w nastrój przed kolejnymi daniami, okazała się główną pozycją tego weekendu. Przechodząc już do przebiegu samego spotkania, to chyba nikt nie spodziewał się takiej przewagi Liverpoolu, zwłaszcza w pierwszej połowie. Co prawda powszechnie wiadomo, że podopieczni Jurgena Kloppa to taki ligowy Robin Hood, ale po Chelsea spodziewaliśmy się dużo więcej. Tymczasem piłkarze LFC byli po prostu wszędzie i ciężko dziwić się, że to właśnie oni przebiegli w tym sezonie najwięcej kilometrów w całej lidze. Najpierw wynik otworzył Dejan Lovren, a następnie Henderson zrobił coś, o co nie posądziłby go żaden postronny obserwator. Piękna bramka, która z pewnością będzie kandydowała do miana gola sezonu, chociaż znając Premier League, to pewnie jeszcze kilkukrotnie zmienimy zdanie. Wracając już jednak do meczu, Chelsea nie pomogła nawet bramka Diego Costy i rozpaczliwe ataki pod koniec meczu. Liverpool odnosi kolejne zwycięstwo, a kibicom innych zespołów pozostaje się pocieszać, że w lidze grają także z takimi zespołami jak Burnley, Hull czy Stoke City.

Liverpool's English midfielder Jordan Henderson celebrates scoring his team's second goal during the English Premier League football match between Chelsea and Liverpool at Stamford Bridge in London on September 16, 2016. / AFP PHOTO / GLYN KIRK / RESTRICTED TO EDITORIAL USE. No use with unauthorized audio, video, data, fixture lists, club/league logos or 'live' services. Online in-match use limited to 75 images, no video emulation. No use in betting, games or single club/league/player publications. / GLYN KIRK/AFP/Getty Images ORIG FILE ID: AFP_G821Q

AFP PHOTO / GLYN KIRK

Sobota stała pod znakiem bramek. Pięć spotkanie dało nam aż 22 trafienia, czyli średnio 4,4 gola na mecz! Cztery z tych wszystkich trafień to zasługa zawodników Manchesteru City, którzy gładko przejechali się po Bournemouth. Przed meczem zastanawiałem się czy to jeszcze naiwność, czy już głupota, jeżeli wierzę w opór podopiecznych Eddiego Howe’a. Szybko otrzymałem odpowiedź, bowiem Wisienki wyszły na ten mecz z jednym życzeniem – jak najmniejszy wymiar kary. Rozpoczął Kevin de Bruyne, który potwierdził swoją niezwykłą formę i zanotował fantastyczny występ. Na początku meczu ustawił piłkę tuż przy linii pola karnego i uderzył pod murem, nie dając szans Arturowi Borucowi. Swoją drogą, ciekawa była interpretacja ekspertów w polskich i angielskich mediach. Krzysztof Przytuła rozbawiony całą sytuacją stwierdził, że Belg nie mógł planować uderzenia, a piłka po prostu zeszła mu z nogi. Tymczasem Alan Shearer zachwycał się inteligencją i pomysłem piłkarza City, cóż. Dalej było już tylko gorzej, a do głosu doszli Iheanacho, Sterling (który spokojnie mógł ustrzelić hat tricka) i Ilkay Gundogan. Warto wspomnieć, że każda akcja miała jednego wspólnego architekta, ale nad grą Kevina już się rozpływałem. To oczywiście głupota koronować mistrzów po pięciu kolejkach, ale jeżeli City Guardioli nadal będzie grało tak dobrze, to ciężko wyobrażać sobie inny scenariusz.

Nie tylko City strzeliło zresztą cztery bramki, bowiem takim samym dorobkiem mógł poszczycić się Arsenal, wygrywający 4:1 z Hull City oraz jedna z ekip na The Hawthorns. Kiedy wspomnimy jednak, że to nie West Ham, a West Brom może pochwalić się takim dorobkiem, zapada powszechny szok i niedowierzanie. Tony Pulis dla którego dwie bramki jego podopiecznych są już prawdziwym świętem, mógł obserwować jak Nacer Chadli, Salomon Rondon i James McClean sieją popłoch w szeregach obronnych rywala i wypracowują prowadzenie 3:0. Po przerwie kryminał przy rozegraniu rzutu rożnego, szybka kontra wyprowadzona przez Darrena Fletchera i West Brom prowadzi już 4:0. Slaven Bilić próbował obudzić się z tego koszmaru, ale szybko zdał sobie sprawę, że tak wygląda szara rzeczywistość. Co prawda West Ham zdołał strzelić jeszcze dwie bramki za sprawą Antonio i Lanziniego, ale dalsze ataki przypominały bicie głową w mur. Piąty mecz, czwarta porażka i towarzystwo Manchesteru, Liverpoolu czy Southampton, zamienione na Sunderland i Stoke City. Coś się zepsuło i wie o tym zarówno Bilić, jak i właściciele klubu, którzy zawiesili rozmowy o przedłużeni kontraktu z Chorwatem, do czasu zażegnania tego kryzysu.

bilic1009

West Ham był jedną z największych rewelacji ubiegłego sezonu i ustąpił miejsca chyba tylko Leicester, które także nie może zaliczyć początku sezonu do łatwych i przyjemnych, ale wydaje się, że po zwycięstwie w Lidze Mistrzów podopieczni Ranieriego wracają powoli na odpowiednie tory. W meczu z Burnley przed szereg wyszedł Islam Slimani, który na początku zmarnował kilka dogodnych sytuacji, ale później dwukrotnie wpisał się na listę strzelców i walnie przyczynił się do tego zwycięstwa. To bardzo dobrze, że na King Power pojawił się ktoś, kto będzie mógł odciążyć Jamiego Vardy’ego i da Ranieriemu szersze pole manewru.

Znowu wygrał Everton, który jest jednym z trzech, obok Manchesteru City i Tottenhamu, niepokonanych zespołów na starcie tego sezonu. Tym razem podopieczni Ronalda Koemana podejmowali Middlesbrough i chociaż Maarten Stekelenburg wpadł z piłką do własnej bramki, (po wyraźnym faulu Negredo, którego nie zauważył arbiter) to i tak udało się wyrwać komplet punktów. Ogromna w tym zasługa Romelu Lukaku, który zaliczył gola i asystę przy bramce Seamusa Colemana. Bohaterem wieczoru był jednak Gareth Barry, dla którego był to mecz numer 600. w Premier League, uwieńczony bramką i tradycyjną żółtą kartką. Lepsi w klasyfikacji występów są od niego już tylko Ryan Giggs i Frank Lampard, ale jeżeli tylko dopisze zdrowie, Barry wyprzedzi legendy Manchesteru i Chelsea jeszcze w tym sezonie.

Utrata rekordu to zresztą nie jedyne zmartwienie dla Ryana Giggsa. Walijczyk musi rwać sobie włosy z… głowy oglądając ostatnie poczynania Manchesteru United, chociaż można przypuszczać, że po pracy z Louisem van Gaalem jest już do tego przyzwyczajony. Porażka w derbach i blamaż w Lidze Europy sprawiły, że nikt nie dopuszczał do siebie nawet myśli o niepowodzeniu z Watfordem, który jest przecież w całkiem dobrej formie. O tym, że nikt nie dawał szans Szerszeniom niech świadczy fakt, iż bukmacherzy za jedną postawioną złotówkę na zwycięstwo Deeneya i spółki płacili aż 13. Boisko zweryfikowało jednak wszystko, kiedy niereformowalny Etienne Capoue zrobił na złość wszystkim, którzy jeszcze nie kupili go w Fantasy i po raz kolejny wpisał się na listę strzelców. Wyrównanie Rashforda w drugiej połowie dało co prawda nadzieję na zachowanie twarzy, ale końcówka należała do Zunigi i Deeney’a, którzy pokonywali De Geę i doprowadzili do zwycięstwa 3:1. I nie ma się co oszukiwać, to Watford był zespołem lepszym i to Watford zasłużył na trzy punkty. Manchester ma duży problem.

Britain Football Soccer - Watford v Manchester United - Premier League - Vicarage Road - 18/9/16 Manchester United's Wayne Rooney looks dejected after Watford's Troy Deeney scores their third goal Reuters / Eddie Keogh Livepic EDITORIAL USE ONLY. No use with unauthorized audio, video, data, fixture lists, club/league logos or "live" services. Online in-match use limited to 45 images, no video emulation. No use in betting, games or single club/league/player publications. Please contact your account representative for further details.

Eddie Keogh Livepic

Na koniec jak jeden mąż przegrały Swansea, Sunderland i Stoke, czyli w zasadzie wszystko w normie, bowiem to te zespoły są obecnie najczęściej wymieniane do rozpaczliwej walki o utrzymanie. Na włosku wisi podobno posada Guidolina, który spoglądając w kalendarz, może się po prostu załamać. City, Liverpool i Arsenal. To nie wróży dobrze jego posadzie. W pozostałych dwóch klubach nastroje jeszcze spokojne, ale jeżeli sytuacja w tabeli nie zacznie się poprawiać, to ktoś może stracić cierpliwość. Rajd po pierwsze zwolnienie rozpoczyna się na dobre. Przypomnę tylko, że przed rokiem miał to być Ranieri.

W tygodniu czekają nas zmagania pucharowej, ale już w weekend zawodnicy wracają na ligowe boiska. Czekają między innymi prestiżowe derby Londynu!

By | 2016-11-12T22:50:11+00:00 Wrzesień 20th, 2016|Bez kategorii|0 komentarzy

O autorze:

Pasjonat wyspiarskiego futbolu od Brunton Park po Old Trafford.

Dodaj komentarz