Londyński Norman Bates, czyli co wiemy po 4. kolejce

To miała być kolejka w iście hitchcockowskim stylu. Sam początek miał nas zwalić z nóg, reszta natomiast miała takowy stan podtrzymać. I rzeczywiście coś w tym było, choć nie można powiedzieć, aby to derby były kluczowym elementem. Co zatem działo się w tej 4. kolejce Premier League?

Działo się, standardowo, sporo, a zaczniemy może od tego początkowego cliffhangera. Spodziewał się ktoś takiej przewagi City? City grającego na wyjeździe? City grającego bez Aguero? Ja z całą pewnością nie. Tak samo, jak nie spodziewałem się tak “niezwykłej” formy Bravo. Na początku mówiłem sobie: “no no, rzeczywiście widać różnicę, jeśli chodzi o grę nogami”. Po bramce Ibry: “no i co panie Guardiola? Nie można mieć wszystkiego, co? Nie ma bramkarza świetnie podającego i świetnie grającego na przedpolu!” Po meczu moje wnioski ponownie jednak uległy zmianie. Nie można mieć wszystkiego, ale obecnie to menedżer Obywateli nie ma niczego. Claudio Bravo zaliczył koszmarny występ, popełniając błąd za błędem i tylko cud w postaci ślepoty Clattenburga pozwolił mu dograć to spotkanie do końca, po tym, jak potraktował we własnym polu karnym Rooneya. Po meczu powstały setki memów przedstawiających Guardiolę próbującego ściągnąć Harta z powrotem do klubu, ale sam Anglik nie chciał być gorszy od swojego konkurenta z Etihad i popisał się równie zabawnym babolem. Coś czuję, że to nie koniec poszukiwań nowego bramkarza w Manchesterze.

960

Ale Bravo to i tak nic w porównaniu z tym, co zrobili piłkarze West Hamu. Ci to dopiero przyprawili swojego trenera o niezły zawrót głowy. Nie ma to jak zapracować sobie na pewne 2:0, po czym całkowicie olać sprawę i popełnić błędy, które nawet Lucasowi z Liverpoolu się nie śniły (no może trochę przesadziłem, wielbłąda Brazylijczyka nic nie przebije). A robi to drużyna, która otarła się w tamtym roku o LM, w tym natomiast miała celować w podobne lokaty. Tymczasem po 4. kolejkach zaledwie 3 punkty i strefa spadkowa na wyciągnięcie ręki. Czy tak miała wyglądać nowa era na Stadionie Olimpijskim? Jeśli tak, to taki Payet czy Antonio długo tam nie zagoszczą.

Ten koszmar West Hamu nie jest jednak wyłącznie dziełem tragicznej gry jego zawodników. W stan psychozy i zagubienia wprowadziła ich nie tyle ich własna nieporadność, ale również wyśmienita gra Watfordu. Ighalo w końcu grał jak Ighalo, Deeney strzelił prawdopodobnie najpiękniejszą bramkę tej kolejki (co w przypadku tej konkretnej kolejki jest nie lada wyczynem, zważywszy na pozostałe trafienia), a Capoue, oj Capoue… ten gość łamie kolejne mity i wyśmiewa prawa fizyki, grając po prostu wybornie. Kto by pomyślał, że w tym defensywnym pomocniku drzemie tak ogromny potencjał. Wystarczyło przesunąć go troszkę do przodu, żeby zobaczyć efekty. Nie wpadł na to Flores, wpadł natomiast Mazzarri i chwała mu za to. Dzięki temu Włoch ogląda teraz swój zespół w górnej części tabeli i póki co nie przejmuje się absolutnie walką o utrzymanie. Po takim comebacku nie wchodzi to w grę.

2016-09-10t152255z_116522575_mt1aci14603525_rtrmadp_3_soccer-england-whu-wat

A jeśli już przy comebackach jesteśmy, to Szerszenie nie były jedynymi, którzy w ten weekend powrócili ze świata umarłych. Na nowo przybył do nas Callum Wilson, w końcu zadziorny i głodny gry. Powrócił Benteke robiący dokładnie to, co umie najlepiej. W świetnym stylu przypomniał o sobie również Lukaku, pakując hat-trick w 11 minut. Ale miano największego comebacka ląduje w rękach Heunga-Min Sona. Szczerze, to byłem już przekonany, że koleś odpuścił sobie rywalizację w Anglii i w spokoju poczeka na okienko transferowe. Tymczasem on niespodziewanie ląduje w składzie za Lamelę i odstawia takie show, że mucha nie siada. Dwie bramki i asysta chyba dobitnie mówią, że Koreańczyk nie zamknął za sobą drzwi angielskiej ekstraklasy, a raczej otworzył sobie okno na podwórze przy White Hart Lane, gdyż niewykluczone, że zagości tam na dłużej, niż tylko kolejne pół roku.

Na inaugurację fundują kibicom prawdziwy dreszczowiec, wygrywając ostatecznie z Arsenalem. Następnie dostają tęgie lanie od beniaminka, po czym zaledwie remisują z Tottenhamem. Teraz, z kolei, ogrywają mistrza Anglii aż 4:1. Za ten występ Liverpoolu można indywidualnie pochwalić niemalże każdego. Największą furorę robi oczywiście nowy nabytek – Sadio Mane. Senegalczyk utrzymuje, póki co, wysoką formę, a do tego już teraz doskonale rozumie się z kolegami z zespołu. Współpraca z Firmino wyglądała rewelacyjnie i jeśli kibice The Reds liczą na miejsce w top4, to szansy powinni upatrywać właśnie w tej dwójce. Przed Liverpoolem spotkanie z Chelsea i niewykluczone, że i tam pokuszą się o komplet punktów. Ale spokojnie, potem są mecze z Hull i Swansea, a więc wszystko wróci do normy, a Klopp standardowo odda biedniejszym te cenne punkty.

maxresdefault

Jeszcze w sierpniu przyszłość Diego Costy nie była do końca znana. Został on jednak na Stamford Bridge i odwdzięcza się Conte za zaufanie. Reprezentant Hiszpanii jest niejako Normanem Batesem. Najczęściej jest to małpa, w dodatku niegrzesząca inteligencją. Drzemie jednak w tej małpce druga osobowość, dzięki której Costa tak świetnie gra w piłkę. Aż chciało by się, aby skupiał się on wyłącznie na tym drugim “ja” i zajął się tylko kopaniem piłki. Choć też trzeba przyznać, że nie ma lekko. Napastnik Chelsea jest bowiem najczęściej faulowanym zawodnikiem w tym sezonie. Aż piętnaście razy zatrzymywano go nieprzepisowo. W Swansea chyba o tym zapomnieli, co pozwoliło mu kolejny raz bezpośrednio zdobyć punkty (a właściwie punkt) swojemu zespołowi.

Już w piątek rusza 5. kolejka! Ponownie już na starcie wita nas hit. Pozostaniemy więc w klimacie thrillerów. I bardzo dobrze. Nie ma bowiem nic lepszego, niż dreszczowce w Premier League.

By | 2016-11-12T22:50:22+00:00 Wrzesień 13th, 2016|Bez kategorii|0 komentarzy

O autorze:

Wielbiciel filozofii "kick&rush", cichy adorator Tony'ego Pulisa i miłośnik zimnych, deszczowych wieczorów w Stoke.

Dodaj komentarz