Derby Manchesteru jak filmy z Rockym Balboą

Z pewnością pamiętacie serię kinowych hitów z Sylvestrem Stallonem w roli głównej, a jeśli nie, to spotkanie na Old Trafford było najlepszym trailerem z możliwych. Okładany pięściami przez całą pierwszą połowę Manchester United chwiał się niesamowicie, ale nadal stał. I tuż przed kończącym pierwszą rundę gongiem wykorzystał jedyne potknięcie, jakie sprezentował im rywal, czym odmienił oblicze tej derbowej wojny. – Tylko która to będzie część Rockyego? – takie pytanie mogli zadawać sobie kibice obu drużyn. Pierwsza, w której “Włoski Ogier” jest zwycięzcą tylko moralnym, bo przez decyzję sędziów pasa mistrzowskiego zdobyć się nie udało? A może każda kolejna, gdzie na lawinę huraganowych ataków i krwawą wojnę Rocky odpowiadał nokautem? 

Pierwsza połowa to była demolka. Tak, jakby reprezentacja Brazylii z Ronaldo, Ronaldinho i Rivaldo w składzie grała z kelnerami, fryzjerami czy listonoszami z San Marino – i to po całym dniu pracy. 70% posiadania piłki, świetna gra kombinacyjna, całkowita dominacja. Przepaść. Tym większe było nasze zdziwienie, kiedy otwierającą wynik bramkę piłkarze Guardioli strzelili nawet nie w stylu Mourinho, a LZS Chrząstawa. Takie bramki padają w ósmej lidze mistrzów seryjnie – długa piłka Kolarova, przedłużenie głową Iheanacho i wykończenie, które było jednak dużo wyższej jakości niż to z polskiej Serie B. Co nie zmienia faktu, że Eric Bailly zapracował sobie w tej akcji na pozycję rodem z kartofliskowych boisk – kiepskiego forstopera. O Blindzie pisać nie będziemy, bo aż żal kopać leżącego.

Mourinho się trochę Guardioli przestraszył. Wiele osób będzie przekonywało, że to znany z Gran Derbi scenariusz, w którym prowadzony przez Portugalczyka Real Madryt całkowicie zrzucił na gości ciężar konstruowania akcji. Ale mecz odbywał się na Old Trafford, Manchester City to nie FC Barcelona, a odpowiednik Messiego w Premier League pauzował za uderzenie Winstona Reida łokciem. Jeśli Jose miał czymś zaskoczyć Pepa to na pewno nie stylem, który był znany z kilkunastu wcześniejszych batalii między oboma dżentelmenami. Próbował nowymi skrzydłowymi, ale ci wzbudzili tylko uśmiech politowania i mogli iść w przerwie meczu pod prysznic.

Ale taki stan rzeczy po prostu nie mógł trwać wiecznie. Te derby nie były zapowiadane jako jeden z największych meczów w historii Premier League tylko z jednego, błękitnego powodu. Owszem, wyśmienicie patrzyło się na grę The Citizens (Kevin de Bruyne!), ale do szlagierowego tanga trzeba dwojga. Na szczęście do niego podopiecznych Mourinho zaprosił Claudio Bravo. Może Chilijczyk fantastycznie gra nogami, ale praca bramkarza polega – chociaż Guardiola się może z taką tezą nie zgodzić – przede wszystkim na grze rękoma. A z nich tuż przed przerwą Bravo futbolówkę wypuścił i Zlatan swój pierwszy poważny kontakt z piłką zamienił na bramkę. O drugim wolałby zapomnieć – kolejny błąd byłego golkipera FC Barcelony, którego próżno było szukać między słupkami. Szwed jednak uderzył tak, jakby strzelał w ogródku za domem swojej córce. Może to i dobrze, bo remis do przerwy byłby jednym z najbardziej niezasłużonych wyników w historii.

Portugalski menedżer jednak niczym rekin poczuł krew oszołomionych rywali. Na drugą połowę wpuścił dwóch nowych zawodników, ale tak naprawdę po zmianie stron wszyscy – oprócz solidnych od początku Pogby i Fellainiego – wyszli na plac gry odmienieni. I tak jak Moruinho stchórzył przed dominacją w posiadaniu piłki drużyny Guardioli, tak prowadzone przez Hiszpana City – po totalnej przemianie United po przerwie – zapomniał o wyprowadzaniu ciosów i zdecydował się głównie trzymać gardę, której odzwierciedleniem była zmiana świetnego dziś Iheanacho na defensywnego pomocnika Fernando. Na szczęście dla Hiszpana były piłkarz FC Porto zagrał na tyle dobrze, że ta zmiana proporcji w stylu gry na korzyść defensywy nie była aż tak widoczna.

Im bliżej było do końcowego gongu, tym szybsze i mocniejsze były ciosy wyprowadzane przez pięściarzy w czerwonych i błękitnych spodenkach. Kilka razy wydawało się, że Manchester United naprawdę wejdzie w rękawice Rocky’ego, bo oparta na zaangażowaniu i agresji gra “Czerwonych Diabłów” raz po raz zagrażała bramce City. Problem w tym, że proste, sierpowe i podbródkowe wyprowadzane przez Zlatana fruwały dość daleko od głowy fightera z niebieskiej części Manchesteru. Ten także próbował się odgryzać, tworząc jeden z lepszych piłkarskich spektakli w tym sezonie Premier League, ale do ostatniego gwizdka Marka Clattenburga nikt już na deski nie upadł. Więcej knockdowów na Old Trafford zaliczyli gospodarze i muszą się pogodzić z faktem, że niebo nad Manchesterem będzie miało naturalny, błękitny kolor.

By | 2016-09-10T15:59:36+00:00 Wrzesień 10th, 2016|Bez kategorii|0 komentarzy

About the Author:

Zostaw komentarz