Kogoś tutaj brakuje, czyli 1. kolejka Premier League

Pierwsza za nami, 37 przed nami. Standardowo inauguracja sezonu dostarczyła nam sporo emocji, choć nie był to jeszcze poziom, na jaki czekaliśmy te dłuuugie 3 miesiące. Na początek jednak w zupełności wystarczy. Czego mogliśmy się po tej kolejce dowiedzieć? Kilka rzeczy się znalazło.

Sobotni poranek wzbudzał we mnie przeróżne uczucia. Z jednej strony oczywista radość, towarzysząca mi od momentu uchylenia powiek. Z drugiej jednak nerwowość zmuszająca mnie do częstego i błyskawicznego rzucania swojego wzroku na zegarek. W normalnych okolicznościach zostałbym wzięty za wariata. To nie były jednak normalne okoliczności. To był pierwszy dzień nowego sezonu Premier League! Kolejno odliczałem minuty do startu. 10.42? Chryste! Jak daleko jeszcze. 11.26? Czy ten czas w ogóle leci? 12.32? Są już składy na mecz? Już tak blisko!

Godzina 13.30. W końcu zaczyna się Premier League! Tyle czekania, więc zacieram rączki i klasycznie zapinam pasy. Na start obrońcy tytułu. No lepiej być nie mogło. Forma Leicester jest bowiem jedną wielką niewiadomą. Zaciekawiony, poszukuję więc wzrokiem na boisku kluczowych zawodników. Drinkwater? Obecny. Mahrez? Czaruje na skrzydle. Morgan? Czyści jak zawsze. Kogoś mi tu jednak brakuje. Gdzie ten pan, który ładował jeszcze niedawno bramkę za bramką? Gdzie ten pan, który zepchnął w czeluść rekord van Nisterlooya? No coś tam w ataku biega. Podnoszę się więc z fotela, aby się temu obiektowi lepiej przyjrzeć. Z pozoru wszystko wygląda okej. Gość ma „9” na plecach, biega jak szalony i wciąż stwarza zagrożenie. Jest jednak pewna niewłaściwość, a dotyczy ona wykończenia. Jedną zmarnowaną setkę można by było jeszcze jakoś tłumaczyć nutką pecha. Dwie też bym jeszcze jakoś nieudolnie bronił. Z trzema nie ma już jednak szans. To nie może być ten sam zawodnik, który jeszcze sezon temu bił się o koronę króla strzelców. To musi być nowy nabytek! Daleko mu jednak do południowo-iberyjskiej karnacji a’la Soldado. Wdzięczny sposób poruszania się w stylu Heskey’a również się nie zgadza. No nic, zażenowany swoją niewiedzą wracam na fotel. Nie mam pojęcia kto, obok Musy, biega w ataku Leicester. Obiecuję Wam jednak, że się tego dowiem! No i oczywiście dam znać, gdzie gra teraz Vardy.

Po lekkim rozczarowaniu związanym z porażką Leicester, wracam na fotel. Kolejny na rozkładzie Everton i Tottenham Zapowiada się na Meczycho przez duże M. Kończy na meczyku, bez potrzeby wyolbrzymiania czegokolwiek. No dobra, nie było aż tak źle. Po tak długiej przerwie oczekuje się jednak pokazu fajerwerków. I to bynajmniej nie takiego w stylu świętowania dnia bigosu w Niećkowie. To mają być fajerwerki, jakich nawet w Dubaju nie widzieli. Tymczasem tego nie ma na Goodison. Ba! Tego nie ma również na St. Mary’s. Podobnie jak na Selhurst Park, Turf Moor czy Riverside. Czy ja aby na pewno odpaliłem Premier League? Nie pomyliłem tego przypadkiem z jakimś Lique 1 czy Serie A?

Zrezygnowany, odpuszczam sobie City. Tak, tak, wiem…po takiej przerwie odpuszczać już na trzecim meczu to skandal na miarę porażki Julii Wróblewskiej w finale Tańca z Gwiazdami (doprawdy nie wiem, jak to się mogło stać!). Czuję się z tym fatalnie, ale wiem, że jeśli coś ma mnie nakręcić na ten sezon, to będzie to z całą pewnością starcie Arsenalu z Liverpoolem.

Pod koniec dnia standardowo i obowiązkowo Match of the Day. Ten odcinek miał być „ubarwiony” w Linekera ubranego wyłącznie w szorty. Tak też się stało. Gary powitał nas, odziany wyłącznie w jeden element garderoby, w dodatku z herbem Leicester. Trzeba przyznać, słowny z niego człowiek. Do tego również hojny. Widząc zazdrość, z jaką patrzył na niego Shearer, prowadzący postanowił podarować mu gustowne gatki. Najlepszy strzelec w historii Premier League ma je nałożyć, gdy jego był klub Newcastle zdobędzie mistrzostwo. Czekamy zatem za takowy triumf Srok!

_90785617_p044nknb

Przed hitem pierwszej kolejki mała przystawka. Smakowało, choć czułem niedosyt. Bournemouth mogło być troszkę lepiej doprawione. Tym bardziej, że do składu wrócił Wilson, w którym pokładałem ogromne nadzieje (tak ogromne, że napastnik Wisienek dostąpił nawet zaszczytu znalezienia się w moim składzie w fantasy). Wszystko nadrobił jednak (a jakby inaczej) Zlatan. Takiego gościa najzwyczajniej w świecie brakowało w Premier League. Takie połączenie nonszalancji Balotellego i czarów Suareza. Już teraz nie mogę się doczekać kolejnego występu tego sympatycznego Szweda. Ale zanim do tego dojdzie, czas na danie główne.

Jeśli mecz Arsenalu z Liverpoolem miał mnie utwierdzić w przekonaniu, że nie ma lepszego sposobu na spędzenie popołudnia, niż oglądanie Premier League, no to mu się udało. Kupił mnie w stu procentach. Ryskę pozostawiły jednak formacje obronne, grające gorzej niż Steven Seagal w…w sumie, w czymkolwiek. Chociaż to tylko moje zdanie. Zgoła inne ma Simon Mignolet. Bramkarz Liverpoolu uważa, że wpuszczone przez niego bramki nie były efektem indywidualnych błędów. Belg zbyt się już chyba przyzwyczaił do popisów Moreno.

Na sam koniec równie ciekawie zapowiadające się starcie. Wieczorowa pora tylko podsyca klimat mojej prywatnej, poniedziałkowej Ligi Mistrzów. Mecz na wysokim poziomie, dramaturgia w końcówce, no palce lizać! Tylko ten nowy pomysł federacji jakoś mi nie pasuje. Doprawdy, uważam, że możliwość wprowadzenia na boisko małpy znacznie obniży poziom spotkań:

No i to wszystko. Tyle czekania, aby zobaczyć te kilka spotkań. Ale spokojnie, już w piątek rusza druga kolejka, a przed nami jeszcze całe 37. Radzę się już solidnie przygotować, gdyż mam wrażenie, że będzie tylko lepiej.

By | 2016-11-12T22:50:38+00:00 Sierpień 17th, 2016|Bez kategorii|0 komentarzy

About the Author:

Wielbiciel filozofii „kick&rush”, cichy adorator Tony’ego Pulisa i miłośnik zimnych, deszczowych wieczorów w Stoke.

Zostaw komentarz